Olga Drenda październik 2021

Wsiadajcie do śmieszkolotu

Olga Tokarczuk na pogrzebie Marii Janion przestrzegała przed rosnącym „brakiem zdolności do rozumienia metafory” i „pauperyzacją poczucia humoru”. Internetowe żarty wydają się jednak przeczyć jej obserwacjom – memy to dziś skondensowana porcja znaczeń, mistrzostwo ironii i purnonsensu.

Artykuł z numeru

Z czego się śmiejemy

Czytaj także

Kasia Babis

Nie śmieję się ze słabszych

Freud pisał, że przeciwieństwem zabawy nie jest powaga, lecz rzeczywistość. A że nasza nie jest zbyt radosna, raczej obfitująca w powody do frustracji i piętrząca poczucie absurdu, tym bardziej powinniśmy się śmiać. Czy jednak faktycznie tak jest? Pozornie lekki temat okazuje się twardym orzechem do zgryzienia, bo gdy zaczynamy poszukiwać informacji na temat poczucia humoru w Polsce, trafiamy na wykluczające się wzajemnie opinie. Wynika z nich, że jako społeczeństwo albo możemy poszczycić się znakomitym poczuciem humoru, tym bardziej wyrafinowanym, że wyćwiczonym na wertepach naszej trudnej historii; albo wprost przeciwnie: że najlepszym rymem do „Polak” jest słowo „ponurak”. I trudno o mniej zabawny naród, z tych samych zresztą co powyżej przyczyn. Wygląda na to, że choć świat znacząco się zmienił od czasów romantyzmu, niejeden wciąż pyta za znakomitą badaczką epoki Dorotą Siwicką: „Czy Polacy mają prawo śmiać się?”. A może „najweselszy barak w obozie” jednak bardziej zobowiązuje? Co zrobić z tym fantem? Może po prostu śmiejemy się, ale inaczej, niż wielu z nas przyzwyczaiło się sądzić? A może nie ma już wcale żadnego polskiego poczucia humoru, tylko globalne w polskiej wersji językowej?

Uwiąd filmowej komedii

Oto w rozmowie udzielonej portalowi Onet z okazji swoich 60. urodzin, powszechnie lubiany aktor Cezary Żak – kojarzony głównie z rolami komediowymi – przyznał, że rozważa pożegnanie z zawodem, i dodał ze smutkiem, że jego zdaniem polskie poczucie humoru nie stoi dziś na najwyższym poziomie. Za ten stan rzeczy obwiniał przede wszystkim telewizję i fakt, że od lat 90. coraz bardziej obniżano loty żartów płynących z ekranu. Smutno słyszeć takie słowa ze strony gwiazdora jednego z najbardziej bezpretensjonalnych i  sympatycznych sitcomów, czyli Miodowych lat, ale wydaje się, że jego obserwacja tylko częściowo może zostać uznana za słuszną. Faktycznie bowiem w telewizji jest coraz mniej zabawnie: o ile powtórki starych seriali, w  tym tych z samym Cezarym Żakiem, wciąż budzą sentyment i  pozytywne emocje (o czym świadczą nie tylko powtórki, ale też fanowskie strony i grupy w internecie), to trudno przypomnieć sobie, żeby w ostatnich latach pojawił się serial komediowy konkurujący popularnością i  rozpoznawalnością z dawniejszymi produkcjami.

Dziś ambicją twórców serialowych jest kręcenie kryminałów czy thrillerów, według standardów wyznaczanych przez Netflixa i HBO, albo tasiemców kostiumowych; sitcom to raczej format na czasy niskich budżetów i chałupniczych metod realizacji.

Komedia filmowa, przez dłuższy czas jedyny konsekwentnie realizowany w  Polsce format kina gatunkowego, od pewnego momentu zaczęła podążać sprawdzoną ścieżką: niezły wynik w box office plus łomot od krytyków i widzów. W pewnym momencie nastąpiło przesilenie i o ile przez dłuższy czas kino potransformacyjne oferowało kiepskie dramaty i drugoligowe sensacje, ale na drugą nogę zapewniało wiele powodów do śmiechu i  zasoby kultowych odzywek, o  tyle stopniowo te pierwsze coraz bardziej podnosiły poziom, podczas gdy komedia nurkowała w Rowie Mariańskim w okolicach tak niesławnych wyrobów jak Wyjazd integracyjnyKac Wawa.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Dziś znów powstają niezłe i zabawne produkcje, ale różnica między aktualnym stanem rzeczy a realiami lat 90. jest fundamentalna – to po prostu jedne z filmów, na które pójdziemy do kina, a nie kandydaci do panteonu Kultowych Polskich Komedii; cytaty z  nich nie staną się tak powszechnie rozpoznawalne jak te z Kilera czy z Nic śmiesznego. Telewizja też spisana na straty, skoro to ona zrodziła najmniej śmieszny produkt komediowy wszech czasów, czyli Studio Yayo. Przez wiele lat bezkonkurencyjną formułą dla żartu był sceniczny kabaret, przyciągający tłumy widzów przed telewizyjne ekrany i  do amfiteatrów. I o  ile dobrze znane skecze – o wampirze Tofiku Ani Mru Mru, Jerzyk dzisiaj nie pije Kabaretu Moralnego Niepokoju czy program teatru Mumio – bawią do dzisiaj, a cytaty krążą nadal w potocznej mowie, o tyle kabaret coraz częściej jest synonimem kiepskiej rozrywki, korzystającej z najtańszych i najgrubiej ciosanych chwytów. Po internecie od lat zresztą krąży postulat „zdelegalizować polskie kabarety”, a w memach dworuje się bezlitośnie z ich mocno nieświeżej już formuły: „Szczyt komedii? Chłop przebrany za babę! Boki zrywać!”.

Na scenie rozgościł się za to stand-up, czyli monodram w stylu amerykańskim, od wcześniejszego kabaretu różniący się albo bardziej osobistym, albo bardziej niecenzuralnym tonem.

Mem jako wyrafinowana gra

Jeśli tak spojrzymy na sprawę, Żak ma rację: nie mamy się z czego śmiać. A  jednak śmieszkujemy, czasem gorzko, ale robimy to cały czas, na ulicy i w internecie – przede wszystkim tam. Coraz częściej droga błyskotliwej obserwacji, żartu, lapsusu, satyry politycznej prowadzi z online do offline, a nie odwrotnie, np. na pluszaki do samochodu w formie Janusza Nosacza, do reklamy piekarni zachęcającej do zakupu lagunów czy na skarpetki z napisem „San Escobar”. Oczywiście często im szybciej się to dzieje, tym szybciej mem umiera – jak uważają bowiem specjaliści od internetowej folklorystyki, żywiołem tego medium jest ambiwalencja i  gdy mem trafia w tryby reklamy czy do telewizji, traci swoją moc i staje się sucharem. Dzieje się to samo, co wtedy, gdy pokolenie rodziców próbuje posługiwać się młodzieżowym slangiem. Oczywiście są i takie memy, których potencjał wydaje się nieskończony, np. Pieseł (polski to chyba jedyny język, w  którym słynny piesek rasy shiba inu, znany na świecie jako Doge i swobodnie poczynający sobie z angielską gramatyką, otrzymał nowe imię), jednak to memy dynamiczne, ewoluujące, których kolejne pokolenie obserwujemy w internetowym obiegu, wszak internet trudno nazwać już „nowym medium”. Sympatyczny i niezbyt przywiązany do gramatyki żółty pies zyskał nowe wcielenia, np. Ironicznego Pieseła lub pechowego przegrywa Cheemsa i jego antagonisty, umięśnionego Big Doge (Swole Doge) – pieseła sukcesu. To memy o memach, żarty z żartów. Podobnie Janusz Nosacz, nosacz sundajski, piwosz i  cwaniaczek kojarzący się z Ferdkiem Kiepskim, doczekał się przeróbki na poważnie w serii memów, które ukazują go jako skruszonego ojca starającego się naprawić własne błędy wychowawcze.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer