70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Hadrian w kąpieli, czyli tyleż o higienie, co o życiu towarzyskim Rzymian

Jest rzeczą godną uwagi, że całe niemal życie towarzyskie starożytnego Rzymu koncentrowało się przede wszystkim w miejscach ściśle związanych z higieną osobistą: salonach fryzjerów, termach, wreszcie także i publicznych latrynach.

„Łaźnie, wino i Wenus niszczą nasze ciała, ale łaźnie, wino i Wenus to nasze życie” – powiadali Rzymianie. Nie bez powodu tę listę trzech życiodajnych symboli rozpoczynają właśnie termy. W wielu poważnych kwestiach Rzymianie mieli inne zdanie niż Grecy, ale w niewielu różnica ta była tak wyraźna. Choć pierwsze rzymskie łaźnie budowano na wzór greckich balaneionów, bardzo szybko miejsca te zaczęły spełniać całkowicie odmienną rolę. Grekom służyły za ochłodę w sportowych zmaganiach podejmowanych ze ściśle religijną powagą i oddaniem, Rzymianom tymczasem niezbyt męczące gry na wolnym powietrzu umilać miały równie uświęconą, wielogodzinną kąpiel. I tak jak Grecy dobudowywali niewielkie łaźnie do gigantycznych gimnazjonów, tak Rzymianie obok potężnych łaźni wystawiali skromne palestry. Rzymskie umiłowanie gorących kąpieli szybko stało się pożywką dla żartów, którymi wysportowani Grecy wyśmiewali zniewieściałość obywateli Rzymu.

Zanim jednak przestąpimy próg rzymskich term, by przyjrzeć się, co to za miejsce, i by zrozumieć, że sama kąpiel to tylko jeden, ważny, ale nie jedyny powód, dla którego szanujący się obywatel rzymski potrafił spędzać w łaźniach długie popołudniowe godziny, podglądnijmy pokrótce zabiegi higieniczne, których dokonywano poza termami.

Bo z samego rana Rzymianie myć się nie mieli zwyczaju. O ile polegać możemy w tej kwestii na literackich źródłach, sądzić należy, że poranna toaleta – jeśli rozumieć przez nią odświeżenie większych partia ciała – nie była stałym elementem porządku dnia[1]. Nawet wówczas, gdy najbogatsi obywatele dysponowali prywatnymi łazienkami, służyły one najczęściej do obmywania twarzy, rąk i stóp – a więc tych części ciała, które w naturalny sposób pozostawały niezasłonięte: tak w dzień, jak i w nocy. Nic nam bowiem nie wiadomo, by Rzymianie układając się do snu zmieniali cokolwiek w swojej garderobie spodniej, wierzchnią jedynie odkładając na bok i zzuwając sandały. Nie ma powodów by nie wierzyć Senece, że jego przodkowie myli się w całości jedynie w nundiny (a więc raz w tygodniu)[2]? Jeśli rzecz porównać z częstotliwością kąpieli na polskiej wsi przedwojennej, to i tak należy Rzymian chwalić, a jeśli dodać do tego niemal codzienne wizyty najzamożniejszych mieszkańców miasta (nawet jeśli tylko miasta) w termach, to obywatele Rzymu okazują się najbardziej higienicznym z historycznych społeczeństw aż po wiek dwudziesty. Jeśli więc krzywimy się na widok przeciętnego Rzymianina, który po wstaniu z łóżka przemywa jedynie twarz w miednicy, narzuca płaszcz, wzuwa buty i – zazwyczaj bez śniadania, jedynie przemywając usta wodą lub winem – wyrusza pełnić swoje obowiązki, pamiętajmy, że jeszcze tego samego dnia, jeśli nic mu w tym nie przeszkodzi, Rzymianin nasz dotrze do łaźni, z której wyjdzie dopiero wieczorem, by – nabrawszy w kąpieli apetytu – wrócić do domu prosto na obfitą kolację. Niech nie ujdzie też naszej uwadze, że jeśli tylko nie jest żołnierzem lub filozofem, z całą pewnością jeszcze przed południem znajdzie godzinę albo dwie, by odwiedzić zakład fryzjerski. A rzymscy golarze to zagadnienie domagające się osobnej opowieści…

Odkąd za czasów późnej republiki (II w. p. Ch.) Rzymianie – za przykładem swych władców – postanowią zerwać z barbarzyńskim zwyczajem noszenia bród, w najskromniejszych zaułkach rzymskich metropolii i małych miasteczek pojawią się tysiące większych lub mniejszych zakładów fryzjerskich, a zawód golarza (tonsor) stanie się jedną z najbardziej intratnych profesji niższego szczebla społecznego[3]. Dochody najzręczniejszych fryzjerów z nawiązką rekompensowały długie lata katorżniczej praktyki, jaką należało odbyć, zanim można było założyć własny zakład. Najwięksi artyści w tym zakresie zdobywali rozgłos sięgający daleko poza granice rodzimego miasta, ba, ich zdolności opiewali poeci: „W grobie tym spoczywa zmarły w kwiecie wieku Pantagathus – czytamy w epigramie Marcjalisa – radość i ból swego mistrza, tak samo biegły w strzyżeniu zwichrzonych włosów ostrzem, które ich ledwie dotykało, jak i w wygładzaniu zarośniętych policzków. O ziemio, daremnie mu będziesz słodka i lekka, jak trzeba; nigdy nie możesz być lżejsza i słodsza niż jego ręka artysty”[4]. A zręczność w sztuce fryzjerskiej była wówczas istotnie na wagę złota – dość wyobrazić sobie, że włosy skracano nie nożycami, ale dwoma nożami bez wspólnej osi (cultelli), które fryzjer-artysta trzymał w obu dłoniach. Podobnie zarost usuwano brzytwami żelaznymi (novaculae) nie stosując – prócz wody – żadnych substancji zwilżających czy zmiękczających. Nic dziwnego, że najbiedniejszym spośród Rzymian nie przychodziło nawet do głowy, by tak ryzykownych operacji na własnej twarzy dokonywać samodzielnie. Najzamożniejsi spośród obywateli Miasta dysponowali oczywiście specjalnie w tym celu wyszkolonymi niewolnikami; mniej zamożni udawali się do zakładów, przed którymi od samego rana tworzyły się spore kolejki; najbiedniejsi tymczasem korzystali z usług na otwartym powietrzu, które oferowali za niewielką opłatą dopiero wprawiający się w tym zawodzie rzemieślnicy. Do tych ostatnich trafiali także niewolnicy, chyba że zmyślny właściciel postanowił na ich fizjonomiach wypróbować nowego golarza. Że codzienna wizyta u niedoświadczonego, taniego tonsora, wymagała dużej odwagi i przychylności Fortuny, przekonują nas uchwały Oktawiana Augusta nakazujące fryzjerom wypłacanie odszkodowań za każdy uszczerbek na zdrowiu, jaki poniósł ich klient. Nasz niezawodny Marcjalis uznał nawet za stosowane przestrzec współobywateli przed niejakim Antiochusem, z którego usług miał nieszczęście skorzystać: „Tych wszystkich szram, które zliczyć możecie na moim podbródku (…) nie zrobiła mi moja żona, jakkolwiek straszna jest w gniewie ze swoimi pazurkami, lecz żelazne ostrze Antiochusa i jego ręka zbrodniarza”[5]. Trudno się zatem dziwić, że najlepsi fachowcy wykonywali swą pracę nad wyraz ostrożnie – proste zabiegi fryzjerskie zajmowały im często kilka długich godzin. „Podczas gdy fryzjer jeździ brzytwą po twarzy Lupercusa – zauważa Marcjalis – druga broda wyrasta jego klientowi”[6]. Dobre czasy dla fryzjerów skończą się jednak już w II wieku – cesarz Hadrian, o którym jeszcze przyjdzie nam wspomnieć, wbrew obowiązującej modzie znów zapuści brodę i zakłady fryzjerskie jak szybko się pojawiły, tak szybko znikną.

Wydawałoby się, że omówiwszy pokrótce wczesnoporanną toaletę Rzymianina, przystąpimy teraz do o wiele bogatszych zabiegów higienicznych, jakie po wstaniu z łóżka wykonać musiała Rzymianka. Mylilibyśmy się jednak sądząc, że zabierała jej ona więcej czasu niż mężczyznom – przynajmniej jeśli chodzi o sprawy czysto higieniczne. Także i jej wystarczały szybkie i proste czynności, jak nałożenie sandałów, okrycia wierzchniego, opłukanie rąk i twarzy oraz ożywczy łyk zimnej wody. Także i ona miała swój salon fryzjerski lub zastęp niewolnic-fryzjerek (ornatrices), do których zadań należała nie tylko codzienna rekonstrukcja uczesania pani domu (proste fryzury wyszły z mody wraz z końcem Republiki), ale także depilacja i nieodzowny make-up, w którym rolę fluidu nakładanego nie tylko na czoło, ale i na ramiona i szyję pełniła biel ołowiana (śniada skóra była oznaką statusu niewolniczego), szminkę zastępowała ochra lub purpura nakładana także na policzki, zaś sadza lub antymon służyły do malowania rzęs i powiek. Dalsze czynności ornatrices związane były z dobraniem odpowiedniej biżuterii, wreszcie – skompletowaniem garderoby, w której ich pani mogła bez wstydu pokazać się na ulicy. Krótko mówiąc, poranna toaleta kobiet rzymskich sprowadzała się nie do tego, by być czystym, ale stosownie wystrojonym.

Nie wydaje się, by długie kolejki w salonach fryzjerskich stanowiły dla Rzymian, tak mężczyzn jak kobiet, specjalną uciążliwość. Obywatele traktujący zabiegi pielęgnacyjne swoich głów i twarzy jako absolutnie nieodzowny element dnia, korzystali z obecności sąsiadów i stałych bywalców fryzjerskich tabern, by przyjemnie spędzić poranne godziny na plotkach i szybkich interesach. W ogóle jest rzeczą godną uwagi, że całe niemal życie towarzyskie starożytnego Rzymu koncentrowało się przede wszystkim w miejscach ściśle związanych z higieną osobistą: salonach fryzjerów, termach, o których za chwilę, wreszcie także i publicznych latrynach.

Tylko bowiem najbogatsi właściciele willi i obszernych doma mogli sobie pozwolić na luksus posiadania prywatnych ubikacji podłączonych do systemu odprowadzania nieczystości (na przykład słynnej Cloaca Maxima, jedynego zabytku w dzisiejszej stolicy Włoch, który wciąż jeszcze, nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat, pełni swoją zasadniczą funkcję). Nawet i oni jednak, jak można przypuszczać, korzystali z nich jedynie w dzień, nocą posługując się  tradycyjnymi nocnikami opróżnianymi przez niewolników. W domach uboższych, szczególnie w wynajętych mieszkaniach czynszowych kamienic, nie było mowy o ubikacjach – należało po prostu udać się do najbliższej publicznej latryny. Oczywiście nocą takie wyprawy mogłyby się bardzo źle skończyć; nocą radzono sobie w najprostszy z możliwych sposobów – wylewając zawartość nocników przez okno wprost na ulicę. W dzień jednak publiczne ubikacje dosłownie tętniły życiem. Urządzone zazwyczaj w okrągłych pomieszczeniach mogły pomieścić nawet kilkunastu zainteresowanych, którzy – rozparci wygodnie pod ścianą na kamiennej ławie z odpowiednio wyprofilowanymi otworami – czynili zadość swoim potrzebom umilając sobie ten moment pogawędką, zwykle sprowadzającą się do wymiany rubasznych (stosownie do miejsca) żartów. Nawet w termach nie panowała taka równość wszystkich wobec wszystkich – wspólny cel, który spędzał w to miejsce przedstawicieli rozmaitych warstw społecznych na te kilka krótkich chwil usuwał w cień wszelkie różnice klasowe.

W niespokojnych czasach niewinny żart puszczony w obieg latrynowego towarzystwa mógł przysporzyć autorowi i jego towarzyszom poważnych kłopotów. Latryny publiczne otaczane były bowiem szczególną opieką przez wszelkiej maści donosicieli. Pewnego razu zdarzyło poecie Lukanowi, luźno uwikłanemu w spisek na życie cesarza Nerona, skomentować donośne puszczenie wiatrów przez jednego z klientów publicznego przybytku słowami: „Rzekłbyś, że to pod ziemią zagrzmiało!”. W jednej chwili miejsce opustoszało: wiersz ten pochodził z poematu samego cesarza, powszechnie znanego wszystkim jego poddanym[7].

Do dziś podziwiać możemy proste i efektywne zarazem rozwiązania hydrauliczne rzymskich latryn – w Villa Casale obok sycylijskiej Piazza Armerina zachowały się dwa takie przybytki, właściwie gotowe do użycia, gdyby tylko doprowadzić do nich wodę i udrożnić kanalizację. Nieczystości bowiem, będące dziełem usadzonych wkoło obywateli, wpadały wprost do okrągłego kanału, w którym – ukryte przed wzrokiem ludzkim – natychmiast wypłukiwane były przez wartki nurt bieżącej wody. Radzono sobie więc bez spłuczek, szybko i wygodnie, zwykle nawet nie brudząc rąk: procedurę higieniczną zamykał niewolnik za pomocą specjalnej gąbeczki umieszczonej na kijku albo po prostu za pomocą gąbeczki, która następnie lądowała w tymże samym wirującym kanale.

Jednak ani salonów fryzjerskich, ani najchętniej nawet obleganych latryn pod względem towarzyskim i społecznym nie sposób nawet porównać do term. Łaźnie miejskie, pierwotnie budowane w samym sercu miast rzymskich, na przecięciu dwóch głównych ulic: Cardo i Decumanus, w bezpośrednim sąsiedztwie forum, jak widzimy to na przykład w Pompejach czy starożytnej Ostii, następnie na skraju miasta, przy traktach handlowych, lub w pobliżu portów, z czasem stały się centralnymi punktami ważniejszych dzielnic miejskich. Określenia takie jak „termy”, „łaźnie”, „kąpieliska” dziś już nie oddają zasadniczej funkcji tych miejsc w życiu codziennym Rzymian. Kojarzą się nam wyłącznie z czystością, rozrywką i relaksem. Owszem, skromne niewielkie łaźnie w peryferyjnych dzielnicach miast lub w ogóle w mniejszych miastach, oferowały niewiele więcej ponad kąpiel w wodzie i salach parowych, ewentualnie ożywczy spacer po zewnętrznej miniaturowej palestrze lub grę w piłkę. Inaczej jednak najsłynniejsze łaźnie Wiecznego Miasta, jak Termy Dioklecjana, które do dziś możemy podziwiać, w połowie jako muzeum, w drugiej połowie jako katolicką świątynię, jak Termy Karakalli, wciąż jeszcze budzące respekt górującymi nad Awentynem monumentalnymi łukami (w czasach swojej świetności mogły naraz pomieścić przeszło siedem tysięcy osób!). Obok imponującej infrastruktury łaziebnej oferowały gościom potężne biblioteki, portyki i sale wykładowe, w których prócz filozofów i polityków można było posłuchać najnowszych dzieł literackich odczytywanych nierzadko przed samych autorów, termopolia, w których można się było posilić i ugasić pragnienie, boiska, na których odbywały się walki zapaśników, gry zespołowe i wyścigi sprinterskie. Nie do przecenienia jest także fakt, że termy, obok świątyń, były jedynymi miejscami, w których ubogi obywatel miał okazję spotkać się z prawdziwymi dziełami sztuki: dość wspomnieć, że Grupa Laookona zamówiona została jako ozdoba Term Trajana; podobnie Byk i Herkules Farnezyjski uświetniały wnętrza Term Karakalli. W tych gigantycznych świątyniach ku czci ludzkiego ciała nie zaniedbywano ducha.  „Mens sana in corpore sano” – „W zdrowym ciele, zdrowy duch” – pisał Jawenalis[8] – dziś już z rzadka pamiętamy, jak bardzo rzymskie to powiedzenie.

Do łaźni nie chodzono więc tylko po to, by się wykąpać. Do łaźni chodzono mniej więcej w tych samych celach, w których dziś setki tysięcy ludzi oblegają muzea i galerie handlowe (przy tych ostatnich wyjąwszy, rzecz jasna, prozaiczny aspekt zakupów) – by bywać, by spotkać znajomych, by pogadać o interesach, posłuchać nowinek, coś zjeść, czegoś się napić, kogoś poznać, oddać komuś pieniądze, zaprosić na kolację. Albo po prostu – by miło spędzić popołudnie. Dziś trudno nam zrozumieć ów ściśle społeczny walor łaźni rzymskich – dziś mamy bowiem restauracje, kawiarnie, kluby, mamy wreszcie chłodne i zaciszne mieszkania, w których możemy popołudniami przyjmować gości. Ale w świecie, gdzie zamiast restauracji mieszkańcy zadowolić musieli się termopoliami bardziej przypominającymi nasze fast-foody, zamiast kawiarni odwiedzić mogli co najwyżej mroczne spelunki ożywające zwykle późnymi wieczorami, w świecie, gdzie w godzinach popołudniowych wnętrza domów są tak nagrzane słońcem, że nie da się w nich wysiedzieć, otóż w tym świecie popołudniowe życie towarzyskie przenosiło się w sposób naturalny do łaźni. I dziś jeszcze spotkać można w samym sercu Europy ludzi pielęgnujących starożytny obyczaj towarzyskiego relaksu w termach, choć większość z nich lata młodości ma już dawno za sobą – wystarczy zajrzeć do którejś z pomniejszych, a tym samym nieopanowanych przez turystów, łaźni w Budapeszcie. I dziś jeszcze zobaczymy staruszków grających w szachy w półmroku caldarium, dyskutujących o polityce lub najzwyczajniej drzemiących na rozgrzanych, kamiennych ławach. Młodzież rzadziej dziś tam zagląda – jeśli już to niestety w celach nieobcych i starożytnym Rzymianom: przewodniki turystyczne ostrzegają młodych mężczyzn pragnących zażyć kąpieli parowej, by w gorących mgłach budapesztańskich przybytków dbali o to, by za plecami zawsze mieć łaziebną ścianę.

Ale wróćmy do spraw rzymskich. Jak przedstawiały się termalne zabiegi higieniczne? Kąpiel wbrew pozorom nie była w nich zajęciem kluczowym. Wchodzący do term zazwyczaj udawali się najpierw do capsariusa, szatniarza, u którego deponowali wartościowsze przedmioty w obawie przed złodziejami wyspecjalizowanymi właśnie w okradaniu gości tego przybytku. Ubrania pozostawiano w pierwszej z sal, w przebieralni (apodyterium), skąd udawano się do lekko podgrzewanego pomieszczenia (tepidarium), by powoli oswajać się z ciepłem. Sala gorąca (caldarium) wyposażona była w prostokątny basen z bardzo ciepłą wodą oraz, w absydzie nakrytej kopułą ze świetlikiem, okrągłą misę z chłodną wodą służącą do obmywania spoconej twarzy. By odwiedzić ostatnią z głównych sal, zwykle w całości stanowiącą basen z lodowatą wodą (frigidarium), należało pokonać drogę powrotną, tym razem z wolna przyzwyczajając się do coraz niższych temperatur. W bogatszych łaźniach można było wstąpić jeszcze do laconicum, czyli łaźni parowej, nierzadko też wydzielano specjalne sale do namaszczania się olejkami (unctoria). Na gości czekała wyspecjalizowana obsługa obiektu: od masażystów, wśród których prym wiedli czarnoskórzy niewolnicy, po wyposażonych w skrobaczki balneatores, których zadaniem było oczyszczenie całego ciała z kurzu zmieszanego z potem i oliwą (mydła bowiem Rzymianie nie znali).

W biografii Hadriana, częstego bywalca term, który miał wcale nierzadki wśród cesarzy zwyczaj odwiedzania łaźni publicznych i zażywania kąpieli wraz ze swymi poddanymi, znajdujemy między innymi taką oto historyjkę: pośród obywateli skrobanych przez własnych lub wynajętych na tę okoliczność niewolników, Hadrian dostrzegł pewnego razu starego weterana wojennego, ocierającego się plecami o ścianę caldarium. Zapytany o powód dziwnego zachowania żołnierz odparł, że podupadł na starość finansowo i nie może sobie pozwolić na wynajęcie skrobaczy. Wzruszony cesarz ofiarował staruszkowi kwotę potrzebną na wynajęcie niewolnika. Gdy następnego popołudnia pojawił się w łaźni, już kilkunastu obywateli wzorem weterana drapało się z pomocą ścian licząc na hojność i poczucie humoru swojego władcy. Nie zawiedli się tylko na tym ostatnim: Hadrian polecił im, by w tej trudnej sytuacji poskrobali się nawzajem[9].

Konieczność utrzymania w większości sal łaziebnych podwyższonych temperatur przyczyniła się do takich odkryć rzymskich inżynierów, jak ogrzewanie ścienno-podłogowe. Tradycyjne piecyki z otwartymi paleniskami okazywały się nie tylko mało wydajne, ale i niebezpieczne, nie tyle ze względu na ogień, co wytwarzany czad mieszający się z parą wodną. W większych zespołach termalnych zastąpiono je więc wynalezionym w I w. p. Ch. przez  Sergiusa Oratę systemem hypocaustum, pozwalającym na rozprowadzanie ciepła wytwarzanego w podziemnych piecach przestrzeniami podpodłogowymi (suspensurae), których konstrukcję do dziś możemy oglądać w Pompejach, Herkulanum czy – szukając najbliżej – w podbudapesztańskich ruinach Aquincum. Identyczne rozwiązanie zastosowano także do ścian, stawiając je ze specjalnych cegieł z wypustkami tworzącymi otwartą przestrzeń dla gorącego powietrza. Technologie te bardzo szybko przyjęły się także w domach prywatnych, szczególnie w willach chłodniejszych, północnych prowincji Cesarstwa. Do dziś w Villae Casale, domku myśliwskim któregoś z cezarów o niebagatelnej jak na domek myśliwski powierzchni dwóch tysięcy metrów kwadratowych, podziwiać możemy nieźle zachowane suspensury wraz z systemem ołowianych rur, służących najwyraźniej do pompowania gorącej wody do basenów caldarium.

Termy otwierano zazwyczaj już przed południem, choć – przynajmniej za czasów Hadriana – o tej porze dnia wstęp mieli tam tylko chorzy. Zazwyczaj mężczyźni nie kąpali się wraz z kobietami. W niektórych termach istniały osobne pomieszczenia dla kobiet, zachowujące identyczny układ, choć zwykle znacznie mniejsze, w innych – zwyczajem, który wciąż jeszcze obowiązuje we wspomnianych łaźniach Budapesztu – ustalano dla kobiet osobne dni lub godziny. Rozdzielność płciowa bywalców term bywała jednak łamana – za Domicjana i Trajana, a następnie za Heliogabala, łaźnie otwarte były dla wszystkich i kobiety kąpały się wspólnie z mężczyznami. Jak możemy sobie wyobrazić moraliści okresu cesarstwa nie byli zachwyceni takim rozwiązaniem: tym jednak, co oburzało ich najmocniej, nie była powszechna nagość ani kwitnąca prostytucja, ale fakt, że kobiety pozwalały sobie zuchwale uczestniczyć w męskich grach i zabawach towarzyskich, włączając się do zabawy piłką, szermierki, a nawet zapasów.

Były więc termy uwielbiane i nienawidzone. Jak pokazuje przykład naszego nieocenionego krytyka rzymskiej codzienności, Lucjusza Anneusza – nie trzeba było nawet przekroczyć progu term, by nimi szczerze pogardzać. „Mieszkam nad samą łaźnią! – skarży się Seneka. – Wyobraź sobie teraz wszystkie odmiany hałasu, które mogą doprowadzić do znienawidzenia swych własnych uszu. Gdy co mocniejsi ćwiczą się bezustannie i miotają obciążonymi ołowiem rękami, gdy bądź wytężają się, bądź naśladują wytężonych, wtedy słyszę ich stękanie, a ilekroć wyrzucają zatrzymane w płucach powietrze, słyszę gwiżdżące i bardzo ostre oddechy; gdy się trafi ktoś leniwy i chętnie przyjmuje owo plebejskie namaszczanie ciała, słyszę poklepywanie dłoni uderzającej po plecach, przy czym wydawany odgłos zmienia się w zależności od tego, czy uderza o ciało dłoń całkiem otwarta, czy też przymknięta. Gdy zaś dojdzie do tego gra w piłkę i gdy gracze zaczną liczyć swe celne strzały, wtedy już koniec”[10].

W tym względzie nie sposób zadowolić naszego filozofa. Dla niego wzorem właściwej dbałości o sprawy ciała pozostawał przecież sam Scypion Afrykański, którego posiadłości osobiście odwiedził nie mogąc się nachwalić prostoty ciasnych, ciemnych i wilgotnych łazienek oraz skromności objawiającej się unikaniem poważniejszych kąpieli. A niechby ktoś przypadkiem zarzucił pokoleniom dawnych Rzymian, że nie dbały o siebie! „Jak myślisz, czym oni wonieli?” – odparłby Seneka. – „Wojaczką, pracą, męskością. Od czasu, gdy otwarto wykwintne kąpieliska, wielu stało się brudniejszymi…”[11].

 


[1] Potwierdzają to także źródła archeologiczne: wśród wszystkich zabudowań Pompejów odnaleziono tylko jedną przylegającą do sypialni alkowę z umywalką (zob. J. Carcopino, Życie codzienne w Rzymie w okresie rozkwitu cesarstwa, tłum. M. Pąkcińska, Warszawa 1960, s. 183).

[2] Zob. Seneka, Listy 86.

[3] Pierwsza wizyta u fryzjera była ważnym świętem w życiu młodego Rzymianina. Podczas uroczystej depositio barbae pozbawiano młodzieńca zarostu, ofiarując pierwsze obcięte włoski bóstwom i tym samym wprowadzając go do dorosłego życia.

[4] Marcjalis, Epigramy VI 52. (tłum. S. Kołodziejczyk).

[5] Tamże, XI 84.

[6] Tamże, VII 83.

[7] Zob. A. Krawczuk, Neron, Warszawa 1988, s. 247.

[8] Zob. Juwenalis, Satyry, X, 356.

[9] Zob. Historia Augusta, rozdz. Hadrian 17.

[10] Seneka, Listy, 56 (tłum. W. Kornatowski).

[11] Tamże, 86.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata