70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Łypiące kształty

Zwiedzam Rudę na rowerze od dawna i wciąż nie odkryłam wszystkiego. Planuję wyprawy stopniowo: stary szyld salonu wróżb w Wirku, bajkowe domki na osiedlu Ficinus, Muzeum PRL-u w starym pegeerze.

Jeden z moich ulubionych cytatów popkultury pochodzi z polskiej wersji komiksu o Króliku Bugsie – kadr z zawodów sportowych Animków przedstawiał banner z napisem: „TANIEC MĘCZY”. To samo myślę o podróżach – może nie każdy się do tego przyzna, ale podróżowanie, takie prawdziwe, na długie dystanse, trochę męczy. Wyjazd na wakacje trwa, siedzenie w środkach lokomocji jest wyczerpujące, reisefieber dokucza. Dlatego najbardziej lubię małe wycieczki, takie „nie za bardzo”. Na przykład w obrębie województwa.

Mam szczęście mieszkać w województwie śląskim, które składa się z kilku bardzo odmiennych od siebie regionów, na tyle innych, że jednodniowa wycieczka kolejowa może dostarczyć poczucia, jakbyśmy podróżowali na dalekie dystanse. Są góry, są wielkomiejskie Katowice, jest Cieszyn śliczny jak bombonierka, są kosmiczne Tychy i Sosnowiec – taka mała Łódź.

Ale jest też zupełnie nieturystyczne na pierwszy rzut oka miasto – Ruda Śląska.

To właściwie kilka osobnych miejscowości, cała konstelacja, połączona szeregiem powojennych edyktów administracyjnych. To, jak odmienne są te oddalone od siebie mikromiasteczka, najlepiej widać z perspektywy roweru, który zresztą wybieram jako najszybszy i najwygodniejszy środek lokomocji. Do tego, jeśli akurat nie zamierzam kupić sobie jakiejś przekąski, wyprawa kosztuje mnie również zero złotych i zero groszy. Same korzyści.

Zwiedzam Rudę na rowerze od dawna (miasto ma zresztą dość rozbudowaną mapę tras rowerowych i sporo ścieżek) i wciąż nie odkryłam wszystkiego. Planuję wyprawy stopniowo: stary szyld salonu wróżb w Wirku (z ufundowaną przez mieszkańców rzeźbą kota obok), bajkowe domki na osiedlu Ficinus, Muzeum PRL-u w starym pegeerze. Jest Kaufhaus, osiedle robotnicze, na którym w przeciwieństwie do obleganego przez turystów Nikiszowca kwitnie zwyczajne familokowe życie, i olbrzymi piec hutniczy. Są poprzemysłowe stawy w Kochłowicach, przy których co prawda nie znajdziemy już malowniczych ruin starego basenu, ale zostały fantastyczne lasy dookoła. Nowy Bytom (Fryna) i stara Ruda to królestwo solidnej czerwonej cegły i imponujących budynków, z imponującym neoromańskim kościołem Johannesa Klompa na czele. Na terenie ROD Nadzieja w Kochłowicach można zwiedzić schron bojowy (w całej Rudzie jest ich zresztą wiele), otoczony kolorowymi wyrobami działkowiczów. Sporo budynków użyteczności publicznej powstało z inicjatywy Joanny Gryzik, osieroconej dziewczynki, która została hrabiną von Schaffgotsch i jedną z najbardziej znaczących przedsiębiorczyń swojej epoki.

 

Między dzielnicami rozciągają się dziwne tereny graniczne, pamiątki dawnych przemysłowych szlaków, a w bocznych ulicach kryją się domki, niektóre historyczne, pamiętające jeszcze XIX w., inne – prezentujące bogactwo wariantów prostej z pozoru „kostki polskiej” czasów Gomułki i Gierka czy import czeski w postaci Sumperaka.

Podczas niespiesznej podróży na rowerze można przyglądać się im, zawracać, przystawać, podziwiać zawartość ogródków. Mieszkańcy Rudy Śląskiej są wyjątkowo kreatywni i pod względem osobliwości i pomysłowości wyrobów konkurować mogą chyba tylko z Gdańskiem (a zwiedziłam wiele miejscowości szlakami takiej spontanicznej kreatywności). Ze standardowej menażerii ogrodowej, sarenek, krasnali, owieczek komponują rozbudowane sceny. Zupełnie nieplanowaną atrakcją okazała się obecność gigantycznej figury kaczki, która łypała na mnie z czyjegoś ogródka. Łypiące wielkoformatowe kształty to chyba specjalność miasta, ponieważ tu i ówdzie w krzakach można trafić na zagadkowe plenerowe rzeźby z lat 60. i 70., nad okolicznościami powstania których głowią się nawet urzędnicy.

Podróż po Rudzie warto zakończyć w bielszowickiej cukierni przy ul. Kokota, która nie zmieniła wystroju i witryny chyba od lat 70. i wśród przytulnej boazerii serwuje bardzo smaczne desery. Swego czasu, jeszcze niedawno, każda dzielnica miała swoją restaurację w skromnym, ale szykownym modernistycznym prostopadłościanie i sporo robotniczych barów; potransformacyjne realia sprawiły, że część zniknęła, a część zmieniła profil, unowocześniając się. Znikają też, choć wciąż jest ich względnie dużo, ręcznie malowane szyldy czy te duchologiczne, klejone kolorowymi foliami. Taki już chyba los wszystkich miejscowości – nieubłagana standaryzacja. Tymczasem możemy przynajmniej zadumać się, jedząc lody jagodowe (polecam).


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter