Maria Karpińska luty 2020

Na pandemię Sedaris

Sedaris czyta nowe teksty, obserwuje reakcje odbiorców i na ich podstawie nanosi poprawki, czyniąc z widzów redaktorów, ale i okazyjnie ważnych bohaterów swojej prozy.

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

Czytaj także

Maria Karpińska

Co widzi humanistka sentymentalna

Wydawać by się mogło, że pandemia – gdy księgarnie walczą o przetrwanie, a autorzy o czytelnika zajętego prozą życia – to nie najlepszy moment na rozpoczęcie działalności wydawnictwa. Chyba że tę działalność, jak w przypadku wydawnictwa Filtry, zainauguruje książka, która w sposób szczególny – bo humorystyczny i empatyczny zarazem – wpisuje się w ten wyjątkowy w historii współczesnego świata czas.

I to właśnie robi David Sedaris w autobiograficznych tekstach zebranych pt. Calypso. Mówiąc o jego pisarskiej metodzie, nie można nie wspomnieć, że Sedaris jest komikiem i stand-uperem, co zarazem wyjaśnia i przesłania istotę jego twórczości. Z pewnością tłumaczy bliski mówionemu styl, potoczystość krótkich opowiadań doskonale brzmiących również po polsku dzięki tłumaczeniu Piotra Tarczyńskiego. Nasuwa też słuszną myśl: „Będzie śmiesznie”, jednak humor, którym posługuje się Sedaris, daleki jest od scenicznego gagu. Komizm jego tekstów opiera się głównie na poczuciu humoru opisywanych postaci, na ich niecodziennych reakcjach na codzienność, na które autor jest szczególnie wyczulony: potrafi je wyłapać i uwydatnić tkwiący w nich dowcip. „Opisywane postaci” to w tym przypadku klan Sedarisów i bliskie mu osoby, których perypetie drugi z sześciorga dzieci raportuje z ogromną szczerością. W tekstach nie oszczędza nikogo, z sobą na czele – znajdziemy tu zarówno szczegółowy opis przebiegu jego grypy żołądkowej, jak i rozmaitych wstydliwych scen z życia rodzinnego z rodzaju tych, o których każdy wolałby zapomnieć. Jego życiopisanie – jak nazywa je w posłowiu Jacek Dehnel – nie przypomina jednak wyznań mających katartyczny potencjał. W przeciwieństwie do np. Knausgårda ekshibicjonizm Sedarisa nie jest też narzędziem walki o ukazanie poprzez literaturę prawdy o ludzkiej egzystencji. Jego dążenie jest wręcz odwrotne – demonstruje nie prawdę, ale absurd życia oraz jego fikcjonalność, ledwo widoczną – skrzętnie zresztą przez autora zacieraną – różnicę między rzeczywistością a opowieścią o niej.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

„Lisa jest mistrzynią. W zeszłym roku zostawiłem ją samą w Starbucksie na dziewięćdziesiąt sekund, a kiedy wróciłem, usłyszałem, jak kobieta za ladą mówi do niej: »Mój ginekolog powiedział mi dokładnie to samo«” – tak autor opisuje jedną ze swoich czterech sióstr, ukazując powszechną u Sedarisów otwartość oraz obsesyjną ciekawość drugiego człowieka. „Czynnik ludzki” jest również ważny w metodzie pisarskiej autora Calypso: podczas spotkań z czytelnikami, których pisarz w ciągu roku odbywa kilkadziesiąt, Sedaris czyta nowe teksty, obserwuje reakcje odbiorców i na ich podstawie nanosi poprawki, czyniąc z widzów redaktorów, ale i okazyjnie ważnych bohaterów swojej prozy. Wiele zamieszczonych w książce historii zaczyna się właśnie w trakcie podpisywania książek: każdy, kto stanie w wielogodzinnej kolejce, zostanie przez autora uraczony rysunkiem lub uszczypliwym wpisem w książce, obowiązkowo również prowokacyjnym pytaniem zaczynającym rozmowę. Pytany o to, jakim cudem to właśnie jemu przytrafia się tyle niesamowitych historii, pisarz odpowiada, że on po prostu nie daje im umknąć i wyzyskuje je do cna, jak wtedy gdy czytelniczka zaproponowała mu wycięcie rosnącego na jego ramieniu tłuszczaka. Po operacji kobieta obiecuje oddać mu narośl w słoiku (czego odmówił lekarz w klinice), więc pisarz ochoczo się zgadza: zamierza nakarmić zawartością słoika pewną schorowaną skorpuchę mieszkającą przy jego wakacyjnym domu na Emerald Isle.

Ulubiona skorpucha z guzem na głowie, dom na wybrzeżu, w którym rodzina spotyka się na święta, samobójstwo jednej z sióstr autora, Tiffany, i tęsknota za ukochaną matką alkoholiczką – to motywy stale powracające w Calypso. Wiedząc już, z jaką literaturą mamy do czynienia, to zestawienie nie powinno dziwić. Śmierć i cierpienie nie są tu obudowane respektem, co nie znaczy, że zostaje z nich zdjęty ciężar – wręcz przeciwnie: samobójstwo Tiffany dociąża każdą z pozoru błahą opowieść brata, a obrazek idealnej, bo licznej i rozgadanej, rodziny co chwilę zakłócają fakty z innego rejestru, takie jak niewystarczająca pomoc udzielona w porę Tiffany, wyboista droga, którą przeszedł David, zanim jego homoseksualizm został zaakceptowany przez apodyktycznego ojca, czy terror, jaki w życie dzieci wprowadził nałóg matki. Dla wielu rodzin byłyby to fakty niewygodne, wstydliwe, jednak Sedaris pisze o nich jak o rzeczach zupełnie normalnych. Normalnych, bo – jeśli pogrzebać w rodzinnych szafach – wszechobecnych, wpisanych w definicje rodziny i nieprzekreślających miłości. Właśnie ta swoboda rozmowy o tym, co trudne, sprowadza tę miłość na głębszy poziom, odległy od zmory rodzinnych obiadów – kurtuazyjnego small talku, którego Sedaris jest wojującym przeciwnikiem. Z właściwym sobie egotyzmem autor pisze o samobójstwie siostry: „Jakże ktoś mógłby celowo nas opuścić – właśnie nas? Tak to widziałem, bo choć często traciłem wiarę w siebie, nigdy nie straciłem wiary w swoją rodzinę, w to, że jesteśmy zasadniczo lepsi od wszystkich innych (…). Nasz klub jest jedynym klubem, do którego kiedykolwiek chciałem należeć, więc nie potrafiłem sobie wyobrazić, że ktoś z niego występuje”. Siła tego klubu polega na akceptacji wad jego członków, a nie ich idealizacji, co w dobie Instagramu wydaje się myślą ożywczą.

W swoim dzienniku (oczywiście opublikowanym) pod datą 17 października 1985 r. Sedaris zanotował: „Nie położyłem się spać i całą noc pracowałem nad nowym tekstem. Niestety piszę, jak maluję – fragment po fragmencie. Nie potrafię zrobić kroku w tył i zobaczyć całego obrazu. Zamiast tego koncentruję się na małym wycinku i potem zdaję sobie sprawę, że w niczym nie przypomina malowanego obiektu. Może w tym tkwi moja siła, a ja jestem jedynym, który tego nie widzi”. Choć blaga, która wkrada się w przestrzeń między życiem a tekstem, jest rzeczywiście siłą Sedarisa, wydaje się, że przez tych 35 lat pisarz zyskał zdolność oglądu całego obrazu – Calypso jawi się jako zbiór na wskroś aktualny. Sedaris opisuje swoją reakcję na dojście Trumpa do władzy i  polityczne kłótnie z ojcem, a ciągłe podróże między Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią z  przerwami na resztę świata pozwalają mu na obserwację zmian w ludzkiej mentalności i rozszerzenie skupionego na jednostce (zazwyczaj w osobie autora) kadru. To jednak wciąż kadr kręcony z ręki, nieoczywisty: Sedaris np. znany jest z długich marszów (z fitbitem, urządzeniem mierzącym kroki i stawiającym kolejne wyzwania, na nadgarstku), podczas których uzbrojony w chwytak, zbiera śmieci, ale to nie znaczy, że w Calypso natrafimy na sformułowaną wprost refleksję o charakterze ekologicznym. Wręcz przeciwnie – znajdziemy opis zakupowych maratonów odbywanych wraz z siostrami w Japonii, podczas których kupują naręcza – jak sam przyznaje – zbytecznych rzeczy.

To wszystko czyni Calypso idealną lekturą na zbyt krótkie dni i nieznośnie długie wieczory spędzane w  aurze pandemii. Nie dlatego, że miło jest się pośmiać nad książką (choć to też) i zmienić myśli, ale dlatego, że Calypso wcale tych myśli nie zmienia  – mówi w  końcu o  pogmatwanych kontaktach międzyludzkich, dynamice relacji rodzinnych, ale przede wszystkim o  tęsknocie za bliskimi, o stracie i godzeniu się z  nią. Gdy na pytanie dziennikarza, o co pisarz zapytałby zmarłą siostrę, po krótkiej pauzie odpowiada: „Czy mogłabyś mi oddać kasę, którą ci pożyłem?”, wiemy, że za lichym żartem kryje się rozpacz, smutek Stańczyka z obrazu Matejki. Lektura Sedarisa niesie ze sobą jednak pocieszenie i pytania, które właśnie teraz donośnie domagają się odpowiedzi. Pocieszenie, bo łatwiej unieść trudy codzienności, gdy potraktuje się je jako anegdotę. „Gdy przydarza mi się coś złego, to jakby ktoś włożył mi do ręki pieniądze. Wiem, że wrócę do domu i to opiszę” – mówi w wywiadzie Sedaris, i choć cierpienie przeciętnego człowieka nie przekłada się niestety na wysokość jego honorarium, to narracyjne myślenie o trudach codzienności pomaga nadać im odpowiednią skalę. Pytanie dotyczy zaś kategorii normalności, która podczas lektury Calypso zaczyna się wydawać pusta bądź też przebrzmiała. Za każdym razem gdy mówimy o „powrocie do normalności” lub wzdychamy, że „jeszcze będzie normalnie”, warto być może pomyśleć, na ile normalność początku XXI w. jest czymś, za czym rzeczywiście tęsknimy. Czy w ramach tej normalności mieściły się rodzinne traumy, słabości naszych bliskich, czy mieściła się tam choroba, śmierć? I czy bez tego, co przynosi cierpienie, istniejemy? Czy życie wewnątrz tych ram daje szczęście? I czy znajdzie się tam miejsce dla skrzyżowania żółwia z jaszczurką pożerającego kawałek ludzkiego ciała podarowany mu w akcie sympatii?

Na koniec warto dodać, jak spędza pandemię David Sedaris, czego można się dowiedzieć w internecie za pomocą jednego kliknięcia. Jego partner Hugh Hamrick donosi, że wspólne zamknięcie było dla pary bardzo szczęśliwym czasem. Co prawda, David powiedział mu, iż ma nadzieję, że Hugh umrze na COVID-19, bo mógłby to wtedy opisać, a następnie przekazał „The Timesowi”, że tak powiedział. Cóż za niepoważny stosunek do dziejowej tragedii. Nienormalny.

David Sedaris

Calypso

tłum. Piotr Tarczyński

Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2020, s. 312

Kup numer