Kasia Babis październik 2021

Nie śmieję się ze słabszych

Poczuciem humoru, jak fight clubem, rządzą dwie zasady. Pierwsza: nie rozmawiamy o tym, co nas śmieszy. Druga: nie rozmawiamy o tym dlaczego.

Artykuł z numeru

Z czego się śmiejemy

Panuje powszechna zgoda co do tego, że próba wyjaśnienia żartu rujnuje zabawę. To tak, jakby magik po wykonaniu sztuczki zaczął tłumaczyć wszystkim, że karta, która zmieniła się w zegarek, jest tak naprawdę cały czas przypięta z tyłu na maleńki magnes.

Wiemy, skąd to się wzięło. Nie ma nic bardziej żenującego niż komik, który próbuje rozproszyć krępującą ciszę, tłumacząc niezdarnie, dlaczego to, co właśnie powiedział, jest śmieszne. Z sytuacji tzw. zbombienia można wyjść na dwa sposoby, chociaż tylko na jeden z twarzą. Można obrazić się na publiczność i stwierdzić, że nie śmieje się wyłącznie przez krępujące ją kagańce politycznej poprawności. Można też z pokorą skreślić niewypał z notatek i przejść dalej.

Problem w tym, że zasadę nietłumaczenia dowcipów rozszerza się dzisiaj daleko poza wykonawcę i każda próba analizowania humoru spotyka się z intuicyjnym oporem. To tylko żart, nadinterpretujesz, trochę dystansu. Tak się ucina każdą rozmowę wokół wszystkiego, co zabawne. Przyjmujemy, że to, co nas śmieszy, wynika z czegoś pierwotnego, co mamy w środku. Ale jeśli na przekór tej intuicji zaczniemy obserwować kontekst, w którym rodzą się żarty, ich występowanie i cykl życiowy, to nie da się nie zauważyć, jak głęboko nasze poczucie humoru jest zakorzenione w kulturze, w której dorastamy.

Humor oswojony?

Studia nad humorem z mniejszym lub większym powodzeniem (zwykle z  mniejszym) próbują intensywnie uprawiać korporacje marketingowe. Nie bez powodu w momencie kiedy jakiś żart znajdzie się na oficjalnym fanpejdżu marki, jego życie w powszechnej świadomości zostaje uznane za dokonane. Szczególnie że w kulturze internetowej siła dowcipu polega często na jego organiczności i hermetyczności, jest jak puszczane do siebie oczko, certyfikat obycia. Żart przemielony przez junior brand managerów w salce konferencyjnej, przepuszczony przez moderacyjne filtry i nowoczesny design traci swoje właściwości i wychodzi drugą stroną tego korporacyjnego przewodu jako krindż.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Im bardziej niewinny żart, tym bardziej jest podatny na śmierć przez ubrandowienie. Marki lubią udawać ludzi, ale tylko w bezpiecznych, opłacalnych granicach. Dlatego poczciwy „lagun”, osiedlowy potwór, który okazał się rogalikiem, stanowił perfekcyjny cel i został błyskawicznie pożarty i przetrawiony przez działy marketingu. Taką postacią można reklamować wszystko każdemu – nastolatkom, młodym mamom, starszym, konserwatywnym pokoleniom – a na dodatek nie trzeba kupować na nią licencji. Bardziej kontrowersyjne memy, czyli takie, za którymi stoi choćby cień stanowiska, mają większą szansę umknąć różnym brand managerom i  product ownerom. Dlatego np. „70 milionów Sasina” cieszyło się wyjątkową żywotnością.

Niektóre żarty umierają poddane analizie, ponieważ zrozumienie, dlaczego nas bawią, odkrywa przed nami jakąś przykrą prawdę o nas samych. Są jak wróżki, które znikają, kiedy się przestanie w nie wierzyć. I dobrze. Są żarty szkodliwe, które zasługują na śmierć, wbrew intuicyjnemu przekonaniu, że humor to wyjątkowa, chroniona strefa ludzkich działań. Zgodnie z tym myśleniem wielu komików uznaje, że może powiedzieć dowolnie obrzydliwą rzecz i osłonić się przed krytyką, tłumacząc, że żartowali. Często wręcz moc tego żartu mierzy się raczej tym, ile osób się oburzyło, niż ile zaśmiało. Co ciekawe, ci sami komicy twierdzą, że „po prostu mówią to, co wszyscy inni myślą, ale boją się powiedzieć”. Zasłaniają się w ten sposób za „żartem Schroedingera”, który jest jednocześnie na serio i ironiczny, w zależności od tego, czy odbiorcę akurat rozbawił, czy zdenerwował. Przy okazji mogą dotrzeć do szerszej publiczności, jednocześnie wkupując się w łaski ludzi faktycznie podłych i  tych, którzy po prostu nie chcą wyjść na sztywniaków. Bez względu na to, z jakiego powodu się śmiejemy, nasz śmiech jest rodzajem przyzwolenia. Nie tylko dlatego, że podaje jakąś ideę dalej i  podtrzymuje ją przy życiu, ale również puszcza oczko do autora i daje mu znać: hej, masz rację, coś w tym jest. Na przykład większość żartów z gwałtu działa wyłącznie wtedy, gdy przyjmiemy podświadome założenie, że kobiety same się proszą o wykorzystanie seksualne. Inaczej są po prostu niezrozumiałe.

Źródło tego sentymentu też jest dość jasne. Humor był w historii często używany jako broń przeciwko reżimom i  autorytetom, każda próba narzucania mu ograniczeń budzi więc złe skojarzenia i instynktowny opór. Podobnie jest z tłumaczeniem dwuznaczności, które dawniej pomagały wymykać się spod oczu cenzorów.

Ale często zapominamy, że humor może być zarówno narzędziem buntu, jak i  opresji. Dlatego przydatna jest zasada, do której sama się stosuję – „to never punch down”, czyli nigdy nie kierować ostrza satyry w stronę słabszych.

Pomaga zachować nie tylko przyzwoitość, ale i  jakość dowcipu. To żadna sztuka kopać leżącego czy naśmiewać się z bezbronnych mniejszości, które i tak wyśmiewa lub jawnie dyskryminuje bigoteryjna większość. Zwłaszcza że często polega to po prostu na powtarzaniu spranych stereotypów. Wobec tych, którzy i tak są na celowniku, nigdy nie zabraknie amunicji; dostarczają jej wszyscy, od podpitych wujków na weselach, na głowach państw kończąc. A  prawdziwa siła dowcipu leży przecież w błyskotliwości, w jakiejś obserwacji, która nam umyka na co dzień.

Pokoleniowe lęki

„Naturalne” wymieranie trendów też nie zależy przecież od żadnej tajemniczej kosmicznej siły, tylko od zmian w społecznej świadomości. Dlatego na wymarciu jest np. tzw. boomer humor. Jak wszystko, co kojarzone z szeroko pojętym boomerstwem, boomer humor charakteryzuje powierzchowność i malkontenctwo wielu przedstawicieli pokolenia przywiązanego do przywileju. Oczywiście samo wyrażenie „boomer” oderwało się już od swojego pierwotnego znaczenia opisującego pokolenie osób urodzonych w trakcie baby boomu w powojennych Stanach. W społecznej świadomości ewoluowało po prostu w  określenie osoby konserwatywnej i zarozumiałej. Boomerstwo nie jest związane wyłącznie z  przywilejem ekonomicznym. Polscy boomerzy, dorastający w często w biedzie upadającej komuny, charakteryzują się przywiązaniem do innych skostniałych struktur, np. patriarchatu. Ich humor zwraca się głównie przeciwko codzienności; uprzykrzonemu życiu rodzinnemu i zawodowemu. Dlatego tak nienawidzą go młodsze pokolenia, dla których stabilna praca, własny dom i spokojne życie rodzinne to coraz częściej raczej odległa fantazja niż źródło utrapień. Widać to zwłaszcza w całej gałęzi sitcomów z  lat 90. i  wczesnych 2000. (jak Wszyscy kochają Raymonda), które z  tego powodu są dla współczesnego widza zupełnie nieoglądalne: seriali o zaniedbanych, sarkastycznych mężczyznach w  średnim wieku, których życiowym celem jest picie piwka na kanapie z kumplami, w czym wciąż przeszkadza im ich zjawiskowo atrakcyjna żona, domagając się uwagi i uczestnictwa w prowadzeniu domu. Ten rodzaj humoru często złośliwie podsumowuje się jako „wife bad”. Bo jak wiele żartów można napisać o tym, że żony to marudzące, kontrolujące, wysysające radość z życia kule u nogi? Wszystkie takie dowcipy zaczynają po pewnym czasie brzmieć podobnie, a publiczność w końcu zacznie zadawać sobie pytanie, po co właściwie komicy masowo żenią się z osobami, których chyba w ogóle nie lubią.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer