Fotos z filmu "Jedz, módl się, kochaj" (2010), fot. Christophel/East News
Olga Drenda grudzień 2020

Hygge kontra słowiański przykuc

„Lokalne filozofie” kojarzą się z wizją rodem z folderu turystycznego, z pokazem obyczajów dla wycieczki. Zakładają, że większość ludzi w danym miejscu żyje jednakowo i podziela podobne wartości. Trochę tak, jakbyśmy próbowali wylewność i gościnność starszej daty Podlasiaków zaprojektować na całe polskie społeczeństwo.

Artykuł z numeru

Szczęście – to skomplikowane

Czytaj także

Edgar Cabanas, Eva Illouz

Ucieczka do wewnętrznej twierdzy?

W roku 2016 świat oszalał na punkcie hygge, duńskiego sposobu na szczęśliwe życie. Wszak Duńczycy uchodzą za najszczęśliwszą nację na Ziemi, muszą więc mieć na to jakiś sposób. Niemożliwe do precyzyjnego przełożenia na inne języki słowo odnosi się do ciepła, przytulności, komfortu (najbliższym odpowiednikiem byłoby chyba niemieckie Gemütlichkeit, ale bez odcienia drobnomieszczańskiego kiczu). Gdy chcemy zwizualizować hygge, ukazują się nam obrazy naturalnych materiałów i tkanin, komfortu domowych pieleszy, koców, ciepłych skarpetek, parującej herbaty, niespiesznego odpoczynku w atmosferze miłego kokonu, jakby bożonarodzeniowego urlopu rozciągniętego na cały rok. Do spopularyzowania konceptu przyczyniła się m.in. książka Meika Wikinga, dyrektora Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze, Hygge – klucz do szczęścia, za którą podążyły liczne podobne poradniki dobrego życia. W języku angielskim słowo hygge zaczęło funkcjonować jako czasownik i przymiotnik; odnosi się do stylu urządzania wnętrz, spędzania czasu wolnego, estetyki, a nawet muzyki zespołu Oasis (!). Fenomen wkrótce doczekał się kontynuacji w postaci kolejnych publikacji poświęconych życiu „po duńsku”: The Year of Living Danishly Helen Russell, Hygge – duńska sztuka szczęścia Marie Tourell Søderberg czy kolejnej książki Wikinga, tym razem poświęconej życiu w stylu lykke (po duńsku „szczęście”).

Pogodni ludzie w ciepłych swetrach?

Prostota tych rozwiązań zrazu wydała się podejrzana. Dziennikarka „The Guardian” Charlotte Higgins starała się rozpracować „spisek” stojący za rozpropagowaniem hygge: koncepcja ta miała być w rzeczywistości wypreparowana na eksport, a dokładniej: na rynek brytyjski, i choć w duńskim faktycznie istnieje takie pojęcie i postawa (hyggelig), to stanowi odpowiednik restauracji w stylu chińskim dla Europejczyków. Zdaniem Higgins szaleństwo na punkcie hygge nieprzypadkowo zbiegło się z brexitem: Brytyjczycy zakochali się w nieistniejącej Danii, w eskapistycznej fantazji na temat rozkosznego wycofania się ze świata. Proroczo Higgins zapowiedziała też falę książek na temat innego przejawu skandynawskiej sztuki życia – i istotnie poradniki dotyczące lagom, szwedzkiego konceptu, który można przetłumaczyć jako „umiarkowanie”, „życie w sam raz”, pojawiły się w księgarniach w następnym sezonie. Do oferty niebawem dołączyły poradniki na temat fińskiego sisu (konceptu łączącego w sobie stoicyzm, wytrwałość, odporność na zmiany) czy holenderskiego niksen („sztuki nicnierobienia”, bliskiej tak świeckiej medytacji spod znaku mindfulness, jak i pogodnym Z rozmyślań próżniaka Jerome K. Jerome’a).

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

„Lokalne filozofie” kojarzą się z wizją rodem z folderu turystycznego, z pokazem obyczajów dla wycieczki. Zakładają, że większość ludzi w danym miejscu żyje jednakowo i podziela podobne wartości, ignorując różnice tak pokoleniowe, jak i regionalne czy indywidualne (trochę tak, jakbyśmy próbowali, dajmy na to, wylewność i gościnność starszej daty Podlasiaków zaprojektować na całe polskie społeczeństwo). To fantazje o zbiorowej mądrości, ale też udane z PR-owego punktu widzenia próby tworzenia pozytywnych autostereotypów, zastępujące z powodzeniem wcześniejsze wyobrażenia na temat różnych nacji. Gdy przypomnimy sobie, że Skandynawia kojarzyła się zrazu – nie tak dawno przecież – to z protestancką surowością życia i egzystencjalnym napięciem jak z Bergmana, to z bezwzględnym „prawem Jante” wymuszającym konformizm, to z depresją i nadużywaniem alkoholu, aż trudno uwierzyć, że mowa o tych samych narodowościach. Opowieść o lokalnych odmianach sztuki dobrego życia to również opowieść o potędze skutecznego kreowania wizerunku. Tak skutecznego, że przesłania rzeczywiste, ciemne strony życia w danym kraju. Dania nieraz postępowała w końcu uhyggelig, nieprzyjaźnie, wrogo: tak wobec ludzi (kilka lat temu rząd planował zsyłać uchodźców, którym odmówiono azylu, na skażoną wyspę Lindholm; z zamiarów w końcu zrezygnowano), jak i wobec natury (rząd duński wciąż przyzwala na rzeź wielorybów). Siła pozytywnego PR-u minimalizuje jednak ostracyzm wobec takich działań.

Nie jest to zupełnie nowe zjawisko. Poradniki sztuki życia, popularyzujące w przystępny sposób koncepcje filozoficzne i wątki z literatury, to właściwie osobny, żywy nurt zwłaszcza w literaturze angielskojęzycznej. Specjalizuje się w nich szczególnie szwajcarski filozof Alain de Botton, autor lekkostrawnych, lifestyle’owych publikacji o miłości, Prouście i architekturze oraz założyciel The School of Life, instytucji specjalizującej się w upowszechnianiu filozofii i literatury w poradnikowej czy wręcz coachingowej formie. Powiązanie filozofii dobrego życia z „marketingiem miejsc” to z kolei specjalność popularnej literatury i kina po roku 2000: Pod słońcem Toskanii Frances Mayes, na podstawie której nakręcono film z Diane Lane, osadzony w Prowansji Dobry rok Petera Mayle’a i nakręcony według książki film czy zwłaszcza Jedz, módl się, kochaj Elizabeth Gilbert, której bohaterka (w filmowej wersji grana przez Julię Roberts) postanawia szukać sensu życia we Włoszech, Indiach i Indonezji. W nowym tysiącleciu to Skandynawia jako miejsce, w którym ludzie rzekomo wiedzą, jak żyć dobrze, zastąpiła dotychczasowe utarte wyobrażenia Włoch z la bella vita czy Japonii z tamtejszym zen (rozumianym nie jako filozofia oparta na paradoksach i wyzwaniach prowadzących do porzucenia ego, ale jako minimalistyczna estetyka i zestaw technik relaksacyjnych dla klasy średniej). Być może to zasługa wiary w statystykę, która nieodmiennie przekonuje, że właśnie na Północy żyją najszczęśliwsi na świecie ludzie, małomówni, ale pogodni, odziani w ciepłe swetry i niewymagający od świata zbyt wiele. Być może przesądza o tym jednak potrzeba myślenia magicznego, która wydaje się kryć za popularnością poradników: przekonanie, że istnieje jakaś formuła, która sprawia, że życie staje się Takie, Jak Należy.

Traktory, blokowiska i ziemniaki

Większość filozofii szczęścia, niezależnie od kraju pochodzenia, nie jest skomplikowana i czytając poradniki, łatwo wręcz o poczucie, że ktoś odkrywa przed nami, iż oto 2+2 to 4 (choć zapewne o taki „efekt eureka” również może chodzić).

Czasami można zadziwić się osobliwymi obyczajami przedstawicieli klasy średniej (wszak to do nich, i aspirujących członków, skierowane są gotowce stylów życia); wydaje się, że potrzebują osobnego poradnika do wszystkiego, włącznie z gotowaniem wody.

Zobaczmy bowiem: zazwyczaj na zadowolenie z życia składają się dobre posiłki, kontakt z naturą, otaczanie się ładnymi przedmiotami, ale nie w nadmiarze, czas na relaks, dbałość o dobry kontakt z bliskimi. Jednak większość z nich (poza może fińskim sisu, które niesie zachętę do rozwijania odporności ciała i ducha) zawiera w sobie pewne przyzwolenie, legitymizację „zmniejszania obrotów”, spowolnienia, odpoczynku, nawet bezczynności. I faktycznie, w świecie, który działa 24/7 i wymaga od nas nieustannej aktywności (jak pisał Jonathan Crary w swojej głośnej książce o utowarowieniu wszystkich sfer ludzkiego życia z wyjątkiem snu), taka postawa wymaga pewnej odwagi. Gdy mieszkałam blisko lasu, obserwowałam, że ludzie rzadko wychodzą sami z siebie na spacer, żeby pobyć w przyrodzie czy po prostu iść przed siebie. Potrzebują pretekstu, usprawiedliwienia. Zapewne dlatego taką popularnością cieszą się kijki do nordic walking: spacerowicze wyposażeni w profesjonalny sprzęt stają się sportowcami, podejmują aktywność, aby zadbać o zdrowie. Być może podobny mechanizm stoi za popularnością hygge, lagom, niksen: legitymizują coś, czego potrzebujemy i pragniemy, ale normy postępowania na to nie pozwalają.

Nietrudno też zauważyć, że filozofie szczęścia, przynajmniej te, które doczekały się swoich poradników czy inspirowały kolekcje w sklepach wnętrzarskich, wywodzą się z państw raczej zamożnych i stabilnych. Jest w tym pewna uczciwość, zrywająca wreszcie z paternalistycznym przekonaniem, że w krajach rozwijających się żyją ludzie „biedni, lecz szczęśliwi”, czego mają dowodzić dzieci pozujące turystom do zdjęć. Tu mamy nominalną pochwałę prostoty i minimalizmu, ale przy milczącym założeniu, że nas na nie stać. Świadoma rezygnacja i uproszczenie możliwe są bowiem w takich warunkach, gdzie nie trzeba stale wiązać końca z końcem i chomikować na wszelki wypadek; paradoksalnie, prostota to nowy luksus. Jest możliwa tam, gdzie nie pracuje się na śmieciówkach, dysponuje się niezłymi zarobkami i work-life balance.

Ale i biedniejsi mają swoją sztukę życia. Małgorzata Rejmer pisała w Bukareszcie o rumuńskim powiedzeniu „asta e”, które można przełożyć jako „tak to już jest” (znajdziemy niejeden polski odpowiednik). Niesie ze sobą rezygnację, pogodzenie się z kiepskim losem; to stoicyzm, ale zabarwiony fatalizmem, ponury. Kilka lat temu ukazała się książka z polską odpowiedzią na hyggelagom: Jakoś to będzie. W podobnym duchu odczytuję falę subwersywnej słowiańskości, dresiarskiej, osiedlowej, podlanej wódką i energolami, ale swojskiej i komfortowej w przykucu i skarpetkach do sandałów. Tej znanej z memów, hip hopu i imprez techno. To przerysowany autostereotyp, umiejętnie przechwycony i odwracający negatywne wyobrażenia na temat Słowian. Tak, Duńczycy mają świeczki i ciepłe koce, a my traktory, blokowiska, ziemniaki, ale też nic do stracenia.

 

Kup numer