70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ilustracja: Ewelina Karpowiak

Przez pole minowe

Próbując uniknąć jednych min, łatwo wejść na inne. Potrzebna jest więc stała czujność. I to właśnie redaktor może być przewodnikiem, pomagającym uniknąć wielu pułapek.

Redaktor?
To partner, przewodnik, opiekun, przyjaciel autora.

Albo szef, dowódca, niekiedy prokurator, sędzia i / lub kat.

Relacja między redaktorem i autorem jest kwestią indywidualnych potrzeb. Każdy redaktor ma swoją strategię porozumiewania się z autorem, bo też różnego rodzaju wsparcia i pomocy w procesie twórczym potrzebują sami autorzy. Staram się być takim redaktorem, z jakim sam chciałbym pracować: wymagającym, ale cierpliwym, a gdy trzeba, również wyrozumiałym. Który wie, z czym wiąże się „radość pisania”, jest partnerem. A jeśli sytuacja naprawdę wymaga, by był katem, to tylko takim, który wyrok wykonuje humanitarnie, w białych rękawiczkach.

Każdy autor, podejmując się napisania książki, wkracza na pole minowe. Nudnawe rozpoczęcie, niezbyt celna puenta, dłużyzny, przesadna skłonność do dygresji, niezręczności językowe czy błędy merytoryczne – to tylko niektóre pułapki związane bezpośrednio z powstawaniem tekstu. Jest ich jednak znacznie więcej.

Autor piszący fikcję może pozwolić sobie na większą swobodę – jego bohater może podjąć każdą decyzję, zrobić choćby największe świństwo. Autor może sprawić, że czytelnicy bohatera pokochają lub znienawidzą. Kryterium będzie spójność psychologiczna postaci, zasadność jej wyborów. W literaturze faktu mamy jeszcze kryterium uczciwości wobec bohatera, który był lub jest człowiekiem z krwi i kości.

Co jeśli autora ponosi wyobraźnia? Czy wszystkie informacje są zweryfikowane? Czy interpretacje wydarzeń (zjawisk społecznych, procesów historycznych lub – po prostu – decyzji bohaterów) nie są zbyt śmiałe? Czy autor umie je uzasadnić? Czy nieświadomie nie obraża bohatera / bohaterów? Czy autorowi i wydawcy nie grozi proces o naruszenie dóbr osobistych? Jeśli autor opisuje wielokrotnego mordercę i dobrze odnajduje się w roli prokuratora, czy jest świadomy, że mogą na tym ucierpieć osoby trzecie? Czy nie ujawnia wrażliwych danych osób postronnych? Czy ma prawo na nowo otwierać rany bliskich ofiar? Pracując nad książką non-fiction, ma się do czynienia zawsze z czyjąś historią, nieraz bolesną. Trzeba się z nią obchodzić ostrożnie.

Próbując uniknąć jednych min, łatwo wejść na inne. Potrzebna jest więc stała czujność. I to właśnie redaktor może być przewodnikiem, pomagającym uniknąć wielu pułapek. Ważne jednak, że jego rola nie polega na przeniesieniu autora przez pole minowe na rękach, lecz jedynie na wskazaniu potencjalnych zagrożeń. To autor podejmuje decyzje o tym, którą drogą pójdzie, i to on ponosi za swoje wybory odpowiedzialność.

 

*
To, co dziś najtrudniejsze w pracy redaktora, nie jest, moim zdaniem, bezpośrednio związane z redagowaniem tekstów. To raczej świadomość, że polski rynek książki jest stale w trudnej sytuacji. Stosunkowo niewielka grupa czytelników ma możliwość czytania nieograniczonej liczby książek, które w dodatku rywalizują o czas i uwagę nie tylko między sobą, ale też z serialami, filmami, grami, koncertami, niezliczonymi atrakcjami. Nakłady, w jakich sprzedają się książki, są więc z roku na rok coraz niższe. Poza nielicznymi wyjątkami autor nie jest w stanie, pisząc książkę reporterską, zarobić tyle, by opłacało mu się jej poświęcić dwa, trzy lata pracy. Jak więc przekonać autorów, że warto?

Ale to, co najtrudniejsze, może w efekcie przynosić też najwięcej satysfakcji – dawać poczucie, że mimo wszystko wspólnym wysiłkiem udaje się jakiś wycinek rzeczywistości zmieniać na lepsze. Dzięki wydawaniu książek, które budują mosty między ludźmi, a nie dzielą – jak Wyspa Węży Małgorzaty Szejnert, Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia Witolda Szabłowskiego czy (mam nadzieję) biografia Anny Walentynowicz autorstwa Doroty Karaś i Marka Sterlingowa. Dzięki przypominaniu historii, które przez lata pozostawały nieopowiedziane lub były opowiadane w sposób niewłaściwy –jak losy Zdzisława Marchwickiego zrekonstruowane przez Przemysława Semczuka. Dzięki odkrywaniu postaci nieraz całkowicie w Polsce zapomnianych – Józefa Rotblata czy Garetha Jonesa (przypomniani odpowiednio przez Marka Górlikowskiego i Mirosława Wlekłego). Albo nawet pozornie dobrze znanych – Krzysztofa Komedy czy Zbigniewa Cybulskiego (biografie Magdaleny Grzebałkowskiej i Doroty Karaś). Albo dając czytelnikom po raz pierwszy możliwość zapoznania się z przekładami arcydzieł literatury światowej (Tramwaj zwany pożądaniem i inne dramaty Tennessee Williamsa w przekładzie Jacka Poniedziałka).

 

*

W sytuacji idealnej redaktor pracuje z autorem nie tylko nad gotowym tekstem, ale towarzyszy mu przez cały proces twórczy – od wymyślenia tematu, przez szukanie informacji i rozmowy z bohaterami, po komponowanie tekstu i udział w przygotowywaniu książki już jako gotowego produktu, który trafi na półki księgarń. Ten ostatni etap obejmuje m.in. wymyślanie tytułu, wybór projektu okładki, często też wybór fotografii, zamawianie map, pisanie not zapowiedziowych. Wówczas redaktor jest także łącznikiem między autorem a czytelnikami.

Było upalne lato 2010 r. i odbywałem właśnie staż w Wydawnictwie Znak, gdy Mariusz Gądek, wówczas redaktor działu literatury faktu, kładąc przede mną Czarny ogród i Wyspę klucz, powiedział: „Każdemu redaktorowi życzę pracy z taką autorką jak Małgorzata Szejnert”. Kilkanaście miesięcy później – choć jeszcze nie jako redaktor, ale fotoedytor książki Dom żółwia. Zanzibar – miałem się przekonać, co ma na myśli.

Małgorzata Szejnert jest wybitną reporterką, pisze uważnie i rzetelnie, więc redagowanie jej książek to rzadki luksus szukania dziury w całym. Mimo ogromnej wiedzy jest otwarta na sugestie redaktorów, o wiele mniej przecież doświadczonych od niej. Zanim na emeryturze wróciła do pisania reportaży, przez 15 lat była redaktorką „Dużego Formatu”. W tym czasie wypracowała rzadkie wśród autorów umiejętności – potrafi nie tylko krytycznie spojrzeć na własny tekst i bezlitośnie go skrócić, ale też właśnie myśleć o książce jak o produkcie, po który sięgnie czytelnik. Ma więc przemyślaną nie tylko strukturę książki, ale i mapy, fotografie i różne ilustracje, które powinny się w niej znaleźć. Zbierając materiały do książki, skrupulatnie wynotowuje źródła ciekawych ilustracji, by ułatwić wydawcy pracę. Działa niezawodnie, sprawnie, terminowo. Rację miał Mariusz Gądek. Małgorzatę Szejnert jako wzór autorki idealnej można by przechowywać w Międzynarodowym Biurze Wag i Miar w Sèvres. Dzięki takim autorom ten wspólny spacer przez pole minowe jest prawdziwą przyjemnością.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter