fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Krzysztof Żuczkowski/Forum

Więcej niż polityka

Jesteśmy wspólnotą. Jeżeli chcemy skutecznie osiągać nasze cele polityczne, powinniśmy nie tylko budować poparcie dla polityków, którzy wyrażają nasz interes, ale też przekonywać do swoich racji ludzi, którzy się z nami nie zgadzają. Żeby to zrobić, nie można na wstępie ich dehumanizować.

Daniel Lis: Mamy rozmawiać o kondycji polskiego społeczeństwa w roku 2019 i postarać się przy tym nie narzekać. Czy to możliwe?

Michał Bilewicz: Myślę, że tak. Trudno nie narzekać, mówiąc o polityce, bo rzeczywistość polityczna jest w opłakanym stanie. Ale nie społeczeństwo.

 

Często jedno z drugim się utożsamia.

Brakuje nam wiedzy – poza informacjami od polityków – o tym, jakie ludzie mają poglądy, przekonania. Scena polityczna nie jest idealną reprezentacją polskiego społeczeństwa, bo tylko mniej więcej połowa uprawnionych do głosowania rzeczywiście chodzi na wybory. Mamy drugą połowę Polski, która nie jest niczyim elektoratem, ignoruje politykę i ten konflikt. Jeśli tak na to spojrzymy, okazuje się, że upolitycznienie nie jest aż tak duże, jak się wydaje. Zrozumienie Polski powinno być zrozumieniem również tego, co się dzieje poza polityką.

Mogę podać przykład z końca lutego tego roku, który uświadomił mi pewien brak związku między światem wydarzeń medialnych a tym, co rzeczywiście dzieje się w Polsce. Przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” dość przerażający artykuł. Małopolskie Kuratorium Oświaty przeprowadziło kontrolę w Szkole Podstawowej w Dobczycach, niedużym mieście w Małopolsce, ponieważ zorganizowano w niej spotkania uczniów ze studentami z Algierii. W czasie lekcji młodzi Algierczycy uczyli Polaków np. pisania swoich imion i nazwisk po arabsku.

 

Straszne rzeczy!

Brzmi jak działanie wysoce terrorystyczne, prawda? Kuratorium zdecydowało się wszcząć postępowanie dyscyplinarne i odwołać dyrekcję tej szkoły, ponieważ uznało, że organizowane tam wydarzenia zagrażają „bezpieczeństwu psychicznemu i fizycznemu” dzieci. Podobnymi historiami jesteśmy bombardowani na co dzień – słyszymy o urzędnikach państwowych i politykach, którzy robią rzeczy po prostu nieludzkie. Uniemożliwianie młodzieży kontaktu z innymi kulturami jest skazywaniem jej na moralne i intelektualne ubóstwo.

Jak wiemy z badań, brak kontaktów z innymi kulturami skazuje nas nie tylko na bycie ksenofobami, ale i głupcami.

Ta lektura zepsuła mi poranek.

W południe jednak poszedłem na Galę Szkoły Dialogu. To podsumowanie dużego programu, dziejącego się w kilkudziesięciu szkołach, co roku w innych, w różnych miastach i miejscowościach, często wsiach. Uczniowie, pod opieką nauczycieli i we współpracy z trenerami fundacji Forum Dialogu, która jest organizatorem, zajmują się upamiętnianiem żydowskiego dziedzictwa miejscowości, z których pochodzą. Tworzą plany wycieczek po żydowskich miejscach w tych regionach, opiekują się zabytkami, cmentarzami, mobilizują lokalną społeczność, media, władze samorządowe, by bardziej się przejęły ich losem. Próbują nawiązać kontakt z potomkami Żydów, którzy tam mieszkali.

 

W których miastach to się odbywa?

Na przykład w Zgorzelcu uczniowie zamalowywali antysemickie napisy na ścianach. To wyjątkowo ciekawe miasto, bo jest podzielone granicą. I ci uczniowie działali po obu stronach – również po niemieckiej, bo okazało się, że było tam wiele miejsc związanych z Żydami. Próbowali upamiętnić coś, czego Niemcy nie upamiętnili w swojej części miasta. Z kolei dzieci z Pacanowa stworzyły dodatkowy tom Przygód Koziołka Matołka, w którym siedzi on w jarmułce za szabatowym stołem.

Raz do roku te dzieciaki przyjeżdżają ze swoich miejscowości na galę, podczas której prezentowane są ich projekty i wręczane nagrody. Kilkadziesiąt szkół, po pięć–dziesięć osób z klasy, która się w to angażowała, z nauczycielami. Ogromna sala Teatru Wielkiego jest pełna. Widać entuzjazm tych dzieci, widać, że nie były to tylko odbębnione zajęcia szkolne. To prawdziwy ferment.

I dotyczy nie tylko uczniów.

Głośno było niedawno o Dariuszu Popieli, byłym olimpijczyku, który postanowił upamiętnić społeczność żydowską Krościenka. W odkrycie żydowskiej przeszłości Rabki zaangażował się pochodzący stamtąd elektryk Narcyz Listkowski, który sam jest ewangelikiem, a w Mszanie Dolnej o pamięć o Żydach dba Urszula Antosz-Rekucka, katechetka. Nie mówimy o ludziach, którzy zawodowo zajmują się działalnością pozarządową i są bardzo dobrze wykształceni w tym kierunku. To często elektrycy, mechanicy samochodowi, ludzie o różnych światopoglądach, którzy poświęcają swój czas, by robić coś sensownego, i doprowadzają do dużej zmiany w swoim otoczeniu.

Jest też całe mnóstwo ludzi, którzy nagle zaczęli przekazywać pieniądze na różne oddolne działania. Gdy obywatele RP jechali do Hajnówki, by zaprotestować przeciw marszowi skrajnej prawicy, ogłosili zbiórkę w Internecie i bardzo szybko zebrali środki potrzebne na wynajęcie autobusu. Ktoś płaci za organizację wydarzenia, bo uważa to za swoją powinność, skoro sam nie może pojechać. To zorganizowanie się Polski może być efektem tego, że zepsuło nam się życie publiczne i polityczne. Może to sprzyja większej aktywności Polaków i formom zaangażowania, które jeszcze parę lat temu były czymś bardzo rzadkim, właściwie dziwactwem.

 

Polska przekora.

Ci ludzie i ich zaangażowanie stanowią całkowite zaprzeczenie tego, o czym mówimy, kiedy badamy antysemityzm. Zwykle jesteśmy oburzeni tym, że 30–40% Polaków wierzy w spisek żydowski albo odmówiłoby Żydom prawa do zakładania przedsiębiorstw w Polsce. Widzimy w badaniach, że poziom uprzedzeń wobec Żydów jest bardzo duży. Ale to ciągle tylko 30–40%. A mamy drugą część Polski – ludzi, których Ireneusz Krzemiński w swoich badaniach nazywa anty-antysemitami, więc nawet nie neutralnych, ale szczerze zaangażowanych w walkę z antysemityzmem.

 

Spotkałem się z opinią, że jeszcze będziemy dziękować Jarosławowi Kaczyńskiemu za to, że uczy nas społeczeństwa obywatelskiego.

Być może im bardziej opresyjny jest system polityczny, tym mocniej ludzie reagują. Nie chodzi tu o bezpośrednią opresję, ponieważ Polska, na tle Węgier, Turcji czy Rosji, to naprawdę nieźle funkcjonujący, demokratyczny kraj. Chodzi o pogardę, z którą ludzie się mierzą na co dzień, z którą stale stykają się, oglądając telewizję, słysząc wypowiedzi polityków na swój temat. I na tę pogardę w większym stopniu reagują. To coś, co się wyraźnie w Polsce zmieniło.

 

Jakie realne skutki przynosi takie zaangażowanie np. uczniom wspomnianych szkół?

Przez wiele lat próbowaliśmy badać efekty programu Szkoła Dialogu i to, co się dzieje z młodymi ludźmi, kiedy zaczynają się angażować. Widzimy, że zmieniają się ich postawy, stają się bardziej tolerancyjni, ale też chętniej angażują się w inne działania społeczne, lokalne inicjatywy, nie tylko dotyczące Żydów. Wydaje się, że działa to w taki sposób, że zaczynają odkrywać historię swoich miejscowości i to, że ona wcale nie jest nudna, oklepana. Do tej pory myśleli, że pochodzenie z małej miejscowości to głównie powód do wstydu, bo to miejsce gorsze, mniej ciekawe od Warszawy czy Krakowa. Nagle dostrzegają, że to nieprawda. W Zarębach Kościelnych odkrywają, że pochodzili stamtąd przodkowie Aarona Ciechanovera, laureata Nagrody Nobla, a przy okazji dowiadują się, że dziadek Marii Curie-Skłodowskiej również. Żyją więc w miejscu, które przed wojną było miasteczkiem, ale po tym jak straciło znaczną część ludności, stało się wsią. Dotąd wiedzieli tylko, że są tu dwa duże murowane kościoły, ale nic innego nie wydawało się atrakcyjne. A nagle się okazuje, że pochodzili stąd przodkowie dwojga laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie chemii. To powoduje, że zaczynają inaczej myśleć o miejscu, z którego pochodzą, i jest to przyczynek do dumy, satysfakcji.

Dzięki ruchom miejskim obserwujemy duże zaangażowanie lokalne. Widać to było wyraźnie w Gdańsku po zabójstwie prezydenta Pawła Adamowicza – nagły wzrost patriotyzmu gdańskiego, pomorskiego. Gdańszczanie naprawdę myślą o sobie jako o enklawie tolerancji, prozachodniości w Polsce. To się zapewne przekłada na większą aktywność, bo widać, ile różnych inicjatyw jest tam teraz podejmowanych.

 

„Miasto wolności i solidarności”. A jak tożsamości lokalne mają się do tożsamości narodowej, ogólnopolskiej?

Niestety, obecnie stoją w pewnym konflikcie. Obcinanie dotacji państwowych na działania regionalne Kaszubów czy stosunek władz do Ślązaków pokazują, że istnieje napięcie między budowaniem silnej tożsamości narodowej i tożsamościami regionalnymi. Ludzie potrzebują dumy wynikającej z ich tożsamości, ale myślę, że dobrze byłoby zaspokajać tę potrzebę jednocześnie na poziomie lokalnym, narodowym i europejskim, a nie tylko na narodowym kosztem pozostałych, bo to ma zawsze swoje konsekwencje. Im bardziej rozkręcimy tożsamość narodową, tym silniejsze damy ludziom poczucie dumy i satysfakcji. Tyle że będziemy musieli stale uprawiać politykę irracjonalną, skoncentrowaną na obronie własnego wizerunku. Zamiast dbać o pozycję Polski jako silnego państwa w regionie, będziemy koncentrować się na pokazywaniu światu, że nie godzimy się na takie czy inne mówienie o historii naszego kraju.

Konstruktywnym elementem tożsamości narodowej jest to, co wiąże ją z innymi poziomami tożsamości: lokalnymi, transnarodowymi (np. z tożsamością europejską) czy globalnymi. Z Katarzyną Hamer i Martą Penczek badaliśmy zdolności ludzi do pojednania się, np. do przebaczenia Niemcom za zbrodnie, których dokonali w czasie II wojny światowej – do tego, by uznawać, że miały one miejsce, ale i być w stanie dzisiaj współpracować z Niemcami. Żeby wzajemne kontakty nie były stale naznaczone przez traumatyczną przeszłość. Okazuje się, że do takiego pojednania najbardziej gotowi są ci Polacy, którzy silnie identyfikują się z polskością, ale równocześnie mają silną identyfikację europejską czy też ogólnoludzką.

 

A nie po prostu słabszą identyfikację narodową?

Jeszcze 10 lat temu mogło się tak wydawać, ale dziś widzę to trochę inaczej. Okazuje się, że te tożsamości nie są zamienne. Najsilniej przejmą się ci, u których występują one razem. Jeżeli ktoś ma bardzo słabą tożsamość narodową, kategoria pojednania nie będzie miała dla niego żadnego znaczenia.

Laurent Licata i Olivier Klein badali skłonność Belgów do zadośćuczynienia w Kongo po zbrodniach, które miały tam miejsce za czasów króla Leopolda. W Belgii jest dużo imigrantów z Konga, mają świadomość, że ich naród był zdziesiątkowany przez Belgów, pamięć tego jest żywa, a jednocześnie mają świadomość, że Belgowie ten fakt kompletnie ignorują. Licata i Klein sprawdzali związek gotowości do zadośćuczynienia z identyfikacją narodową. Czy ludzie, którzy się silniej utożsamiają z narodem, będą zawsze mniej skłonni odczuwać winę z powodu tych zbrodni, a ludzie, którzy się słabiej identyfikują, będą częściej odczuwać winę? Wyszła im bardzo wyraźna krzywoliniowa zależność: ludzie o średnim poziomie identyfikacji narodowej będą najbardziej się czuli winni i będą najchętniej popierali rekompensaty, zadośćuczynienia.

 

Dlaczego tak się dzieje?

Jeżeli ktoś bardzo mocno identyfikuje się z narodem, jest hiperpatriotą, będzie miał silną tendencję do zaprzeczania wszystkim złym wydarzeniom, które zdarzyły się w przeszłości. Jeżeli natomiast ktoś ma bardzo słabą identyfikację narodową, powie, że nie chce, by jego podatki szły na cokolwiek, co wynika tylko z jego tożsamości narodowej. Będzie chciał mieć dobrą służbę zdrowia, a nie płacić za to, co zrobił jakiś król Leopold w imieniu jakichś Belgów. Oczywiście w Belgii nakłada się na to jeszcze wewnętrzny konflikt, bo ktoś może powiedzieć, że jest z Flandrii i nie ma w tym żadnego interesu albo że jest Walończykiem, więc jest jeszcze uciskany przez niderlandzkojęzyczną część kraju. Łatwo jest więc tę belgijską tożsamość spychać, mówić, że to nie nasza sprawa. W Polsce regionalne tożsamości nie są tak silne.

 

Jak przełożyć wyniki tych badań na nasze warunki?

Widzimy, że dla części ludzi tożsamość narodowa nie ma żadnego znaczenia: to wielkomiejskie elity, studenci, programiści, klasa akademicka czy kreatywna. Słowo „elita” nie jest tu najlepsze, bo finansowo to są często prekariusze, a nie żadne elity. Dla nich start Berniego Sandersa w amerykańskich wyborach prezydenckich ma dużo większe znaczenie niż to, czy powstanie koalicja europejska. Żyją sprawami globalnymi. Prawica by powiedziała, że są wyalienowani narodowo. Takie osoby niekoniecznie będą gotowe zaangażować się w sprawy pojednania polsko-żydowskiego czy polsko-niemieckiego.

 

Dla obozu liberalno-lewicowego identyfikacja narodowa jest ważna. Jednocześnie zdarza się, że strona ta głosi hasła pojednania, tolerancji czy otwartości w mało otwarty, nietolerancyjny i daleki od woli pojednania sposób. Przedstawiciele tej grupy są zazwyczaj bardzo krytyczni w postrzeganiu polskiej historii, skoncentrowani na rozpamiętywaniu win, wytykaniu polskich przywar i wad narodowych. Czasami nazywa się taką postawę „patriotyzmem krytycznym”.

Coraz częściej zastanawiam się, czy patriotyzm krytyczny jest rzeczywiście patriotyzmem. To może być strategia dystynkcyjna. Na pewno są wśród tej formacji ludzie, którzy z ewidentnie patriotycznych powodów chcą mówić o przeszłości, poznawać ją i rozliczać – nie neguję tego. Są też jednak tacy, którym krytyczny stosunek do historii daje poczucie, że to nie jest ich historia.

Jan Tomasz Gross relacjonował, w jaki sposób niektóre powojenne czasopisma, takie jak „Kuźnica” czy „Ocalenie”, pisały o pogromie kieleckim – jakby opisywały obcy świat, straszną odległą rzeczywistość, obrzydliwą Polskę Kielc. Dawały do zrozumienia, że żaden kulturalny człowiek nigdy nie zrobiłby czegoś podobnego. Myślę, że polska inteligencja do dziś ma często podobnie dystynkcyjne podejście, w którym mieści się silne narzekanie na Polskę, ale przy tym niemyślenie o sobie. Sprowadza się to do dodawania sobie poczucia kulturowej wyższości wobec chłopów z Jedwabnego czy robotników z Kielc, którym wystarczyło, że ktoś powiedział, iż dzieci są przetrzymywane w piwnicy, by nagle wyszli z fabryki i poszli zabijać Żydów. Myślę, że jest tu element polsko-polskiej gry, gdzie mamy po jednej stronie inteligencję, kontynuującą szlacheckie tradycje, choć genetycznie wywodzącą się z bardzo różnych klas, a po drugiej – całą resztę.

 

Podział klasowy?

Tak, patriotyzm krytyczny może być rodzajem wyrażenia podziału szlachecko-chłopskiego. Chętnie o tym czytamy, bo daje nam to poczucie kulturowej wyższości wobec ludzi, którzy byli zbrodniarzami: my jesteśmy Polską Zachodu, a to jest ta niecywilizowana, orientalna Polska Wschodu. Dlatego nie nazywałbym tej postawy patriotyzmem krytycznym.

Faktem jest, i widzimy to w badaniach, że są dwie strony myślenia o historii, z których jedna jest stroną idealizującą, abstrahując od motywów, a druga jest hiperkrytyczna i chętnie widziałaby historię jako ciąg zbrodni dokonywanych przez Polaków.

Zatraca się w tym ta prawdziwa historia, w której Polacy są tacy sami jak wszystkie inne narody na świecie: ani lepsi, ani gorsi.

Większość ludzi jest bierna i dostosowuje się do sytuacji, w której się znalazła. Jest mała liczba tych, którzy są zbrodniarzami, sadystami, i mała liczba tych, którzy są heroiczni, ratują innych. Gdy patrzymy na wyniki badań dotyczących tego, jak postrzegamy zachowanie rodaków wobec Żydów podczas Holokaustu, przeciętny Polak powie, że 20% Polaków było zaangażowanych w zbrodnie na Żydach, kolaborowało z Niemcami w ich mordowaniu, 30% biernie przyglądało się tym zbrodniom, a 50% aktywnie angażowało się w ratowanie Żydów. To absurd. W żadnym społeczeństwie nigdy się tak nie dzieje. Nie ma 50% heroicznych ludzi, którzy ryzykowaliby życie, by uratować kogoś, kto nie tylko nie jest z nimi spokrewniony, ale jeszcze jest innej narodowości. Myślę, że problem tkwi w tym, iż jesteśmy w Polsce zakładnikami tych dwóch narracji.

 

Wydaje się też, że dużo energii pochłania myślenie o wizerunku Polski. Strona idealizująca stara się zapanować nad tym, jak mamy być postrzegani przez resztę świata, a w odpowiedzi na jej działania strona krytyczna załamuje ręce nad tym, co pomyślą o nas choćby w Unii Europejskiej.

Faktycznie argument „co inni o nas pomyślą” jest widoczny po obu stronach. To narcystyczna potrzeba. Dużo lepiej byłoby się zastanowić, co zrobić, żebyśmy byli lepsi, niż co inni o nas pomyślą. To najbardziej zdrowa forma identyfikacji: pracujemy nad tym, jacy jesteśmy, i staramy się być jak najlepsi.

 

Co w takim razie powinno się składać na dobre społeczeństwo? Bo jak rozumiem, jest ono czymś więcej niż sumą dobrego życia poszczególnych jednostek.

Ważne jest poczucie sprawczości. Jeśli ludzie nie mają kontroli nad własnym życiem, odbudowują sobie poczucie sprawstwa na poziomie narodowym. Myślę, że ma to miejsce w Rosji, gdzie życie obywateli jest nieprzewidywalne. To, czy będą mieli pracę, czy ich dzieci skończą studia, jest poza ich kontrolą. W związku z tym zaspokajają potrzebę sprawczości osobą prezydenta Władimira Putina, który co sobie wymyśli, to zrobi, łącznie z atakowaniem Ukrainy, wspieraniem skrajnie prawicowych ugrupowań w Europie i wpływaniem na wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych.

Gdy ludzie odzyskują poczucie sprawstwa na poziomie indywidualnym, nie potrzebują takich przywódców. Badania, które prowadziliśmy z Aleksandrą Cichocką, pokazują, że nie są też tak narcystyczni, nie potrzebują przeglądać się w oczach sąsiadów czy innych narodów, nie mają obsesji na punkcie tego, jak są postrzegani. To jedna z potrzeb, które muszą być zaspokojone w społeczeństwie, żeby ono dobrze funkcjonowało.

Na poziomie wyższym od jednostkowego, czyli na poziomie relacji społecznych, ważne jest to, żeby istniały formy wspólnego zaangażowania, żeby robić coś razem, nie być atomami, które są całkowicie niezależne od siebie. Atomy będą chciały zaspokajać potrzebę wspólnoty poprzez populistyczne ideologie, nacjonalistyczne działania, które dadzą im iluzję ciepła wynikającego z relacji. Prawdziwe relacje mogą mieć różny charakter, od kółek różańcowych po lokalne kluby sportowe, kluby seniora, Uniwersytety Trzeciego Wieku. Im więcej będzie takich miejsc, gdzie ludzie mogą się spotykać, robić coś razem, tym mniejsza będzie potrzeba fantazjowania na temat tej wielkiej wyobrażonej wspólnoty, jaką jest naród.

 

Centrum Badań nad Uprzedzeniami opublikowało w styczniu wyniki badań, z których wynika, że zwolennicy opozycji silniej dehumanizują wyborców PiS niż odwrotnie i mają bardziej negatywne uczucia wobec nich. Nagle się okazało, że zmianę świata na lepsze dosłownie powinniśmy zacząć od siebie.

Dla mnie najbardziej przerażające jest to, że obie te grupy mają negatywne uczucia wobec siebie, nie wobec polityków. Można zrozumieć, że człowiek, który nie głosuje na PiS, nie lubi polityków tej partii, a człowiek, który nie głosuje na PO, nie lubi jej polityków. Ale elektoraty tych partii mają do siebie bardzo negatywny stosunek. A przecież wiemy, że we współczesnej polityce, bardzo populistycznej, elektoraty są często ofiarami propagandy, która ich motywuje do głosowania na pewne osoby. Trzeba sobie uświadomić, że polityka polityką, ale tak naprawdę wszyscy jesteśmy wspólnotą i jeżeli chcemy być skuteczni w osiąganiu naszych celów politycznych, powinniśmy nie tylko budować poparcie dla polityków, którzy wyrażają nasz interes polityczny, ale też próbować przekonać do swoich racji ludzi, którzy się z nami nie zgadzają. Żeby to zrobić, nie można na wstępie ich dehumanizować, żywić do nich negatywnych uczuć czy dystansować się od nich.

 

Trzeba też chcieć się z nimi spotkać.

Otóż to. Żyjemy w społeczeństwie traumatycznie podzielonym przez katastrofę smoleńską. Tak różniącym się w ocenie przyczyn tego, co się stało, że często nie jesteśmy w stanie ze sobą rozmawiać, nie chcemy mieć w swoim najbliższym otoczeniu kogokolwiek, kto myśli inaczej. Jeśli traktujemy ten spór jako konflikt na poziomie narodu, to myślę, że wygrają go ci, którzy szybciej wymyślą, jak skutecznie rozmawiać z drugą stroną.

 

Czego możemy się od siebie nawzajem nauczyć?

Jonathan Haidt mówi, że konserwatyści i liberałowie mają zupełnie inny sposób rozumowania moralnego. W wypadku liberałów o moralności decydują głównie kwestie niekrzywdzenia innych i sprawiedliwego podziału dóbr. Jeżeli ciężko się napracowałem, powinienem dostać za to godziwe wynagrodzenie, a jeśli byłem leniem – nie. To sytuacja sprawiedliwa. Niekrzywdzenie jest oczywiste – jeśli widzę, że ktoś cierpi, dzieje mu się krzywda, jest to niemoralne. W wypadku konserwatystów do domeny moralnej należą w większym stopniu takie kwestie jak świętość i symbole. Moralne jest nieznieważanie narodu czy religii. Konserwatyści szczerze cierpią, kiedy widzą, jak ktoś wbija polską flagę w odchody albo wykorzystuje krzyż w projekcie artystycznym.

Haidt mówi, że musimy zrozumieć, iż żyjemy w zupełnie innych uniwersach moralnych i powinniśmy się od siebie nauczyć, że o moralności można myśleć inaczej, niż nam się wydaje. Twierdzi, że z każdego z tych sposobów rozumienia moralności może wynikać coś dobrego. Formy moralności, które koncentrują się na symbolach narodu czy religii, są powiązane z budowaniem więzi społecznych. Im więcej jest tych więzi, tym bezpieczniej ludziom się żyje, tym lepszy jest ich dobrostan psychiczny. Z kolei niekrzywdzenie i sprawiedliwy podział dóbr powodują, że nie ma wojen, konfliktów, więc warunki życia ludzi również są lepsze. To jest to, w co moglibyśmy się nawzajem wsłuchać.

_

Michał Bilewicz – Prof., psycholog społeczny, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się m.in. badaniem stereotypów i uprzedzeń, procesów dehumanizacji i językowych podstaw dyskryminacji.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter