70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Nie można budować na gruzach nadziei” – o Tadeuszu Mazowieckim

Odwagi wymagało podjęcie się funkcji pierwszego premiera niekomunistycznego rządu w 1989 r. Mazowiecki nie był w polityce nowicjuszem. Wiedział, czym jest państwo. Wiedział, w jakim jest stanie. Znał zagrożenia płynące z niestabilnej sytuacji międzynarodowej. Sam, miesiąc wcześniej, polemizował z tezami Adama Michnika streszczającymi się w tytule jego słynnego artykułu Wasz prezydent – nasz premier. A jednak pod wpływem zmieniających się okoliczności zrewidował poglądy i przyjął tę odpowiedzialność – w pełni i całkowicie na siebie.

Czarne włosy, smagła cera i ostro zarysowany profil nowego gościa na tle białej ściany kapitularza żarnowieckiego klasztoru przyciągały uwagę. Przyciągała ją także aura milczenia wokół niego: nasz współbiesiadnik nie odzywał się niemal. Wśród wesołego gwaru wakacyjnych gości odbijającego echem o gotyckie sklepienie tkwił w osobnej bańce ciszy. „Tadeusz owdowiał po raz drugi – powiadomił nas mój ojciec. – Został sam z trzema synami”. Pamiętam dotąd wrażenie, jakie zrobiła na mnie ta wiadomość. Czy da się stawić czoła takiemu nieszczęściu?  „Nie można budować na gruzach nadziei” – o Tadeuszu Mazowieckim To był rok 1970. W późniejszych latach widywałem coraz częściej Tadeusza Mazowieckiego, ale pamięć tego pierwszego spotkania, wspomnienie samotnego, milczącego zmagania się z czymś niewyobrażalnie trudnym, zawsze mi towarzyszyła.

Przez porażki do zwycięstwa

Powiedziano nieraz, że właśnie w obliczu nieszczęścia, w obliczu klęski czy porażki poznaje się klasę człowieka. Bowiem nie jest sztuką triumfować. Sztuką jest „być zwyciężonym – i nie ulec”. Trzeba powiedzieć, że życie – nie tylko przecież prywatne, także publiczne – nie szczędziło Tadeuszowi Mazowieckiemu momentów, które w pierwszej chwili mogły wydawać się przegraną, niczym więcej. W roku 1955 Tadeusz Mazowiecki, w proteście przeciwko rozsadzającej Kościół od środka i stalinowskiej polityce Bolesława Piaseckiego, wraz z Januszem Zabłockim i kilkoma innymi osobami odchodzi z PAX-u, w którym wcześniej szybko awansował i pełnił odpowiedzialne stanowiska. Pozostaje z niczym, z pustymi rękoma. Na krótką metę patrząc – porażka. Jednak trzy lata później Mazowiecki staje się ważną postacią nowo powstałego Klubu Inteligencji Katolickiej, założycielem i redaktorem naczelnym „Więzi”, w której promuje swoją wizję personalizmu, społecznej sprawiedliwości i odkłamuje historię najnowszą. Kolejny kryzys nadchodzi w latach 60. , kiedy wywiązuje się niezwykle ostry spór o kierunek, w jakim „Więź” ma podążać. Głównym oponentem Mazowieckiego staje się Janusz Zabłocki, jeszcze niedawno przyjaciel, pragnący zbliżyć „Więź” do partyjnej orientacji tzw. narodowej, czyli do moczarowców, późniejszych architektów marca 1968 i haniebnej nagonki antysemickiej. Tadeusz Mazowiecki wygrywa ostatecznie tę przez lata trwającą batalię – ale traci bliskiego przyjaciela i komilitona z bojów w PAX-ie.

W 1970 r., po zajściach na Wybrzeżu, nie udaje się Mazowieckiemu – wówczas zasiadającemu w pięcioosobowym kole posłów Znak – powołać komisji sejmowej, która zbadałaby te wypadki. Kliszko i Gomułka blokują tę inicjatywę, w wyniku której Mazowiecki zostaje także skreślony przez władze PRL z listy kandydatów do Sejmu na kolejną kadencję. Dekadę później wprowadzenie stanu wojennego jest dla niego klęską, podobnie jak dla całego narodu, jednak to Mazowiecki jako jeden z najważniejszych doradców Lecha Wałęsy i szef związkowego tygodnika dźwigał cięższe niż inni brzemię odpowiedzialności. Tym bardziej że to właśnie on sprzeciwiał się wówczas pozornym rozwiązaniom proponowanym przez komunistów, optując za takimi, które okazały się możliwe i jakże skuteczne dopiero po ośmiu latach, przy Okrągłym Stole.

Nie trzeba wszakże długo czekać na kolejne załamanie. Oto rząd Mazowieckiego, efekt wynegocjowanego zwycięstwa i wyborów z 4 czerwca 1989 r., zaczyna trzeszczeć pod ciosami „wojny na górze”. Premier w obawie o los odzyskiwanego właśnie państwa staje w szranki wyborów prezydenckich, w których ponosi dotkliwą porażkę, ulegając nie tylko Lechowi Wałęsie, ale także politycznemu hochsztaplerowi Stanowi Tymińskiemu.

Wkrótce jednak Mazowiecki pojawia się w nowej roli, tym razem międzynarodowej, Specjalnego Sprawozdawcy Komisji Praw Człowieka ONZ w konflikcie bałkańskim. Po trzech latach ogromnego zaangażowania kończy tę funkcję głośną dymisją, zaświadczając o bezsilności własnej i tzw. społeczności międzynarodowej wobec czystek etnicznych. Porażka. Ale misja, jej osiemnaście raportów i demonstracyjny koniec przyczyniły się do zakończenia krwawego konfliktu, przyspieszając wkroczenie do akcji sił NATO i dostarczając materiału do wyroków na zbrodniarzy wojennych wydanych przez Trybunał Międzynarodowy w Hadze.

Tadeusz Mazowiecki wraca do krajowej polityki, która go nie rozpieszcza. W 1995 r. traci szefostwo Unii Wolności na rzecz Leszka Balcerowicza. W 2001 r., gdy UW nie przekracza progu wyborczego – traci mandat poselski. Rok później opuszcza założoną przez siebie partię w geście protestu przeciw „przeprowadzce” UW z międzynarodówki chadeckiej do liberalnej. Również Partia Demokratyczna, z której listy startuje w wyborach 2005 r., nie przekracza progu wyborczego. Porażka. Wszelako kończąc z działalnością partyjną, Mazowiecki nie odchodzi z życia publicznego: bierze udział w licznych debatach, odbiera międzynarodowe nagrody, wygłasza odbijające się szerokim echem przemówienia, doradza w sprawach międzynarodowych prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, publikuje 500-stronicową książkę Rok 1989 i lata następne – teksty wybrane i nowe, będącą wspaniałą lekcją myślenia o sprawach publicznych i etyki politycznej.

Polityk z klasą

Przywołuję tę listę niepowodzeń czy wręcz porażek Tadeusza Mazowieckiego nie z przekory wobec fali pośmiertnych artykułów sławiących jego niekwestionowane i wybitne osiągnięcia, jakimi były przede wszystkim „Więź”, przerzucenie mostów od środowisk katolickich do laickiej opozycji, Solidarność, Okrągły Stół, rząd i zbudowanie trwałych fundamentów Trzeciej Rzeczypospolitej, doprowadzenie do przyjęcia konstytucji czy budowa nowoczesnych partii politycznych. Przywołuję tę listę po to, by pokazać klasę człowieka, który – przeżywając nieraz ciężko niepowodzenia, czego nie ukrywał – po każdym podnosił się i przystępował do pracy na nowym, ważnym polu, bogatszy o nowe doświadczenia. I przystępował do tej pracy bez zaciekłości i gniewu, gotów, gdy wymagała tego chwila, wyciągnąć rękę do dawnych przeciwników w geście rzetelnego pojednania. Dzięki temu mógł współpracować z Wojciechem Jaruzelskim jako prezydentem, odtworzyć przerwaną przyjaźń z Lechem Wałęsą, niestrudzenie prowadzić do dobrego kompromisu w komisji konstytucyjnej. Klasa, jakość człowieka wobec porażek rysuje się wyraźniej niż w triumfie. Tadeusz Mazowiecki wielokrotnie pokazał ogromną klasę. Z niepowodzeń potrafił wysnuwać to, co trzeba: lekcje na przyszłość. Dlatego w każdym jego niepowodzeniu kryje się zaródź jakiegoś sukcesu, można by rzec, że jego sukcesy bywały możliwe dzięki wcześniejszym porażkom. A czasem samą porażkę potrafił Mazowiecki przekuć w sukces, nie tylko moralny, lecz będący świadectwem tego, co polityka musi cechować: skuteczności. Takimi sukcesami wprost wypływającymi z porażek było m.in. powołanie Unii Demokratycznej po przegranych wyborach prezydenckich i dymisji rządu: partii, która dobrze przysłużyła się modernizacji Polski i jej powiązaniu z NATO i jednoczącą się Europą. Takim sukcesem wykutym z porażki były wspomniane skutki zakończenia misji bałkańskiej Mazowieckiego.

Polityk nadziei

Jeśli jest jakaś cecha czy cnota, która wybija się na pierwszy plan w złożonej i skomplikowanej osobowości Tadeusza Mazowieckiego, to jest nią nadzieja. Tadeusz Mazowiecki był człowiekiem głębokiej nadziei – skrywanej często pod maską krytycyzmu, sumiennego rozważania za i przeciw każdej sytuacji, rozpatrywania alternatyw na wypadek przegranej – zamiast bliskiej polskiemu sercu postawie „jakoś to będzie”. Można by rzec, że jako katolik Mazowiecki był niejako zobowiązany do nadziei. Czym innym jest jednak mglista nadzieja, że „kiedyś lepiej będzie”, czym innym transcendentna nadzieja zbawienia, a jeszcze czym innym uporczywy wysiłek oddziaływania na daną sytuację w celu bardzo konkretnego poszukiwania w niej albo wszczepiania w nią ziaren przyszłego rozwoju. W debacie z Donaldem Tuskiem w 2008 r., na pytanie o to, jaką wartość ceni najwyżej, Mazowiecki odpowiada: „Zdziwię państwa tym, co powiem. Ta wartość nazywa się nadzieja. To nie znaczy, że państwo jest depozytariuszem nadziei, ale państwo ma spełniać pewne warunki, żeby ludzie czegoś głębiej pragnęli, i pośrednio stwarzać możliwości nadziei na lepsze i głębsze życie, nie takie trywialne, jak serwuje popkultura”. A w innej wypowiedzi, polemizując z hipotezą o możliwościach przeprowadzenia reformy gospodarczej przez rządy Jaruzelskiego i Rakowskiego, powiada zdecydowanie: „Nie można budować na gruzach nadziei”.

Czym jest państwo

Nie bez powodu Mazowiecki mówi o nadziei w kontekście państwa. Bo właśnie państwo – nasze, własne, rządne i suwerenne, mocno zakotwiczone w Europie – było jego wielką nadzieją, a zarazem tym miejscem, w którym spełniają się indywidualne nadzieje Polaków na „lepsze i głębsze życie”. W wielu wypowiedziach powtarzał myśl o państwie jako wspólnym dobru i ubolewał, że choć Polacy odzyskali własne państwo, to nie traktują go należycie. „Nie uznaje się rzeczywiście państwa za wspólne dobro – mówił w debacie w Instytucie Tertio Millenio w 1996 r. – Przeciwnie, od państwa z jednej strony oczekuje się bardzo wiele – na przykład opieki socjalnej czy zapewnienia bezpieczeństwa – ale z drugiej strony nie ma identyfikacji z nim. Jeśli mówimy Polska, to myślimy o ojczyźnie, o kulturze, a nie o państwie”. Sprzeciwiał się gwałtownie traktowaniu państwa jako „masy upadłościowej”, z której różne grupy mogą wyrywać coś dla siebie. Kojarzyło mu się to z najgorszymi okresami w historii Polski. Chciał, żeby państwo opierało się na podstawowych, najbardziej elementarnych zasadach, co do których panuje społeczny konsens, o które nie toczy się bojów politycznych. Dopiero w ramach tych zasad rozwija się społeczeństwo i rozgrywają się proces demokratyczny i spory polityczne. Dlatego – choć również z innych powodów – tak bardzo zależało mu na uchwaleniu konstytucji, w której te podstawowe wartości i zasady, stanowiące tkankę konsensu niezbędnego do właściwego funkcjonowania demokracji, znajdą odzwierciedlenie. W cytowanym wyżej wystąpieniu Mazowiecki wskazuje pięć takich zasad: tożsamość zgodną z dziedzictwem kulturowym Polski związanej z chrześcijaństwem, lecz otwartą na wartości czerpiące z innych źródeł; zasadę pomocniczości; znaczenie instytucji wyłączonych z walki politycznej takich jak Trybunał Konstytucyjny czy Bank Centralny; zasadę sprawiedliwości rozdzielczej; poszanowanie dla mniejszości. Wszystkie te zasady znalazły się w KonstytucjiRP, a w szczególności w jej preambule, zaproponowanej przez Tadeusza Mazowieckiego ( a inspirowanej w dużej mierze propozycją Stefana Wilkanowicza opublikowaną wcześniej w „Tygodniku Powszechnym”).

Odwaga

Nadzieja Tadeusza Mazowieckiego nie ma w sobie zatem żadnej naiwności, żadnego pięknoduchostwa. Zawsze zmierza do konkretyzacji, do zbudowania czegoś, do określonego, zdefiniowanego i wyartykułowanego celu. Taka nadzieja potrzebuje jednak wsparcia czy związania z innymi cechami i cnotami, które harmonijnie połączyły się w osobie Tadeusza Mazowieckiego, dając ten szczególny stop, mocny i szlachetny.

W krytyce pochodzącej od przeciwników politycznych, zwłaszcza od tych, którzy nie dali sobie szansy, by wykazać się męstwem, natomiast nie stronią od werbalnej fanfaronady i radykalizmu, pojawia się nieraz zarzut nieśmiałości czy wręcz lękliwości, jaką premier wykazywał się jakoby wobec komunistów, wskutek czego nie zdekomunizował kraju, nie zlustrował kogo należy, nie przeorał, nie obalił „układu” lub wręcz przyczynił się do jego budowy itd. Otóż – nic bardziej fałszywego. Twierdzę, że obok nadziei pierwszą cnotą Mazowieckiego była odwaga, osobista i cywilna, a także – intelektualna, odwaga wyobraźni. Odwagi wymagało od niego zerwanie z PAX-em w 1955 r. Innej odwagi dał świadectwo, odwiedzając skazanego za szpiegostwo bpa Kaczmarka zaraz po jego uwolnieniu z prośbą o wybaczenie tekstu, który opublikował w oparciu o zeznania biskupa, nieświadom, że wydarte zostały przemocą. Odwagi, wyobraźni i poczucia moralnego imperatywu wymagało stanięcie w szeregu osób biorących udział w solidarnościowej z uwięzionymi działaczami głodówce w kościele św. Marcina jako ich rzecznik. Mazowiecki, podobnie jak Bohdan Cywiński, mówiąc słowami tego pierwszego (użytymi w innym całkiem kontekście), „przekroczył swój własny cień”, czyli złamał pewien obowiązujący dotąd paradygmat postępowania tej legalnej opozycji, jaką było szeroko rozumiane środowisko ruchu Znak. Paradygmat ten polegał na tym, że w trosce o pisma środowiska, o możliwości działań KIK-ów ich liderzy nie biorą jawnie udziału w akcjach niedawno narodzonej KOR-owskiej opozycji. Owszem, publikują pod pseudonimami teksty opozycjonistów, Michnika, Kuronia czy Barańczaka, spotykają się z nimi i dyskutują – ale nie więcej. Decydując się z całą odpowiedzialnością na zmianę tego stanu rzeczy, Mazowiecki wchodził w nieznane, ale też otworzył nową drogę dla wielu ludzi Znaku: do Solidarności, do Komitetów Obywatelskich, do Okrągłego Stołu, do Sejmu i do rządu. Ten krok, podobnie jak późniejsze wejście w roli doradcy do Stoczni Gdańskiej, był świadectwem wielkiej odwagi i wyobraźni. Lecz bodaj jeszcze większej odwagi wymagało podjęcie się funkcji pierwszego premiera niekomunistycznego rządu w 1989 r. Mazowiecki nie był w polityce nowicjuszem. Wiedział, czym jest państwo. Wiedział, w jakim jest stanie. Znał zagrożenia płynące z niestabilnej sytuacji międzynarodowej. Sam – miesiąc wcześniej, podobnie jak Jan Nowak-Jeziorański czy Karol Modzelewski – polemizował z tezami Adama Michnika streszczającymi się w tytule jego słynnego artykułu Wasz prezydent – nasz premier. A jednak pod wpływem zmieniających się okoliczności zrewidował poglądy i przyjął tę odpowiedzialność – w pełni i całkowicie na siebie. Również, a może przede wszystkim, odpowiedzialność za program gospodarczy Balcerowicza, radykalny i daleki od społecznych przekonań i upodobań premiera. Ale znów – „przekroczył swój własny cień”. Mówiąc językiem Stanisława Stommy – elastycznie urzeczywistnił „mądrość etapu” zachowując bezwzględną wierność „imponderabiliom”.

Odwagą osobistą, cywilną i polityczną wykazał się w swej misji bałkańskiej. Dawał wielokrotnie świadectwo odwagi szczególnie rzadkiego rodzaju u polityków, analizując własne błędy: że nie zadbał o świętowanie zwycięstwa nad komunizmem, co dałoby narodowi upragnione poczucie przełomu, że nie docenił trudów wolności dla przeciętnego obywatela, że nie przewidział tempa podziałów w Solidarności ani potencjału politycznego środowisk postkomunistycznych.

Tadeusz Mazowiecki pozostanie wzorem nie tyle polityka chrześcijańskiego – bo takie określenie jego zdaniem mogło nieść w sobie ryzyko ideologizacji czy upartyjniania religii – ile raczej polityka i chrześcijanina w jednej osobie. Polityka, który daje świadectwo wyznawanym wartościom, a zarazem jest skuteczny: nie pomimo, ale właśnie dlatego, że jest chrześcijaninem szanującym godność każdej osoby, że jest człowiekiem nadziei i odwagi, uporu i konsensu, dialogu i kompromisu.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter