70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dlaczego Bóg diabelstwa nie ukróci?

Rozpatrzmy rzecz następującą: byłbyż dobry jakikolwiek uczynek, jeśliby jego wykonaniu nie towarzyszyła skłonność przeciwna? Mielibyśmy zasługę, czyniąc „dobro” bez możliwości czynienia zła? Jeśli tak – pójdźmy śladem Orygenesa i usuńmy te cielesne organa, które ku złemu ciągną naszą duszę, a od zła się uwolnimy szybko i skutecznie. Jednak potępiony jest Orygenes. Bo nie sztuka trzymać w ryzach oberżnięte namiętności. Nie ma zasługi w dobru czynionym z przymusu, kiedy nie można czynić inaczej. Zasługa jest wtedy, kiedy odpór damy pokuszeniu.

„Jam jest częścią tej siły, która zła pragnąc, wciąż dobro czyni”

J. W. Goethe, Faust

Zbyt wielu interpretacji doczekał się ów słynny anons diabelski, by wszystkie je tutaj kolejno rozpatrzyć. Jest w nich jednak pewna wspólna własność, która czeka cierpliwie na rozjaśnienie, a na razie budzi dreszcz emocji bez względu na to, z jakim rozumieniem słów Mefistofelesa skłonni jesteśmy się zgodzić. Diabeł ma niby dobro czynić. Bo że zła pragnie, to oczywista. Ale że wychodzi mu na dobre – to nam do diabelstwa zupełnie nie przystaje, bo w diabelstwie przywykliśmy widzieć zło wcielone i skończone, czyste i niezmącone, doskonale czarne. Więc próbujemy z tej strony, że to niby działanie diabelskie na tym w swojej istocie polegać musi, że diabeł do zła widocznego nie popycha, bo taką bezczelną i otwartą grę każdy, nawet niespecjalnie uczony, natychmiast przejrzy i choćby z czystej złośliwości na odwrót zrobi; więc diabeł mąci, granice między dobrem i złem zaciera, „śmiercią nie pomrzecie” mówi, zło jako dobro człowiekowi przedstawia, a dobro jako zło. Dopiero wtedy cel może osiągnąć, bo się człowiek w tej dialektyce pokrętnej pogubi i choć wydawać mu się będzie, że dobry uczynek spełnia, w złu przepadnie. Ale tak jak pokrętna jest dialektyka diabelska w tej interpretacji, tak jest pokrętna ona w swojej istocie. Bo gdzie tu dobro uczynione? Zło upragnione, owszem, widać wyraźnie, ale dobro daje się odkryć wyłącznie jako pozór służący wyższemu celowi. A celem tym wciąż jest jeszcze zło i tylko ono. Dobro zostało wykorzystane jako środek i jako środek porzucone.

A gdyby tak spróbować najprościej, zwyczajnie, tak słowa diabelskie zrozumieć, jak je wypowiadają? A gdyby tak – na próbę, bez żadnych, broń Boże, aspiracji do teologicznych czy demonologicznych twierdzeń – wysłuchać słów Goethego w ich najprostszym i najgłębszym sensie? Bo diabeł mówi po prostu: „Zło czyniąc – dobru służę” i nic ponadto. Diabłu świat oddano pod panowanie, ale nie po to przecież, by go złem czystym nasycił. Wraz z ostatnim sprawiedliwym zginęłoby i samo zło, a świat stałby się nijaki – ani zły, ani dobry. Zło potrzebne jest światu jak powietrze ogniowi – gdy go odpowiednio zadać, płomień z żaru roznieci; gdy go zadać zbyt wiele – zgasi ostatnie błyski. Diabeł jest światu potrzebny. Na co komu diabeł?

Boga wszechmogącego z istnieniem diabła pogodzić niełatwo. Jeśliby diabeł miał być wrogiem Bożym i buntownikiem, jeśliby miał się kierować pychą i zawiścią, jak wytłumaczyć pobłażliwość, z którą Pan Bóg spogląda na jego poczynania? On – wszechmocny i nieskończony, odwieczny i niestworzony – miałby toczyć walkę ze skończonym i słabszym, przez siebie samego stworzonym archaniołem, który w niejasnych i nie podanych nam do wierzenia (a po prawdzie – odjętych nam wraz z księgą Henocha) okolicznościach miał unieść się dumą i wystąpić z szeregu Synów Bożych? Na co liczyłby diabeł, znając swego Stwórcę lepiej od najznamienitszych teologów czasów naszych i dawniejszych, lepiej od zastępów aniołów, księstw, mocy, cherubinów, serafinów i tronów? Czy Pan Bóg w swej nieskończonej władzy nie mógłby jednym słowem in saecula saeculorum strącić Lucyfera w przepaść, choćby tak widowiskowo, jak to nam przepowiada objawienie świętego Jana? Mógłby, bez kwestii, ale nie chce. Nie chce, bo diabeł widocznie jest mu niezbędny, w strukturze świata stworzonego niezastąpiony i konieczny. Wrócimy niebawem do tej niezbędności.

Jeśliby diabła poważnie przeciwstawić Bogu, jeśliby go nazwać wrogiem złowrogim i godnym nieodwołalnego potępienia, to uczynić to można bez popadania w trudności chyba jedynie na płaszczyźnie dualistycznej. Tylko tam, gdzie gnostycy pierwszych wieków po Chrystusie zrównywali dobrego i złego Boga tak pod względem mocy, jak i odwieczności, szukać by można odpowiedzi na pytanie, dlaczego Bóg diabelstwa nie ukróci. Tam też łatwiej było o odpowiedź na starożytne unde malum?, na szukanie sensu bólu, cierpienia i niesprawiedliwości. Te łatwe odpowiedzi przyciągały przecież przez wieki umysły tej miary, co święty Augustyn z Hippony.

Ale jeśliby diabła Bogu nie przeciwstawiać, to jakież jest inne wyjście? Może uznać rzecz najoczywistszą na świecie, poświadczoną dobrze w księgach Starego Testamentu: diabeł nazywany aniołem zbuntowanym to anioł wyznaczony do specjalnych poruczeń, w równym stopniu niewdzięcznych i upokarzających, co niezbędnych i koniecznych w Boskiej dialektyce dobra i zła. Diabeł jako sługa, porucznik Pana Boga, którego naczelną misją jest wodzić na pokuszenie, to pomysł ani nowy, ani oryginalny – znamy go dobrze z niektórych interpretacji rabinicznych. Nowym pomysłem byłoby zachować go dla treści nowotestamentalnych, w których – zgodnie z klasyczną wykładnią chrześcijańskiego diabelstwa – powraca subtelnie pognostycka wizja zrównoważonej, ale na dziwnej zarazem i niewytłumaczalnej równowadze opartej, walki między Bogiem i Szatanem. Pognostycka, więc już nie gnostycka, bo okrojona w kwestii najdonioślejszej: zło i dobro nie są tu równie odwieczne. Szatan dwoi i się troi, bo oto jest zarazem wrogiem Boga i Jego sługą, zarazem nienawidzi Go, ale nic bez Jego przyzwolenia nie wskóra. Czy zatem wizja nowotestamentalna istotnie prezentuje obraz diabła będący konsekwencją dualizmu, usuwając jednocześnie dualizm jako taki: został zatem skutek bez przyczyny, przypadłość bez substratu, uśmiech bez kota?

Czy rzeczywiście demonologia Nowego Testamentu skłania nas wyłącznie ku wizji równoważnego zmagania sił z natury swojej nierównoważnych? Pociągająca to kwestia, lecz na inną okazję. Pozostańmy, póki co, przy diabelstwie starotestamentalnym. Bo co to właściwie znaczy „być na usługach Pana Boga?”

Rozpatrzmy rzecz następującą: byłbyż dobry jakikolwiek uczynek, jeśliby jego wykonaniu nie towarzyszyła skłonność przeciwna? Mielibyśmy zasługę, czyniąc „dobro” bez możliwości czynienia zła? Jeśli tak – pójdźmy śladem Orygenesa i usuńmy te cielesne organa, które ku złemu ciągną naszą duszę, a od zła się uwolnimy szybko i skutecznie. Jednak potępiony jest Orygenes. Bo nie sztuka trzymać w ryzach oberżnięte namiętności. Nie ma zasługi w dobru czynionym z przymusu, kiedy nie można czynić inaczej. Zasługa jest wtedy, kiedy odpór damy pokuszeniu. Im trudniej nam się ku dobru skłaniać, tym większe dobro rodzimy. Większa pokusa grosz wdowi zachować, niż powstrzymać się od trwonienia tego, na czym nam zbywa. Nie ma dobra bez zła, nie ma zasługi bez pokuszenia. Nie ma moralności bez wolności. Ale też wolności nie ma bez diabelstwa. Nie ma bez niego dobrych uczynków, nie ma ekonomii zbawienia. Diabeł jest twórcą owej przeciwnej skłonności, która dobro oczerniwszy, ku złu pociąga. Bo diabolos to zarazem i przeciwnik, i potwarca. I doprawdy trudno o lepsze słowo, by oddać sens tej przewrotnej posługi. Lecz przeciwnik, choćby rzucał kalumnie, nie musi być wrogiem. Przeciwnik musi się tylko przeciwić – taka jego rola – i ów diabolos, przyznać trzeba uczciwie, dobrze się do niej przykłada.

Choć i tak bywa, że Bóg – jakby zdolnościom sługi nie dowierzając – sam się kuszeniu oddaje. Żadna to nowina: „I nie wódź nas – prosimy przecież pokornie – na pokuszenie”. Dziwne te słowa, bo koniec końców winniśmy je chyba kierować ku diabłu, a z nieświadomą przenikliwością zwracamy się z nimi do Boga. Bo koniec końców kuszenie najpierw Boską jest sprawą, później dopiero, wtórnie i narzędziowo, diabelską. Bóg kusi diabłem, z diabelską pomocą. Ale na tym przenikliwość nasza się kończy: skoro bez pokuszenia zasługi nijakiej nie można spodziewać, winniśmy się raczej modlić przewrotnie: „Wódź nas, Panie, wódź, ile możesz, ale daj też i siłę, byśmy się temu pokuszeniu skutecznie oparli”. Innymi słowy: daj nam diabła, ale daj też widły na niego.

Pan Bóg próbuje Hioba. Dotyka go ręką diabelską, ale to On go dotyka. Diabeł wykonuje precyzyjne polecenia Boże i Hiob wie znakomicie i od początku, kto za nimi stoi. Nie złorzeczy diabłu – próbuje natomiast pojąć zapalczywość Boga. Sam Szatan nie staje przed Bożym obliczem jako przeciwnik, nie występuje w orszaku biesów, nie rzuca Mu wyzwania. Przeciwnie, przybywa otoczony aniołami, przyjmuje zakład, krok po kroku, metodycznie poniża i dotyka boleśnie męża Bożego. By następnie zniknąć w toku opowieści. To nie jego się wini, nie jego obciąża. Mądry Hiob z Bogiem i tylko z Bogiem się potyka.

Pan Bóg próbuje starego Tobiasza. I ten poddany zostanie próbie, kiedy mu ptasi gnój na oczy padnie i oślepi. I ten z próby wyjdzie zwycięski, „głupiego słowa nie powie”, choć nie bez pomocy jednego z archaniołów. Lecz w tym kuszeniu – spójrzmy uważnie! – Bóg nawet się już diabłem nie wyręcza. Doświadcza Tobiasza bez pośredników, chyba żeby za takowego uznać nieszczęsną jaskółkę, do której gnój trujący należał. Diabeł zda się przydatny do pomniejszych przypadków – gdy rzecz tyczy mężów niespotykanie sprawiedliwych, co pod osłoną nocy i wbrew bezbożnym kodeksom, martwym groby w własnym domu kopią, Bóg bierze sprawy w swoje własne ręce.

Pan Bóg próbuje Abrahama. Oto trzeci z mężów pobożnych, tak pobożnych, że najwyraźniej ich oddaniu Bóg raczy nie dowierzać. Biednych, smutnych, zgnębionych na nic kusić do złego. I bez kuszenia Bogu złorzeczą. A jak nie złorzeczą – już ich najwyraźniej los dostatecznie wypróbował. Więc i Abraham bogobojny, i w życiu doczesnym błogosławiony aż nadto: oto zesłał mu Bóg jedynego syna, na którego czekał równe sto lat. Zesłał, i nim się Abraham zdążył miłością synowską nacieszyć, kazał oddać z powrotem. Ojciec podniesie nóż nad ciałem syna, bo posłuszny jest swemu Stwórcy. Pokusa to doprawdy niezwykła: zachować przy życiu własnego syna – ale Abraham oprze się pokusie, nie będzie nieposłuszny, nie sprzeciwi się woli Bożej. Bóg osobiście go kusił do sprzeciwu, a w całej tej tragedii etatowy „przeciwnik”, diabolos, w ogóle nie był mu potrzebny. Co czuł, pominięty i tak umiejętnie wyręczony? Zazdrość, podziw, ulgę?

Sam diabeł, to jeszcze trzeba powiedzieć, ma to do siebie, że zła nie czyni. Zła pragnie, do zła kusi, zło podsuwa, wzrok ludzki ku złu obraca i czeka. Do prawdziwego zło-dziejstwa potrzebny jest mu człowiek. On to jest właściwym twórcą zła, podczas gdy diabeł ręce ma czyste. Nawet kuszenie diabelskie nie jest nadto napastliwe: ot, pokaże człowiekowi, który przecież z natury swojej dobry jest i do dobra go ciągnie, że można inaczej, że zamiast robić dobrze, można nic nie robić. Bo diabelskie sztuczki najwyraźniej dają nam się we znaki nie w pokusie czynów niecnych, ale pokusie niecnego nieczynienia, grzesznego lenistwa, znudzenia, zniechęcenia. Ileż grzechów codziennych popełniamy ze zwykłego zaniechania. Lenistwo jest prawdziwym i pierwszym żywiołem demona. Demon rzadko zachęca, ale zniechęca, przeciwi się prawie zawsze – nawet ten dobry, Sokratesowy, też się przecież przeciwił. I znów pomnijmy na Fausta, na tego diabła, który „ciągle przeczy”, który mówi „nie” ludzkiej naturze i ludzkiemu dążeniu do dobra.

Rzecz nie w tym jednak, by rozczulać się nad niedolą diabelstwa, by w diable odkryć istotę godną współczucia i litości; rzecz w tym, by diabła zrozumieć. Nie w tym jednym względzie chrześcijaństwo zrobiło zbyt mało.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata