70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Dramat Messiusa, czyli o ulicach żywych i ulicach umarłych

Miasto zakładane na planie etruskim rozbudowywano wokół skrzyżowania dwóch głównych arterii: biegnącej z północy na południe cardo i wyznaczającego kierunek wschód-zachód decumanus. Orientacje pionowa i pozioma symbolizują dwa wymiary władzy królewskiej: król panuje nie tylko nad żywymi – jest także pośrednikiem między światem bogów i światem zmarłych.

Mit założycielski Rzymu opowiada o świętym kręgu wytyczonym przez Romulusa za pomocą pługu zaprzężonego w śnieżnobiałą krowę i takiegoż byka. Krąg ów, z łacińska orbe, da nazwę miastu właściwemu (urbs). W jego granicach obywatel rzymski powinien czuć się bezpiecznie niczym w świątyni. Bo istotnie Rzym w swoich ścisłych granicach wyznaczonych przez pomerium, świętą opaskę miasta, to nie tylko umowny obszar w zakolu Tybru: to miejsce nadprzyrodzonej opieki bogów, w którym mają oni swoje świątynie, w którym mieszka król, w którym nie wolno grzebać zmarłych i do którego wstępu nie mają zbrojne legiony. Pomerium – które w IV wieku przed Chr. wzmocni mur niesłusznie przypisywany Serwiuszowi Tulliuszowi – oddziela wyraźnie dwa elementy starożytnego życia: Urbs Romana i Ager Romanus: miasto i wieś rzymską.

Choć przekroczenie tej mitycznej granicy stanowi, jak wkrótce zobaczymy, przejście do zupełnie innego świata, miasto i wieś rzymska to organizmy ściśle ze sobą współżyjące. Oczywistym, choć nie jedynym, aspektem tego współżycia jest zasilanie miasta w produkty rolne i surowce naturalne. Trzeba pamiętać, że podmiejskie wsie otaczające Rzym, choć nie ucierpiały tak dotkliwie jak wieś północnoitalska podczas wojny z Hannibalem, mimo reformy Grakchusa z 133 roku przed Chr. przeżywały niemal nieustanny kryzys. Wieloletnie zaniedbania w polityce agrarnej zmuszały okołorzymskich rolników do odstępowania działek bogatym miejskim patrycjuszom, którzy – połączywszy kilka areałów w jedną posiadłość – wystawiali sobie potężne wille i pałace. Uciekali do nich chętnie od zgiełku wielkiego miasta. W ten sposób – już w II wieku przed Chr., kiedy to powstał traktat Katona O gospodarstwie wiejskim – najbliższa okolica Rzymu z typowej wiejskiej zabudowy zaczęła przekształcać się w imponujące centrum wypoczynkowe, gdzie produkcja rolna miała charakter niemal wyłącznie snobistyczno-hobbystyczny: skoro bogaty mieszczanin miał już swój pałac, chciał mieć także swoje sady owocowe i wino własnej produkcji, nawet jeśli te same produkty taniej byłoby mu zakupić na miejskim targowisku.

Legendarny założyciel miasta nie zapomniał wszakże i o tym, by tu i ówdzie na moment podnieść lemiesz. W miejscach, gdzie pług odrywał się od ziemi, miały stanąć cztery bramy miejskie. Nie ma wielkiej przesady w powiedzeniu, że w starożytnej urbanistyce rzymskiej ulice poprzedziły miasta. Miasto zakładane na planie etruskim rozbudowywano bowiem wokół skrzyżowania dwóch głównych arterii: biegnącej z północy na południe cardo i wyznaczającego kierunek wschód-zachód decumanus. Orientacje pionowa i pozioma symbolizują dwa wymiary władzy królewskiej: król panuje nie tylko nad żywymi – jest także pośrednikiem między światem bogów i światem zmarłych. Rzecz jasna wytyczenie głównych dróg całkowicie zgodnie z kierunkami świata musiało pozostać w większości przypadków czystą teorią – naturalny układ terenu, sąsiadujące wsie i miasta, wreszcie także względy zdrowotne wymuszały pewne mniejsze lub większe odstępstwa od mitycznych zasad. W praktyce chyba tylko te z miast, które wyrosły z wcześniejszych obozów wojskowych, mogą się poszczycić wyraźnym układem krzyżowym. Dziś stosunkowo łatwo odnaleźć cardo i decumanus starożytnej Ostii. Jeszcze mniej trudu będzie nas kosztowało rozczytanie planu Herkulanum – w odsłoniętej części miasta spacerujemy wyłącznie po trzech arteriach północnopołudniowych i dwóch wschodniozachodnich. Bo też w miarę rozwoju miasta nowe skrzyżowania dróg wyznaczały kolejne „centralne” miejsca. W starożytnych Pompejach najstarsze cardo stanowiła dzisiejsza ulica Rynkowa (wraz ze swoim przedłużeniem, ulicą Szkół), pierwsze decumanus zaś ulica Obfitości. Z czasem pojawiły się dwie nowe arterie, o wiele szersze i wygodniejsze: ulica Stabiańska i – nieco węższa – Nolańska, wyznaczające nowe serce miasta.

O wiele łatwiej odnajdywać główne ulice tam, gdzie budowano miasto, wzorując się – przynajmniej częściowo – na greckich zasadach Hippodamosa z Miletu, a więc sieci prostopadłych ulic tworzących potężną szachownicę z wydzielonymi, niemal identycznymi, kwartałami. I wspomniane Herkulanum, i Pompeje w swojej ogromnej części, odpowiadają urbanistyce hippodamejskiej. Jeśli chodzi o sam Rzym, ślady planu greckiego dają się odkryć jedynie lokalnie – miasto wielokrotnie odbudowywane i rozbudowywane, rozlokowane na zespole wzgórz i w zakolu rzeki, przez całe wieki pozostawało potężnym kłębowiskiem dość chaotycznie zbiegających się z sobą ulic.

Choć cardo i decumanus miały w zamyśle wyznaczać kierunki świata, precyzyjne ich rozlokowanie zostałoby uznane przez Witruwiusza, autora traktatu O architekturze, za zupełnie lekkomyślne, a to z powodów klimatycznych. Takim „lekkomyślnym” tworem była Mitylena na Lesbos, którą wielki architekt uważa za miasto „zbudowane wprawdzie wspaniale i okazale”, ale źle rozplanowane. „W mieście tym, kiedy wieje Auster, ludzie chorują, kiedy Korus – kaszlą, kiedy Septentrion – powracają wprawdzie do zdrowia, ale z powodu ostrego zimna nie mogą wytrzymać na ulicach i w zaułkach[1]”. Auster to wiatr południowy, Korus – północno-zachodni, Septentrion – północny. Wedle wskazówek Witruwiusza układ głównych ulic powinien być odchylony od osi północ-południe w prawo o szesnastą część okręgu[2], tak żeby najbardziej szkodliwe z wiatrów nie znajdywały sobie otwartych korytarzy, ale rozbijały się o ściany domów tracąc swój chorobliwy impet.

W miejscu, gdzie krzyżowały się w starożytnym mieście italskim pierwsze cardo i pierwszy decumanus, powstawało zazwyczaj forum – główny plac miasta. Jeśli chcemy przyjrzeć się codziennemu życiu mieszkańców rzymskiej metropolii, nie sposób go pominąć – tam bowiem toczyła się jego nadzwyczaj istotna część. Forum jest miejscem, gdzie spotkamy na co dzień nauczycieli otoczonych grupką dzieci powtarzających chórem tabliczkę mnożenia, polityków przemawiających na wiecach wyborczych, nierzetelnych przedsiębiorców poszukujących niedrogich adwokatów, żony poszukujące lekarzy dla swoich mężów, urzędników państwowych spieszących do kurii, comitium lub bazyliki, wreszcie tłumy niewolników udających się po zakupy, pragnących na życzenie swoich właścicieli sprawdzić dokładną godzinę lub wysłuchać najnowszych obwieszczeń herolda. Od święta forum zamienia się w miejsce uroczystych zgromadzeń – tu święcą tryumfy wodzowie, tędy przetaczają się barwne korowody podczas Saturnaliów, tu przyjmuje się zagraniczne poselstwa.

Do dziś podziwiać możemy to, co pozostało po uznawanym za najbardziej funkcjonalne w świecie rzymskim forum pompejańskim: imponującym swoją rozległością, idealnie rozplanowanym prostokątnym placu. W porównaniu z nim słynne Forum Romanum, choć lepiej zachowane i historycznie uświetnione, wydaje się ciasne i klaustrofobiczne. Podczas gdy łatwo wyobrazić sobie tłumy przechadzające się swobodnie po forum pompejańskim (wystarczy odwiedzić je w pełni sezonu), dwa autokary turystów wpuszczone na najstarszy plac Wiecznego Miasta wypełniają go szczelnie. Warto jednak pamiętać, że Forum Romanum, choć najstarsze i najdostojniejsze (to przy nim mieścić się będzie nieodmiennie kuria, czyli miejsce posiedzeń senatu rzymskiego) było jednym z wielu rzymskich forów: począwszy od Juliusza Cezara kolejni władcy Rzymu dobudowywali w jego bezpośrednim sąsiedztwie kolejne place: Forum Iulium (51 przed Chr.) ze świątynią Wenus Rodzicielki i cudownymi portykami, Forum Augusti (2 przed Chr.) wielkości współczesnego boiska piłkarskiego, ze świątynią Marsa Mściciela, następnie, dla odmiany, potężna Świątynia Pokoju Wespazjana (75), także pełniąca funkcję cesarskiego forum, wąskie i bardzo długie Forum Norvae (97), rozpoczęte jeszcze przez Domicjana, wreszcie najokazalsze i najpiękniejsze Forum Traiani (113), zaprojektowane przez samego Apollodorosa, którego główny budynek, Basilica Ulpia, zajmował obszar niemal równy całemu Forum Augusta. Apollodoros zerwał tu z dotychczasowym zwyczajem zamykania forum świątynią – miejsce kultu zastąpił największą w historii rzymskiej architektury bazyliką wzorowaną na principium – centralnym placu w rzymskim obozie wojskowym[3]. W miejscu przeznaczonym pierwotnie na wojskowe archiwa stanęła biblioteka, tam, gdzie mieściło się sanktuarium znaków legionowych, stanęła kolumna Trajana. W ten sposób największy plac Rzymu stał się symbolem jego militarnej potęgi.

Ruiny Forum Trajana umykają uwadze dzisiejszych turystów – może dlatego, że przebiega jego skrajem ruchliwa via Dei Fori Imperiali. Niewiele jest doprawdy zabytków tej wagi, przez które nieświadomie przejeżdżamy autobusami. Jeśli jednak uda nam się – przy odrobinie dobrej woli – odnaleźć podziemne wejście na forum, wysiłek zwróci nam się stukrotnie, a to za sprawą znakomicie zachowanej do naszych czasów… galerii handlowej z początku II wieku. Tak zwane Hale Targowe Trajana to półkolista konstrukcja tarasowa spływająca ze zbocza Awentynu niemal wprost na forum (choć od placu oddzielała go ulica) mieszcząca – bagatela – 150 sklepów i kantorów kupieckich rozlokowanych na pięciu kondygnacjach. Podobnie jak dzisiejsze supermarkety, Hale Trajana oferowały Rzymianom produkty wprost od hurtowych dostawców, po cenach niższych lub wręcz na zasadach rozdawnictwa organizowanego przez cesarskich urzędników. Na parterze sprzedawano najprawdopodobniej owoce i kwiaty, na loggiach pierwszego piętra mieściły się magazyny wina i oliwy, drugie i trzecie piętro oferowało produkty egzotyczne i przyprawy. Czwarte piętro mieściło urzędy cesarskiego rozdawnictwa, zaś na piątym, ostatnim, handlowano rybami wprost z betonowych basenów zasilanych wodą z akweduktu[4].

Chcąc choć pobieżnie przyjrzeć się metafizycznej perspektywie rzymskiego miasta, musimy raz jeszcze, na nieco dłużej, zatrzymać się przy jego bramach. Oddzielają one bowiem nie tylko Ager Romanus od Urbs Romana. Brama miejska stanowi nadto nader wyraźną cezurę między światem żywych i światem zmarłych. Podróżny przybywający do rzymskiego miasta, zanim dane mu będzie przywitać żywych jego mieszkańców, nieuchronnie – z którejkolwiek strony zamierzałby do miasta wkroczyć – najpierw zmuszony będzie wdać się w rozmowę z jego dawnymi, zasłużonymi obywatelami. A przynajmniej ich wysłuchać. Bezpośrednio bowiem za bramą miasta ulice żywych zmieniają się w ulice zmarłych: wzdłuż wychodzących z miasta traktów rozłożone są nekropolie (Prawo Dwunastu Tablic zakazywało chować zmarłych w obrębie murów miejskich[5]), których niezwykle malownicze pozostałości oglądać możemy do dziś na przykład w Pompejach. Z okazałych grobowców przemawiają więc do podróżnego epitafia, zmuszają do zatrzymania się, chwili refleksji, nawet właśnie swoistego dialogu: bywa, że epitafium zawiera już gotową odpowiedź, którą zmarły spodziewa się usłyszeć od przechodnia („Bądź pozdrowiony!” – „Ty także!”). Rzymskie epitafia w niczym nie przypominają naszych nagrobnych podpisów: zmarły nie prosi, by uronić łzę nad jego grobem i cierpieniem jego rodziny; raczej informuje podróżnego o swojej społecznej roli, osiągnięciach w życiu publicznym, dorodnym potomstwie i wojennych zdobyczach. Czasem o rachunkach, których nie zdążył przed śmiercią wyrównać: czytamy więc tu i ówdzie o wydziedziczonych synach, nieuczciwych wspólnikach, niewdzięcznych sługach, niewiernych kochankach i niegodnych zaufania przyjaciołach. Nierzadko zmarły daje żywym cenne rady. Najsłynniejsze chyba, najczęściej przywoływane epitafium, głosi na przykład: „Żyłem skromnie, póki życia starczyło, radzę przeto zażywać więcej uciech, niż ja to czyniłem. Takie to życie: dochodzimy tu, i nie dalej. Kochać, pić, iść do kąpieli – oto prawdziwe życie, potem nic już nie ma. Nigdy nie słuchałem żadnego filozofa. Unikaj lekarzy, to oni przyprawili mnie o śmierć”[6].

Nie tylko z powodu owej nadzwyczajnej gwarności mieszkańców rzymskich nekropolii sprawiają one niezwykle „żywe” wrażenie. Także ze względów architektonicznych. Jeśli spojrzymy na pozostałości pompejańskich grobowców ściśle przylegających do dróg wypadających z miasta przez jedną z głównych bram, możemy odnieść wrażenie, że oto spacerujemy ulicą zminiaturyzowanego miasta, niczym Guliwer w mieście liliputów – tak silnie mauzolea przypominają świątynie i budynki należące do żywych. I rzeczywiście: idealny grobowiec powinien być naturalnym odwzorowaniem wygodnego rzymskiego domu – najwspanialsze mauzolea pompejańskie zachowały nawet niezwykle piękne wewnętrzne malowidła ścienne. Fakt ten stanowił zapewne marne pocieszenie dla kilku Pompejan, których wybuch Wezuwiusza z 79 roku zastał podczas uroczystej libacji w grobowcu swego zmarłego krewnego. Schroniwszy się przed gradem pumeksu za potężnymi drzwiami z brązu, pozostali w nim do dnia dzisiejszego. Michael Grant wspomina o tym znalezisku archeologicznym jako przykładzie w sposób nader dramatyczny potwierdzającym bliskie więzy żywych i umarłych[7].

Z właściwą sobie przesadą, ale chyba nie bez jakiejś racji, planował swoje pośmiertne warunki bytowe Petroniuszowy Trymalchion, odczytując wzruszonym do łez gościom treść swojego testamentu: „Pragnę bowiem, żeby dookoła mych popiołów rosły wszelkiego rodzaju owoce i obfitość winnic. Bo to całkiem fałszywie, żeby za życia mieć wspaniałe domy, a nie troszczyć się o mieszkanie, w którym dłużej przyjdzie nam przebywać”. Tu następuje lista nieodzownych detali architektonicznych, jak okręty na pełnych żaglach, ulubiona suczka właściciela na smyczy oraz zegar słoneczny, by każdy, kto spojrzy na godziny, chcąc nie chcąc czytał imię Trymalchiona, a także epitafium następującej treści: „Tu spoczywa Gajusz Pompejusz Trymalchion Mecenatianus. Sewirem został mianowany pod swą nieobecność. Choć mógł być we wszystkich dekuriach Rzymu, nie chciał. Porządny, dzielny, uczciwy, wyrósł z małego i pozostawił trzydzieści milionów sestercji. Nigdy też nie był słuchaczem filozofa. Żegnaj! – I ty także!”[8]. Czytając rzymskie epitafia, można odnieść wrażenie, że mordy, gwałty i stosunki kazirodcze to dziecięce figle wobec zbrodni uczęszczania na wykłady filozofów.

Z ulic zmarłych, przekroczywszy bramę miejską, wkraczamy na ulice żywych. Ale dlaczego właśnie wciąż o ulicach mowa? Dziś tego, co nazywamy życiem miasta, przynajmniej w miastach północnej Europy, szukalibyśmy raczej w domach, mieszkaniach, klubach i supermarketach. Otóż pamiętać musimy, że ulica rzymskiego miasta to o wiele więcej niż trakt komunikacyjny: podobnie jak i dziś w miastach i miasteczkach Włoch, Grecji, południowej Francji czy Hiszpanii, wraz z zachodem słońca na ulicę przenosi się życie rodzinne obywateli. Domy nagrzane całodziennym żarem słońca aż do wczesnych godzin nocnych nie będą dla Rzymian miejscem przyjemnego wypoczynku. Dla tych, którzy nie posiadają ogrodów, będą nim ulice, już późnym popołudniem okryte cieniem, przewiewne, choć z pewnością hałaśliwe i zatłoczone. Dom rzymski w sposób naturalny bowiem kończy się na progu tylko nocą. Za dnia ulica staje się jego częścią. Nawet wówczas, gdy właściciel nie korzysta z niej w celach handlowych, tam właśnie będzie wypoczywał, popijał wino z przyjaciółmi, przygotowywał posiłek lub przechadzał się, czekając, aż dom się nieco wychłodzi. W pięknym pompejańskim domu Fauna widzimy wyraźnie, że mozaika witająca gości marmurowym napisem „Have” rozlewa się daleko poza próg mieszkania sięgając kraju chodnika. Dodajmy do tego zabiegi higieniczne, najczęściej wymagające spaceru do pobliskiej latryny lub publicznych łaźni, a zobaczymy, że najbliższa domu ulica staje się w istocie naturalnym przedłużeniem przedsionka.

Za dnia ulice Rzymu były bardziej żywe, tłoczne, gwarne i wypełnione gęstwiną najrozmaitszych smrodów, niżby nam się mogło wydawać. Nocą – przeciwnie – o wiele bardziej martwe, niż możemy sobie wyobrazić. Scenarzyści znakomitego serialu HBO Rome, poszukujący inspiracji dla tła historycznej fabuły, odnaleźli je… we współczesnym Bombaju, jego całkowicie nieeuropejskiej gęstości zaludnienia, pstrokaciźnie strojów i amalgamatach nieznośnych dla europejskiego nosa zapachów. Za dnia ulice Rzymu spływały potokiem ludzi. Nocą niemal całkowicie pustoszały. Nocą Rzym pogrążał się w niewyobrażalnych dla nas dzisiaj ciemnościach. Wyjść nocą na ulicę oznaczało więc, w najlepszym wypadku, przysporzyć sobie obrażeń cielesnych. Sporadyczne patrole miejskich vigili z pochodniami w tak ogromnym mieście nie zapewniały żadnego bezpieczeństwa. Nocą Rzymianie ryglowali się w domach, często wystawiając na wszelki wypadek nocne straże niewolników. Noc należało jak najszybciej przespać. O ile udało się zasnąć.

Bo martwota nocnego miasta Rzymu nie była permanentna i mówić o niej można jedynie chyba za czasów Republiki. Juliusz Cezar, by rozładować potężne korki uliczne, jakie z samego rana tworzyły się w głównych arteriach miasta, wydał zarządzenie zakazujące od świtu do zmierzchu wjazdu do centrum wozom kupieckim. W dzień handlarze mogli jedynie w centrum parkować, i to pod warunkiem, że ich pojazdy zostały wcześniej rozładowane. W praktyce więc hałas związany z wjazdem i rozładunkiem wozów kupieckich rozpoczynał się wraz ze zmierzchem i towarzyszył bezsennym nocom nieszczęśliwych mieszkańców miasta aż do świtu. Pisze Juwenalis: „W jakimż mieszkaniu wynajętym możliwy jest sen? Przejazd wozów na zakrętach uliczek, przekleństwa poganiaczy mułów, które nie chcą iść dalej, odjęłyby go nawet samemu cesarzowi Klaudiuszowi i fokom[9]”. Zarządzenie Cezara obowiązywać będzie jeszcze za Flawiuszów, a może i dłużej.

Zdziwieni bylibyśmy swoją drogą, jak wąskie były ulice Rzymu. Prawo Dwunastu Tablic zezwalało na budowanie traktów miejskich nie szerszych niż 4,8 metra, później przepisy zezwalały na poszerzenie ich do 6,5 metra. Nieco lepiej pod tym względem wypadają miasta prowincji. W Pompejach ulica Obfitości ma miejscami aż 8,5 metra, a same chodniki sięgają 4,4 m. Imponujący pod tym względem jest Decumanus maximus w Herkulanum, szeroki na 12 metrów. Dodatkowym utrudnieniem dla ruchu kołowego, prócz oczywistych trudności w wymijaniu się, były przejścia dla pieszych. Do dziś w Pompejach turyści nie mogą wyjść z zachwytu nad pięknie zachowanymi, bo wykonanymi z twardych bloków bazaltowych „zebrami”, po których, dzięki temu, że wznosiły się kilkanaście centymetrów nad brukiem ulicznym, można było przejść na drugą stronę jezdni nie mocząc sobie stóp. A rzecz była istotna bynajmniej nie tylko podczas ulewnych deszczów: w wielu rzymskich miastach ulice stanowiły naturalne rynsztoki, którymi odprowadzano przeróżnego rodzaju nieczystości, których pozwolę sobie szczegółowo tutaj nie wymieniać. Takie kamienne pasy dla pieszych, choć spowalniały transport kołowy, nie były dla wozów przeszkodą nie do pokonania – trzeba było tylko zadbać o to, by wszystkie pojazdy odwiedzające miasto miały podobny rozstaw kół.

Ze względu na szerokość właśnie Rzymianie rozróżniali kilka rodzajów ulic. Via to droga, na której swobodniej mijały się dwa wozy. Ulica, którą mógł przemieszczać się jeden tylko wóz, nosiła miano actus. Ulicę przeznaczoną tylko dla ruchu pieszego nazywano iter. Wreszcie wspomnieć należy o vici – wąskich i ciemnych uliczkach (znakomicie służących rozprzestrzenianiu się ognia podczas pożarów miasta), w których kwitło życie wstydliwe, ukryte przed wzrokiem srogich rzymskich moralistów i dobrze wychowanych żon, oraz clivi – uliczkach bardziej przypominające schody i prowadzących na wzgórza.

Ulice Rzymu pełniły także niezwykle ważną rolę religijną i społeczną. Bóstwa rzymskie nie czekały na wyznawców w świątyniach – były obecne także na ulicy. Niczym greckie hermy, rzymskie lary strzegły skrzyżowań i rozstajów dróg, zarówno w miastach, jak i na wsiach. W Pompejach zachowały się piękne kapliczki poświęcone lares compitales (bóstwom rozstajów), przy których można było przysiąść na ławeczce, odpocząć lub złożyć ofiarę. Obchodzono nawet skromne święto, compitalia, podczas których składano ofiarę z ciastek miodowych[10].

Element religijny rzymskich dróg przegrywał jednak rywalizację z polityką. Ulice były jednak przede wszystkim miejscem kultu władców, naturalnym terenem, na którym eksponowano ich pomniki i poświęcone im tablice. Ściany domów, szczególnie w mniejszych miastach pozbawione okien, w okresie poprzedzającym wybory urzędników miejskich zmieniały się w obszerne afisze wyborcze, pokrywały się mniej lub bardziej artystycznymi grafitti, zachwalającymi jednych kandydatów, innych lżącymi za pomocą najbardziej niewybrednych łacińskich przymiotników. Nietrudno się domyślić, że amatorskie malunki ścienne były nader popularne także w sferze niezwiązanej z polityką: w miejscach rywalizacji sportowej, na przykład na murach pompejańskiej palestry, spotykamy dobrze nam znane hasła zagrzewające do wielkich wyczynów, choć mieszają się one z inskrypcjami natury militarnej. Tam też znajduje się tajemniczy palindrom rozpisany na krzyżu wpisanym w kwadrat: rotas opera tenet arepo sator, który rozmaici badacze (np. F. Grosser) chcieliby odczytywać jako Pater noster – pogański kryptogram Modlitwy Pańskiej[11].

Niemniej doniosłą rolę pełniły ulice rzymskie w komunikacji treści natury osobistej. Pompejańczycy z wrodzoną „neapolitańską” fantazją parafrazowali na ścianach erotyki Katulla i świńskie epigramy Marcjalisa, zakochani młodzieńcy – bywało, że i całkiem udatnie – składali własne czterowiersze ku czci Wenus i wybranek serca. Ciemne i kręte zaułki w podejrzanych dzielnicach miasta upstrzone były bogatymi, często dosadnie ilustrowanymi, pochwałami dla własnych lub cudzych wyczynów miłosnych, utyskiwaniem na brud i drożyznę w pobliskich lupanarach, ostrzegających przed całym spektrum rozmaitych dolegliwości, jakich można się w nich nabawić. Klienci domów publicznych stanowili chyba największy odsetek wśród domorosłych artystów, uznając za swój obowiązek pochwalić imiennie obsługę ulubionego lokalu. W nadzwyczajnym bogactwie takich panegiryków znajdziemy wszakże i lakonicznie wyrażone rozczarowania: „Messius hic nihil fuit” („Mesius nic tutaj nie wyruchał”) – głosi jedna z perełek pompejańskich grafitti. W ścianach rzymskich uliczek można bowiem odnaleźć niejeden ludzki dramat.


[1] Witruwiusz, Ks. I, VI, 1.

[2] Zob. tamże, ks. I, VI, 6-8.

[3] Zob. Jerzy Ciechanowicz, Rzym, ludzie i budowle, Warszawa 1987, s. 223.

[4] Zob. J. Carcopino, Życie codzienne w Rzymie w okresie rozkwitu cesarstwa, tłum. M. Pąkcińska, Warszawa 1960, s. 16.  Remont Hal Trajana został ukończony w marcu 2007 roku, w związku z czym duża część galerii jest dziś udostępniona turystom.

[5] Choć były od tej reguły wyjątki, np. grobowce westalek, nie mówiąc już o grobowcach cesarskich.

[6] Cytuję za P. Veyne, Cesarstwo Rzymskie, w: P. Veyne, red., Historia życia prywatnego, tłum. K. Arustowicz, tom I, Wrocław-Warszawa-Kraków 1998, s. 168.

[7] Zob. M. Grant, Miasta Wezuwiusza, tłum. H. Rowińska, Warszawa 1986, s. 57.

[8] Petroniusz, Satyryki, 71 (tłum. M. Brożek). Czytając rzymskie epitafia można odnieść wrażenie, że mordy, gwałty i stosunki kazirodcze to zupełne błahostki wobec zbrodni uczęszczania na wykłady filozofów.

[9] Juwenalis, Satyry III, 236.

[10] Compitalia senat zniósł w 68 roku przed Chr. Przywrócił je dopiero Oktawian August.

[11] Zob. S. Nappo, Pompeje, tłum. A. Matloch, Warszawa 2000, s. 37. O tym, że przed „śmiercią” Pompejów nie było w nim nie tylko żadnej gminy chrześcijańskiej, ale prawdopodobnie żadnych pojedynczych chrześcijan, przekonująco pisze R. Etienne w Życie codzienne w Pompejach, tłum. T. Kotula, Warszawa 1971, s. 182 nn. Z tego też dzieła zapożyczyłem na potrzeby niniejszego artykułu określenie „ulice żywych – ulice zmarłych”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata