70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Photo by Stephanie Keith/Getty Images

Ameryka oszalała?

Istnieje coś takiego jak strategia szaleńca, który podejmuje działania nieprzewidywalne, co z kolei zmusza innych do ustępowania mu ze strachu. I można byłoby uznać, że w szaleństwie Trumpa jest metoda, pod warunkiem, że na arenie międzynarodowej Stany Zjednoczone zaczęłyby odnosić sukcesy. Tymczasem jest inaczej.

Minął już półmetek pierwszej kadencji Donalda Trumpa na stanowisku prezydenta. Gdy wygrał wybory, wielu komentatorów twierdziło, że Gabinet Owalny chłodzi gorące głowy. Czy z perspektywy ponad dwóch lat można powiedzieć, że Trump się uczy, jak rządzić najważniejszym krajem świata?

To zależy, jakiego chcielibyśmy mieć ucznia, ale porównując go z innymi prezydentami, widać, że Trump się nie uczy. Najlepszym dowodem jest ciągła wymiana kadr w Białym Domu, która mimo upływu czasu się nie zatrzymuje, a nawet przyśpiesza. Kluczowym światowym dyplomatom trudno prowadzić rozmowy z Waszyngtonem, bo nie wiadomo, z kim tam rozmawiać – zawsze istnieje obawa, że jakiś amerykański urzędnik zamierza lada dzień odejść lub Trump chce go wyrzucić. 45. prezydent USA ma trudności ze zrozumieniem, że krajem nie zarządza się tak samo jak dużą firmą, że wszystko, co zrobi, odbije się echem na całym świecie, a konsekwencje będą znacznie większe niż w przypadku prowadzenia biznesu.

Czyli nic nie wskazuje na to, by nastąpiła stabilizacja?

Jeśli ta polityka się stabilizuje, to w tym, co w niej złe.

Odbieramy go często jako klauna, koncentrujemy się na tweetach, wpadkach, ale czy w ten sposób nie tracimy z pola widzenia istoty polityki Trumpa? Być może z jego działań wyłania się jakaś szersza koncepcja? Zacznijmy od polityki międzynarodowej.

Istnieje coś takiego jak strategia szaleńca, który podejmuje działania nieprzewidywalne, co z kolei zmusza innych politycznych aktorów do ustępowania mu ze strachu. I można byłoby uznać, że w szaleństwie Trumpa jest metoda, pod warunkiem, że na arenie międzynarodowej Stany Zjednoczone zaczęłyby odnosić sukcesy. Tymczasem jest inaczej. Weźmy Koreę Północną – Trumpowska strategia umożliwiła pierwszy szczyt z Kim Dzong Unem, ale już drugi zakończył się zupełnym niepowodzeniem: nic nie ustalono, Trump wyszedł ostentacyjnie przed czasem, a według licznych doniesień Koreańczycy przygotowują się do kolejnych testów rakiet. Z kolei zerwanie przez niego porozumienia nuklearnego z Iranem pokazało Pjongjangowi, że gdy ustąpi, to podobnie jak Iran zostanie ostatecznie z niczym.

Trump nie ma więc żadnej koncepcji polityki zewnętrznej? Niektórzy twierdzą, że widzi on świat jako Hobbesowską walkę wszystkich ze wszystkimi. Trochę jak w biznesie.

W myśleniu Trumpa o stosunkach międzynarodowych jest miejsce na sojusze, ale nie na rozbudowane alianse wielostronne. Już dawno zapowiadał, że należy wycofać się z Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA) czy z Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) i zamiast tego zawierać porozumienia dwustronne, bo łatwiej je kontrolować – w układach dwustronnych Stany Zjednoczone będą silniejszą stroną. Trump sprowadza świat do prostszych rozwiązań. Od początku nie ulegało wątpliwości, że Stany Zjednoczone Trumpa będą zmierzać ku modelowi ponowoczesnego izolacjonizmu, trwać w przekonaniu, że Waszyngton sam musi sobie radzić, sam musi ustalać reguły.

Taka wizja wyklucza funkcjonowanie Sojuszu Północnoatlantyckiego w dotychczasowym kształcie. Trump niejeden raz podważał jego sens. W styczniu „New York Times”, powołując się na rozmowy z wysokimi urzędnikami jego administracji, donosił, że wielokrotnie mówił on o konieczności wycofania Stanów Zjednoczonych z NATO.

Różni się w tym bardzo od swojego poprzednika. Barack Obama podkreślał nie tylko militarny wymiar NATO, ale też symboliczny – ma on łączyć kraje, które wyznają wspólne wartości. Wypowiedzi Trumpa czy ostatnio wiceprezydenta Mike’a Pence’a na lutowej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium pokazują, że ich perspektywa jest inna: większy nacisk kładą na pieniądze, chcą, aby wszyscy ponosili proporcjonalne koszty udziału w NATO, a zwłaszcza wydatki z tytułu obecności wojsk amerykańskich na swoim terenie.

Z jednej strony rzeczywiście Amerykanie dopłacają – szacuje się np., że gdyby „urynkowić” pobyt wojsk USA w Niemczech, Berlin musiałby płacić Waszyngtonowi przeszło czterokrotnie więcej. Z drugiej jednak strony zastanawiam się, czy Trump nie ma problemu z myśleniem strategicznym, gdyż taniej dopłacać do wojsk broniących pokoju, niż prowadzić wojny.

Trump miałby rację, gdyby posiadał racjonalną wizję, zgodnie z którą wycofanie się wojsk amerykańskich z Niemiec czy Korei przyniosłoby Stanom Zjednoczonym jakąś korzyść.

Inną niż czysto merkantylną.

Tak. Bo tak jak Pan powiedział – koszty utrzymywania wojsk np. na Półwyspie Koreańskim będą znacznie niższe niż przywracanie tam stabilności po ewentualnym konflikcie. Dowodem są wojny w Iraku czy Afganistanie, koszty ich prowadzenia były niebotyczne. Trump patrzy na to jak na zysk krótkoterminowy – wycofanie wojsk sprawi, że nie trzeba będzie na nie łożyć. Ale już pomija potencjalne zyski długoterminowe. Przykładem niekoniecznie skutecznego sposobu myślenia są rozpętane przez niego wojny celne, choćby ta z Chinami.

Wojna z Pekinem toczy się od przeszło roku – jaki przyniosła efekt dla Waszyngtonu? 

Odwrotny od zamierzonego: deficyt w bilansie handlowym dwóch państw rośnie, to rok do roku wzrost o kolejne 40 mld dolarów na niekorzyść Waszyngtonu. Tak, Amerykanie mniej sprowadzają z Chin, ale też mniej są w stanie eksportować. W podobnym duchu krytykował Trump amerykańsko-unijne relacje handlowe, a szczególnie stosunki z Niemcami. I co się okazuje? Deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych zarówno z całą Unią Europejską, jak i z samymi Niemcami też się powiększył. Tu wychodzi słabość rozumowania Trumpa: wydaje mu się, że podwyższanie ceł ochroni amerykański rynek i zwiększy wewnętrzną produkcję, ale to tak nie działa.

W przypadku Chin jednak wielu komentatorów przyznaje, że Trump być może podejmuje nieudolne działania, ale jego odruch jest słuszny – krótko mówiąc, rozumie, że to ostatni dzwonek, aby zmienić reguły gry, odejść od liberalnych reguł światowych stosunków gospodarczych i uniemożliwić Chinom zastąpienie Stanów Zjednoczonych na pozycji światowego hegemona.

Na to jest już za późno. Stany Zjednoczone – i tu nie można mieć pretensji do Donalda Trumpa – przegapiły moment, kiedy mogły jeszcze swoją hegemoniczną pozycję obronić. Obecne działania Trumpa to krzyk rozpaczy. Do tej pory Amerykanie mieli nad Chińczykami jedną ogromną przewagę: technologiczną. Dziś widać, jak Pekin rozwinął badania naukowe w wielu dziedzinach, jak licznych specjalistów sprowadził…

I jak kradł technologie.

Oczywiście, ale szpiegostwem w tym zakresie zajmuje się każdy. Również Amerykanie. W konsekwencji Chińczycy są nie do zatrzymania, bo mają już własne technologie, w tym kosmiczne – na ten moment gorsze, ale z czasem osiągną amerykański poziom. Chiny potrzebują pięciu lat, by stać się najsilniejszą gospodarką na świecie. Pekin ma poza tym różne przewagi nad Waszyngtonem: np. nie musi myśleć o cyklu wyborczym.

Chińczycy podkreślają, że trudno im rozmawiać z demokratycznie wybranymi przywódcami, bo za kilka lat zastąpią ich inni i trzeba będzie wszystko ustalać od nowa. Amerykanom trudniej planować na wiele lat naprzód. Spójrzmy więc na politykę zagraniczną 45. prezydenta w inny sposób: czy dostrzega Pan jakieś sukcesy Trumpa?

Tak – za osiągnięcie uznałbym zaangażowanie USA w walkę z tzw. Państwem Islamskim. Sukces ten nie jest jednak jednoznaczny i ostateczny, np. obalenie Muammara Kaddafiego w 2011 r. nie doprowadziło przecież do ustabilizowania sytuacji w Libii.

Patrząc szerzej na Bliski Wschód, Stany Zjednoczone w ciągu prezydentury Trumpa ponoszą szereg porażek: umacniają się Iran i Rosja, konflikt izraelsko-palestyński jest coraz dalszy od rozwiązania. Ciekawy jest przykład Izraela, bo mówi się często, że Trump chce prowadzić politykę zagraniczną jak biznes, ale za uznanie Jerozolimy stolicą Izraela zupełnie nic nie zyskał w zamian. Zresztą Trump biznesmenem też był kiepskim.

Lista strat okazuje się długa. Rosja wciąż rozpycha się w Syrii, jest na Krymie, Chińczycy umacniają się na Morzu Południowochińskim, koszty wspierania Arabii Saudyjskiej są wysokie, USA są coraz słabsze nawet w zachodniej hemisferze, w Ameryce Łacińskiej. Dziś w kryzysie wenezuelskim Waszyngton nie odgrywa decydującej roli.

Można więc powiedzieć, że Trump przyczynił się do destabilizacji świata?

Na pewno zrezygnował z roli jego stabilizatora. Świat stał się bardziej nieobliczalny, trochę jak tweety Donalda Trumpa. Amerykański prezydent wycofuje się z programów pomocowych, programów wymiany edukacyjnej i kulturalnej. Przykładów jest całe mnóstwo. Trudno powiedzieć, że Trump Trumpem, a USA dalej funkcjonują tak jak dawniej.

To ciekawe, szczególnie w kontekście sytuacji wewnętrznej. Gdy czyta się książkę Boba Woodwarda Strach. Trump w Białym Domu, czytelnika ogarnia niepokój, ale wielu komentatorów podnosi również, że mimo wszystko Stany Zjednoczone mają zbyt silne instytucje, rzesze urzędników, aby sam prezydent był w stanie całkowicie zdestabilizować działanie kraju. Krótko mówiąc: czy gdy odejdzie Trump, państwo szybko wróci na dawne tory?

W polityce zagranicznej Trump ma większe możliwości działania niż w polityce wewnętrznej, w kraju łatwiej można blokować decyzje prezydenta. Wydaje się więc, że tak, państwo może wrócić na dawne tory, choć niektóre rzeczy trudno odkręcić, np. obniżenie przez Trumpa podatków dla wielkiego biznesu. Prezydent nie rozmontuje amerykańskiego systemu, ale może sprawić, że kraj straci kilka lat, a przy dzisiejszym tempie rozwoju świata te lata mogą być trudne do odrobienia.

Mówi Pan o obniżeniu podatków dla wielkich firm. W USA rosną nierówności społeczne, kurczy się klasa średnia, CNN donosi, że 40 mln Amerykanów żyje w biedzie. Według badań Oxfordu we wszystkich krajach rozwiniętych 13,8 mln ludzi żyje w krańcowej biedzie, spośród których 5,3 mln to Amerykanie – przeszło co trzeci. Czytam Elegię dla bidoków J. D. Vence’a o życiu w Pasie Rdzy i jestem przerażony. W tym czasie Trump stara się utrącić Obamacare.

Działanie Obamacare już zostało mocno ograniczone, Trump ten program zmarginalizował.

Czym się kierował? Szerszą wizją amerykańskiego ładu, typowym republikańskim odruchem antysocjalnym czy chęcią zemsty na Baracku Obamie i zniszczenia jego dorobku?

Nie wydaje mi się, żeby za tymi działaniami prezydenta stała szersza wizja. Na pewno wpisują się one w myśl republikanów, dla których od wielu lat Obamacare była samym złem, prostą drogą do przekształcenia Stanów Zjednoczonych w państwo socjalistyczne.

Pytałem o zemstę, bo Trump konsekwentnie niweczy główne sukcesy prezydentury swojego poprzednika. Wymienia się na ogół trzy najważniejsze: Obamacare, porozumienie z Iranem, które Trump utrącił, oraz porozumienie z Kubą…

Je też zniweczono.

Dorobek Obamy został zaprzepaszczony?

Zdecydowanie.

Raz jeszcze więc: czy z działań Trumpa w polityce wewnętrznej wyłania się jakiś szerszy, spójny plan?

W polityce krajowej jeszcze trudniej dostrzec prezydencką wizję niż w polityce zewnętrznej – chyba że za wizję uznamy odbieranie biednym i dawanie bogatym. Nie rozumie on konsekwencji, jakie to za sobą niesie. Można oczywiście w neoliberalnym duchu mówić, że gdy wielki kapitał się wzbogaci, wszyscy skorzystają, ale…

Ale wiemy, że bogactwo nie skapuje.

Taka polityka się nie sprawdza. Joseph Stiglitz udowadniał, że prowadzi ona do kumulacji kapitału w łonie coraz węższej grupy. Już w latach 60. pisał on o kosztach społecznych takich nierówności, dowodził, że rozwarstwienie ekonomiczne powoduje większą wrażliwość gospodarki na zawirowania, gdyż w sytuacji kryzysowej nie mamy wystarczająco rozwiniętego rynku wewnętrznego. A amerykańskie nierówności rzeczywiście się powiększają. Przywołał Pan dane – 40 mln Amerykanów żyjących w biedzie to ponad 10% społeczeństwa. Przerażające liczby. Donald Trump zabiega o to, aby amerykańskie firmy mniej wyprowadzały kapitał za granicę, a więcej inwestowały w kraju. Teoretycznie to dobry krok i nawet firmy poszły w tym kierunku, ale w danych nie widać, aby miało to wpływ na wzrost amerykańskiej gospodarki i wzrost poziomu życia Amerykanów.

Trump chwali się wzrostem gospodarczym, ale wielu ekonomistów przyznaje, że jego rządy przypadły po prostu na czas koniunktury gospodarczej, że to nie jego zasługa. Prezydent mówi też, że pojawiły się nowe miejsca pracy, bezrobocie spadło i fakt, wskaźnik bezrobocia się obniżył, dziś jest nawet poniżej bezpiecznego poziomu, który powinien wynosić 4%. Pojawia się jednak tutaj inny problem.

Tak zwane underemployment.

Właśnie. Wiele osób pracuje w niepełnym wymiarze godzinowym, bez odpowiednich świadczeń i znacznie poniżej swoich kompetencji.

Trumpowską wizję ładu wewnętrznego w USA można nazwać prymitywnym neoliberalizmem, zgodnie z którym każdy może liczyć wyłącznie na siebie, przetrwają silni, a jeśli ktoś upada, oznacza to, że jest słaby i nie należy się nim zajmować.

A jeśli jest mocny, wówczas dobrze, obniżmy mu jeszcze podatki. Niesie to za sobą konsekwencje nie tylko gospodarcze. Badania pokazują, że ludzie ubodzy wycofują się z życia społecznego i politycznego, są mniej oczytani, spada ich ogólny poziom orientacji w świecie, stają się bardziej podatni na sugestie, nie rozumieją pewnych kwestii wiążących się z funkcjonowaniem polityki, nie mają na to czasu i pieniędzy.

Jakie inne jeszcze błędy Trump popełnił na arenie wewnętrznej?

Niebezpieczne są jego działania performatywne w formie tweetów czy na konferencjach prasowych. Jego nadmiernie swobodne zachowanie pogłębia podziały społeczne w Stanach Zjednoczonych. Dobrym tego przykładem była nieumiejętność publicznego zareagowania na tragiczne wydarzenia w Charlottesville, gdzie zwolennik ultraprawicy wjechał samochodem w protestujących, zabijając jedną osobę. Prezydent Trump początkowo sugerował, że do eskalacji konfliktu doprowadziły obydwie strony: chcąca uhonorować Konfederatów ultraprawica i protestujący przeciwko temu.

Czy po II wojnie światowej podziały te były kiedykolwiek tak głębokie jak dziś? Znajomi Amerykanie twierdzą, że został wykopany bardzo głęboki rów. 

Publicystycznie rzecz biorąc, po 1945 r. tak głębokie jeszcze nie były. Trump lubi wypowiadać się w sposób jątrzący, oczerniać drugą stronę. Nie szuka pojednania, ale konfliktu i podziału.

Gdy jesienią zeszłego roku przesyłki z ładunkami wybuchowymi dostali m.in. Barack Obama, Hillary Clinton czy George Soros, szef CNN Jeff Zucker powiedział, że Trump powinien w końcu zdać sobie sprawę, jak duże konsekwencje mają jego ataki na media i, jak można zrozumieć, obarczył go pośrednio odpowiedzialnością. I właśnie Trumpowskie standardy debaty publicznej są czymś, co może „przeżyć” jego prezydenturę.

Southern Poverty Law Center dowodzi, że za jego kadencji poziom mowy nienawiści w Stanach Zjednoczonych, manifestujący się choćby w napisach na budynkach, zdecydowanie wzrósł. Swoimi wypowiedziami prezydent dał przyzwolenie na taki język i takie podejście do swoich przeciwników.

Pokazał też, że dla osiągnięcia celu politycznego, jakim jest budowa muru na granicy amerykańsko-meksykańskiej, można sięgnąć po szantaż. Nie dostrzega, że niedawny shutdown to nie tylko kilkaset tysięcy Amerykanów, którzy nie przychodzą do pracy – a są takie służby, jak administracja transportu, które i tak muszą funkcjonować, mimo że nie dostają wynagrodzenia. Shutdown widzę nawet w krakowskim konsulacie, gdzie konsul nie może zorganizować przyjęcia dyplomatycznego, gdyż nie ma na to funduszy. Szantażowanie Kongresu ma długofalowe konsekwencje. Takie działania są demoralizujące dla Amerykanów. Sami już wspomniani pracownicy służb muszą mniej ufać władzom federalnym, które ich zatrudniają.

Drugi zarzut wiąże się z pierwszym. Trump buduje poczucie zagrożenia ze strony nielegalnych imigrantów, straszy rosnącą falą przestępstw, czemu zaradzić ma budowa 1,6 tys. km betonowego muru. Tymczasem – poza wyjątkowo trudnym lutym – liczba nielegalnych imigrantów miesięcznie przekraczających granicę spadła od czasów George’a W. Busha, a straszenie widmem kryzysu humanitarnego i konfliktem cywilizacyjnym nie ma potwierdzenia w faktach. Dlaczego tak zależy mu na tym murze?

To przykład nieracjonalnego zachowania prezydenta. Obiecał w kampanii, że mur wybuduje, i jak obiecał, tak zamierza zrobić. Amerykański student powiedział mi ostatnio przysłowie: jeśli zbudujesz wysoki mur, ja zbuduję jeszcze wyższą drabinę. Nie ma muru nie do pokonania. To raczej mur pokonuje budowniczych.

A może jednak taki mur powinien powstać i dobrze, że Trump realizuje to, co obiecał? 

Sukces byłby pozorny, mur nie zatrzymałby nielegalnej imigracji. Nakłady byłyby nieproporcjonalne do korzyści.

Pytanie być może najtrudniejsze: czy dostrzega Pan jakieś sukcesy administracji Trumpa w polityce wewnętrznej?

Jestem w kropce. Trump mówi np. o rozwoju infrastruktury czy edukacji, ale nie odbiega w tym od poprzedników i ich nie przewyższa. Niestety, nie widzę istotnych, wyróżniających go sukcesów.

Rządy Trumpa popierane są dziś przez ok. 41% wyborców. Jednocześnie cieszy się on bardzo wysokim poparciem wśród zwolenników republikanów. Dlaczego mimo wielu porażek, o których Pan mówił, wciąż może on liczyć na sympatię tych ostatnich?

Wynika to z polaryzacji społecznej, a także z faktu, że polityka w XXI w. jest uprawiana inaczej niż dawniej. O Obamie w 2010 r. mówiło się, że świetnie używał w kampanii Twittera czy innych mediów społecznościowych, ale on korzystał z nich idealistycznie, a jak wiemy, mediów tych najlepiej używa się do złych celów. Trudniej weryfikuje się fake newsy w mediach społecznościowych niż w tych tradycyjnych. I z tego czerpie swoją siłę obecny prezydent USA.

Mamy więc układ, w którym Trump, prowadząc politykę twitteryzacji życia publicznego, wykreował nową spolaryzowaną rzeczywistość, w ramach której stał się jednym z biegunów i skazał część wyborców na siebie.

Tak. To sukces Trumpa. Teraz zamiast analizować politykę prezydenta, rozmawiamy o tym, co napisał na Twitterze o trzeciej nad ranem. Szczególnie że kolejne rewelacje są często szybko odwoływane przez następne.

Niektórzy wieszczą, że gdy Trump odejdzie z urzędu, będzie można postawić go przed sądem – np. za obstrukcję działania FBI czy za wręczanie aktorce porno korzyści majątkowych w zamian za milczenie podczas kampanii. Politycy, którzy obawiają się takiego scenariusza, idą czasem drogą Wiktora Janukowycza czy Nicolása Maduro, radykalizują się i za wszelką cenę odmawiają ustąpienia.

Donald Trump jest nieobliczalny i trudno powiedzieć, czy nie podejmie jakichś kroków, aby się chronić. Daje do myślenia np. fakt, że gdy podczas ostatnich wyborów spytano go, czy uzna wybory, jeśli wygra je Hillary Clinton, wcale nie zadeklarował, że zamierza je uznać. I już teraz mówi, że demokraci zamierzają ukraść – nie wygrać – wybory prezydenckie 2020 r. To droga do prawdziwego chaosu.

A czy po ingerencji rosyjskiej w elekcję z 2016 r. Trump podjął działania mające na celu zabezpieczenie wyborów w 2020 r.?

Nie. Odpowiednie kroki podjął już Obama między wyborami a zaprzysiężeniem Trumpa. Wszystko, co teraz się dzieje – jak śledztwo Roberta Muellera – zostało zainicjowane już wcześniej.

Ciekawe światło na poczynania Trumpa rzucają badania Diany C. Mutz z Uniwersytetu Pensylwanii. Według nich wygrał on dzięki głosom zamożnych chrześcijańskich mężczyzn, którzy boją się, że stracą dominującą pozycję w Ameryce, a Ameryka w świecie. Ponadto obawiają się mniejszości etnicznych i równouprawnienia kobiet. Wydaje się, jakby Trump realizował dokładnie postulaty tej grupy bądź – jakby był częścią tej grupy.

Tacy mężczyźni rzeczywiście głosowali na Trumpa, szczególnie że jego kontrkandydatką była kobieta. Jednak nawet jeśli tego rodzaju obietnice zadziałały podczas ostatniej kampanii, nie wiem, czy zadziałają w trakcie kolejnej. Jeśli będzie on kandydował, jeśli zdrowie mu pozwoli i wciąż będzie przekonany, że jest najlepszym przywódcą w historii Stanów Zjednoczonych, następne wybory będą jeszcze brutalniejsze. Stanie się tak, choć już ostatnia kampania obfitowała w chwyty poniżej pasa, jak wypowiedź Trumpa, że nie miałby nic przeciwko, żeby jakiś haker włamał się na konto Hillary Clinton. Dziś nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić skali brutalności, jaka nas czeka.

A jakie z dzisiejszej perspektywy Trump ma szanse na reelekcję i sprawowanie urzędu do roku 2024?

Bardzo duże. Moim zdaniem Ameryka oszalała i szaleniec ma bardzo dużą szansę na wygraną.

 

Radosław Rybkowski

Dyrektor Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik Zakładu Kultury Amerykańskiej, autor książek, m.in. Ziemią i pieniędzmi. Początki federalnej polityki wobec szkolnictwa wyższego w Stanach Zjednoczonych Ameryki, 1787–1890 (2012)


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter