Kibice Górnika Zabrze witają w barwach drużyny Lukasa Podolskiego. Urodzony w Gliwicach piłkarz to gwiazda reprezentacji Niemiec, na Śląsku traktowany jest jak swój fot. Karina Trojok / Dziennik Zachodni / Polska Press / East News
Zbigniew Rokita wrzesień 2021

List od norweskiego króla

Spacerowałem po Gliwicach, po których jak zombie snuli się śląscy powstańcy, niemieccy cesarze, komunistyczni sekretarze i piastowscy książęta, każdy z nich miał rację i każdy się mylił, a mi zlewali się w jeden dziejowy bulgot. Gdy uważniej zacząłem się przyglądać temu, co mi opowiadali, większość okazywała się bujdą.

Artykuł z numeru

Planeta Śląsk

Czytaj także

z Sebastianem Rosenbaumem rozmawia Karol Kleczka

Śląska polifonia

Daję głowę, że norweski król napisał do nas ten list. Widziałem go raz w życiu i dobrze pamiętam, choć wówczas listy od skandynawskich monarchów jeszcze niezbyt mnie, prawdę powiedziawszy, zajmowały.

Pamiętam tę scenę, jakby właśnie trwała: wieczór, w babcinym salonie pali się górne światło, obok na wersalce siedzi dziadek, pewnie jest w owerolu, pewnie jemy jakieś andruty, a babcia spomiędzy różnego marasu leżącego w szafce nad barkiem wyjmuje różnobarwną kartkę papieru.

To był on – list od króla Norwegii. Wysłany ze 100 lat temu, chyba gdzieś pod koniec lat 20. XX w. Monarcha przekazywał w nim wyrazy współczucia w związku ze śmiercią niemieckiego rybaka na norweskich wodach. Rybakiem był brat mojej prababci Else, mój onkel. Chyba ten, który za młodu był zapaśnikiem i po którym mam cztery pozowane zdjęcia w obciągniętym na ciele kostiumie weimarskiego atlety. Nie mam pojęcia, ani dlaczego nikt nie pamięta o tak ważnej rzeczy, ani czemu wciąż nie potrafię tego listu znaleźć.

Gdy babcia pokazała mi pismo od norweskiego króla, miałem może z piętnaście lat. Dziś mam trzydzieści parę i wiem, że czas między dziecięctwem a dorosłością jest dla pamięci najtrudniejszy. Wcześniej są legendy, później fakty, a pomiędzy cała galaktyka obrazów zbyt wyraźnych, by je zapomnieć, zbyt rozmazanych, by dokładnie pamiętać.

Pozostają powidoki, jak gdybym pół życia przeżył na mocnej bani. Dziś już to wiem i dlatego nie wiem, jak mogłem się całe życie pieklić, gdy starsi ludzie nie pamiętali już w szczegółach dawnych czasów. Ja też nie pamiętam, mimo że nigdy jeszcze nie żyłem w dawnych czasach.

Krew mnie jednak zalewa, gdy pomyślę, że ktoś mógł ten list zniszczyć. Bo tak, w naszym domu bezpowrotnie przepadło wiele niemieckiego, niewiele zdołałem uratować. Udało mi się to raptem parę razy, np. wówczas gdy dziadek, siedząc przy piecu na ryczce, bąknął pod nosem: „Ten niemiecki szajs nie chce się palić”. I całe szczęście, że bąknął, bo zdążyłem prędko doskoczyć do pieca i wyrwać mu czekające w kolejce do spalenia kartki papieru: wydanie nut Fryderyka Chopina jeszcze z czasów kajzerowskich, bodaj z 1910 r. Nawet nie chcę myśleć, ile skarbów poszło u nas z luftem, ile poniemieckiego z naszej winy ugrzęzło w atmosferze. Dziadek nie ukrywa, że sporo.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Wiem, że nie wymyśliłem sobie tego listu od norweskiego króla, ale może z czasem przestanę to wiedzieć. W Gliwicach trudno być czegoś pewnym. Tutaj splątało się zbyt wiele opowieści, żeby je rozsupłać. Różne opowieści snuły się przez całą moją młodość, ja snułem się między nimi, halucynowałem się tymi legendami akurat w czasach, gdy jedne powoli gasły, inne rosły w siłę. Gdzie indziej w Polsce słuchałem legend o mordercach i nawiedzonych domach, ale tutejsze baśnie były jakby zbyt istotne, jakby naprawdę komuś były do czegoś potrzebne. Moja domowina była nimi upstrzona, a ja nie byłem w stanie przejść kilometra, żeby nie zderzyć się z historią polityczną XX w.

Czterdziesty piąty rok

Choć ja lubię pamiętać niedoskonale. Jednym z moich ulubionych śląskich wspomnień jest wspomnienie babci o jej ojcu, Johannie – bo większość moich śląskich wspomnień, to wspomnienia cudze, których mi użyczono. Babcia miała cztery lata, gdy pradziadek Johann zmarł, i w głowie został jej jeden jedyny niewyraźny jego obraz. Babcia nie wie, czy ten obraz wymyśliła sobie sama, czy jest prawdziwy. Dziś to już nie ma znaczenia, więc sama może postanowić. Myślałem o tym ostatnio i stwierdziłem, że wspomnienie babci o ojcu jest takie, jakie niedługo będą wspomnienia żywych o wojnie, momencie kluczowym dla mojej pamięci. Szczególnie zaś ważny dla mnie jest jej koniec lub raczej – z gliwickiej perspektywy – początek, czyli wkroczenie tutaj w styczniu czterdziestego piątego Sowietów, następnie Polaków i wszystkie potworności, które się później wydarzyły. Długo wydawało mi się, że zbyt ten styczeń czterdziestego piątego fetyszyzuję, i postanowiłem to sprawdzić. Zacząłem notować każdy raz, gdy ktoś o tym wspomniał. Wystarczył jeden weekend. Najpierw w sobotę przy kawie dziadek sam z siebie zaczął mówić o koledze, który przywołał wkroczenie Sowietów. Nazajutrz oprowadzałem znajomych po Katowicach i co rusz pojawiał się temat zniszczonych ulic i kwartałów w czterdziestym piątym. Tego samego dnia wieczorem w miejscowym barze piwnym, podczas finału Euro, miejscowi panowie – bynajmniej nie historycy – nagle zaczęli opowiadać, jak Sowieci wykręcali babci jednego z nich kokotki (tak tu mówimy na krany), bo myśleli, że są złote. Wtedy zresztą przypomniała mi się moja niedawna rozmowa z Henrykiem Wańkiem o tym, jak wiele lat po wojnie w piwnicy leżał pakunek sowieckiego wojaka, który ten zostawił, idąc dalej na zachód, i obiecał, że wróci go zabrać. Gdy Waniek pakunek otworzył, znalazł tam jakieś śmieci – potłuczone porcelanowe filiżanki i spodki, dwa zardzewiałe zegarki, jakieś narzędzia. Cały ten maras wyciepali na hasiok.

Czterdziesty piąty rok i wojna dopadają mnie tu na każdym kroku, a z biegiem lat coraz bardziej lubię słuchać o II wojnie światowej. Ta wojna mnie bowiem zaskoczyła. Ona niespodziewanie zamiast się starzeć – młodnieje.

Gdy w liceum zacząłem interesować się historią, żyli jeszcze żołnierze tamtych czasów. Na spotkaniach w małych bibliotekach i dusznych muzeach, zgarbieni, wtaczali się i opowiadali o swoich szlakach bojowych, lufach, sztukasach. Dostawali odznaczenia za swoje dokonania i za swój wiek, a spotkania z nimi przeciągały się niemiłosiernie, bo nikt nie potrafił im przerwać. Czasem byli to ludzie służący w Wehrmachcie, czasem w polskich siłach zbrojnych (wspomniane odznaczenia dostawali potem tylko ci ostatni). Gdy studiowałem, żołnierze na ogół już nie żyli, a ich miejsce zajęli starcy i staruszki, których wojna zastała w nastolęctwie. Dzięki nim snuta w tych samych salkach opowieść zmieniała się powoli z heroicznej w martyrologiczną, rozgrywała się już nie na polach bitew, lecz w domach, nie w przestrzeni cudzej, ale własnej. Było w nich więcej chlebów z brzozy, placków z żołędzi i kryjówek w stogach siana, a wśród wspominających zaczęły pojawiać się też kobiety. I choć opowiadających o wojnie zapraszano już coraz rzadziej, ja ich opowieści słuchałem z coraz większym zainteresowaniem, bo z każdym rokiem było w nich mniej sojuszy mocarstw i śmierci, a więcej życia. Później i nastolatkowie wymarli, a dziś o wojnie jej świadkowie opowiadają mi już rzadko, dzisiejsi dziewięćdziesięciolatkowie mieli w trzydziestym dziewiątym parę lat, jednak szukam tych opowieści. Dzięki nim wojna łagodnieje, karabiny ustąpiły miejsca drewnianym zabawkom, pojawiło się więcej zmysłów, zapachów, dźwięków.

Byłem tylko w jednym muzeum, w którym naprawdę się płakało. Wszędzie rozłożone były chusteczki, cały budynek chodził i dudnił od cichego chliptania. Było to w Sarajewie przy ul. Logavina. Muzeum opowiadało o kilkuletnim oblężeniu Sarajewa oczami pięciolatków czy sześciolatek. Obok pojedynczych przedmiotów – misia, wstążki czy żołnierzyka – leżały karteczki z paroma zdaniami wspomnień. Tylko tyle. To, że widzieli latami swoje huśtawki w ogrodach, ale nie mogli się na nich huśtać, wycisnęło ze mnie wszystkie łzy, lecz już te ogromne gmaszyska jak Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Mińsku wyłącznie mnie nudziły. Może było tak, bo generałowie i politycy wiedzieli, jak powinni opowiadać, a dzieci nie. Może dlatego po cichu czekałem, aż nasza własna wojna, II wojna światowa, nieco złagodnieje i opowie mi się wreszcie językiem dziecka.

Czytaj także

Śląska polifonia

Niestety, nasi najstarsi starcy wnet odejdą, a głos zabiorą ci, którzy wojnę pamiętają tak, jak moja babcia Marysia swojego ojca Hansa. Oni nie będą pewni, czy w ogóle wojnę przeżyli, i wówczas ostatecznie pamięć zacznie osuwać się w fantazje, nikt nie zdoła już odróżnić jednego od drugiego, a w bibliotekach i muzeach ich miejsce zajmą te wszystkie laminowane plansze o Pileckim, Katyniu i niedźwiadku Wojtku. Otrzymam tę udającą pamięć propagandę, tak jak otrzymałem powstanie styczniowe, potop szwedzki i bitwę pod Grunwaldem.

Śląsk – wieczne peryferie

Ja jednak wolę prywatne zmyślenia niż publiczne prawdy, jestem ulepiony nie z faktów, lecz z pamięci.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer