70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jaka przyszłość dla Kosowa?

14 listopada, na kilka dni przed wyborami powszechnymi w Kosowie redakcja „Znaku” oraz Instytut Badań nad Cywilizacjami zorganizowały w Rzeszowie dyskusję nt. przyszłości tej prowincji i całych Bałkanów. Poniżej prezentujemy obszerne fragmenty rozmowy.

MARCIN ŻYŁA: Zacznijmy od przypomnienia kilku faktów. W świadomości wielu Serbów Kosowo jest historycznym ośrodkiem ich średniowiecznego królestwa, swoistą kolebką serbskiej państwowości. Tam lokowano średniowieczne klasztory prawosławne, tam też w 1389 roku rozegrała się bitwa na Kosowym Polu, która zadecydowała o kilkusetletnich rządach Turcji na Bałkanach. W następnych stuleciach stopniowo przybywało w Kosowie ludności muzułmańskiej – pod koniec XIX w. osiągnęła ona liczebną przewagę nad Serbami. Socjalistyczna Jugosławia w 1945 r. przyznała prowincji autonomię. Cofnął ją Slobodan Milošević, którego wojsko i policja pod hasłem obrony praw Serbów, prześladowały w latach 90. albańską większość. W reakcji na politykę Miloševicia, w 1999 roku NATO przeprowadziło trwające kilka miesięcy bombardowania Jugosławii. Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1244 wyłączyła Kosowo spod administracji Belgradu powierzając zarządzanie prowincją wspólnocie międzynarodowej. Choć nasza rozmowa dotyczyć ma obecnej sytuacji w Kosowie, nie sposób pominąć aspektu historycznego i mitów z nim związanych…

ADAM BALCER: W debacie na temat Kosowa obie strony od wielu lat manipulują historią, w rezultacie czego niektóre mity bywają rozpowszechniane przez światowe media. Uściślijmy: miejscem gdzie w XII wieku powstało państwo serbskie, był region Raszka w Sandżaku – krainie między Bośnią i Kosowem – i to tam znajdują się najstarsze serbskie klasztory. Kosowo stało się ważne w historii Serbii dużo później, w okresie jej największej świetności, czyli w XIV w. Serbia „przesunęła się” w tym czasie na południe, czego dowodem było przeniesienie siedziby patriarchatu do miejscowości Peć w Kosowie, jeszcze pod koniec XII wieku.

W serbskiej mitologii narodowej funkcjonuje mit bitwy na Kosowym Polu. Jednak poważni historycy, jak Olga Zirojević czy Miodrag Popović  pokazują, że większe znaczenie dla losów Serbii miały bitwy pod Maricą i  Nikopolis – natomiast Kosowo Pole stało się istotnym motywem w epice ludowej, który potem, w okresie postawania nowoczesnego nacjonalizmu serbskiego, został po prostu skodyfikowany.

Kolejna kwestia to rola Kosowa w mitologii albańskiej – stąd to dzisiejsze napięcie i problem ze znalezieniem kompromisu. Albańczycy uważają się za potomków Ilirów, indoeuropejskiego ludu mieszkającego na Bałkanach przed przybyciem Słowian. Mit ciągłości – wiara, że współczesny Albańczyk jest potomkiem starożytnego Ilira i przez cztery tysiące lat nie doszło w tym względzie do żadnych poważnych zmian – ma, oczywiście, ogromną wagę, bo oznacza, że to Albańczycy byli pierwsi: pojawili się w Europie przed Serbami. Trudno udowodnić, że przekonanie o etnogenezie iliryjskiej jest prawdziwe – nie zachowały się bowiem żadne teksty w języku illiryjskim.  Istnieją także naukowcy, którzy uważają, że język i etnos albański wywodzi się od Traków, ludu, który sąsiadował z Ilirami. Kosowo było regionem pogranicznym, iliryjsko-trackim.  Mit iliryjski jest niezwykle istotny dla Albańczyków z Kosowa, którzy coraz częściej określają się mianem Kosowarów. Stąd bierze źródło popularność nazw iliryjskich – na przykład nazwy królestwa Ilirów, Dardanii. W Kosowie istnieje na przykład partia o nazwie Liga Demokratyczna Dardanii, a były prezydent Ibrahim Rugova chciał, żeby po uzyskaniu niepodległości kosowskie państwo nazywało się właśnie Dardania.

W XVII stuleciu wiele postaci związanych z Kosowem miało wpływ na rozwój literatury albańskiej, m.in. katolicki arcybiskup Pjetër Bogdani, o którym pisał swój doktorat w Paryżu sam Ibrahim Rugova. W wieku XIX Kosowo stało się centrum rozwoju albańskiego ruchu narodowego. Tam powstała w 1878 roku Liga Prizreńska, tam znajdowało się polityczne centrum albańskiego odrodzenia narodowego.

MŻ: Tak zwany „plan Ahtisaariego”, który de facto zarekomendował niepodległość Kosowa, został odrzucony przez Serbię i popierającą ją Rosję. Ostatnią dyplomatyczną deską ratunku miały być negocjacje tzw. „troiki” – przedstawicieli Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych i Rosji – z władzami w Belgradzie i Prisztinie, które zakończą się 10 grudnia. Przez wielu analityków dzień ten uważany jest za niemal pewną datę ogłoszenia przez Kosowo niepodległości. Czy rzeczywiście nie ma już odwrotu od niepodległości Kosowa?

ADAM BALCER: Minister spraw zagranicznych Francji Bernard Kouchner szanse na kompromisowe rozwiązanie kwestii Kosowa określił na ok. 10 procent.  Moim zdaniem Kouchner jest dużym optymistą. Dziesiąty grudnia to tylko data końca negocjacji. Przedstawiciele „troiki” muszą przygotować raport, muszą go przedstawić sekretarzowi generalnemu ONZ, następnie będzie on przedmiotem debaty między Unią Europejską, Stanami Zjednoczonymi i Rosją.  Potem  „troika” musi się spotkać i podjąć decyzję co do przyszłości. Napisanie wspólnego raportu – szczególnie części dotyczącej rekomendacji, tego co robić dalej – nie będzie sprawą łatwą. Możliwy jest następujący scenariusz: w styczniu dojdzie do omówienia raportu negocjatorów, nie można też wykluczyć kolejnej rundy negocjacji. Bardzo dużo w tym względzie zależy od Unii Europejskiej.

Stanowiska są następujące: kosowscy Albańczycy uważają, że Kosowo powinno być niepodległe – ten pogląd popierają Stany Zjednoczone. Belgrad opowiada się za reintegracją Kosowa z Serbią i przyznaniem mu bardzo szerokiej autonomii. Wśród członków Unii Europejskiej istnieją pewne różnice. Grecja, Cypr, Słowacja, Rumunia i Hiszpania są sceptycznie nastawione wobec niepodległości Kosowa. Wielka Brytania, Niemcy, Włochy, Francja i Polska uważają, że „mniejszym złem” jest niepodległość Kosowa, natomiast, w odróżnieniu od Amerykanów, są nieco bardziej koncyliacyjnie nastawieni do stanowiska Rosji. Stanowisko Rosji, można określić (parafrazując Jurka Owsiaka)  słowami: „negocjacje powinny trwać do końca świata i jeden dzień dłużej” – do momentu, w którym zostanie osiągnięty jakiś kompromis. Zdaniem Moskwy tylko takie rozwiązanie, które będzie mogło uzyskać akceptację obydwu stron, powinno zyskać poparcie Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Uważam, że jest to założenie nierealne. Zachód słusznie uznał, że najmniejszym złem, a zarazem najbardziej realnym rozwiązaniem – choć nie idealnym – jest nadzorowana międzynarodowo niepodległość Kosowa. Byłaby to też najmniejsza zmiana status quo w porównaniu z obecną sytuacją. Od roku 1999 minęło już ponad osiem lat. Przez ten czas Zachód nie podjął żadnych działań na rzecz reintegracji Kosowa z Serbią. Kosowo stało się de facto państwem. Kiedy rozmawia się z serbskimi intelektualistami, wielu z nich przyznaje – off the record, rzecz jasna – że Kosowo jest poza kontrolą Serbii. W Serbii dominuje przekonanie, że optymalnym wobec tego rozwiązaniem byłby podział Kosowa.

Moim zdaniem niepodległość Kosowa jest najmniejszym złem z tego powodu, że ewentualna reintegracja Kosowa z Serbią mogłaby być przeprowadzona wyłącznie w jeden sposób: zbrojnie. Zrobiłyby to siły serbskie albo NATO. Po czystkach etnicznych w 1999 roku Albańczycy nigdy nie zaakceptują powrotu pod kontrolę Belgradu. Taka reintegracja, patrząc pod kątem bezpieczeństwa regionu, byłaby bardzo niebezpieczną operacją, dużo bardziej niebezpieczną niż skutki niepodległości Kosowa.

MŻ: A jak to wygląda z punktu widzenia Belgradu?

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Zgadzam się z Adamem Balcerem co do tego, że faktyczna suwerenność Kosowa od Belgradu jest czymś, co „staje się” na naszych oczach. Zagrożenie zbrojną interwencją serbską ma charakter wyłącznie „medialny”. Tego ryzyka nie ma.

Adam odwołał się do przeszłości, do tego jak powstawały mity. Ja odwołałbym się do przyszłości, do tego czego rzeczywiście możemy się obawiać. Psychologia społeczna zna wielu przypadków, kiedy to, co „subiektywne”, pod wpływem odpowiednio wytrwałej perswazji staje się „obiektywnym”. Niezależnie od tego jak fikcyjne byłyby mity Dardanii czy kosowskiej ofiary księcia Lazara, kiedy już staną się elementem świadomości – zaczynają istnieć i działać.

Jak utrata Kosowa wygląda z perspektywy Belgradu? Zacząłbym o kwestii czysto politycznych. Za kilka tygodni również w Serbii odbędą się wybory prezydenckie. Partia nacjonalistyczna jest w pojedynkę za słaba, żeby osiągnąć przewagę, ale wciąż jeszcze niepokojąco silna, o wiele silniejsza niż innych krajach regionu – w znacznej mierze za sprawą siły mitu Kosowa i bardzo subiektywnego, serbskiego poczucia straty, które dotyczy również takich regionów jak Czarnogóra czy serbska część Bośni. Czy oderwanie się Kosowa – kolejna „prestiżowa” utrata terytorium – nie przechyli szali na stronę sił, które określa się dziennikarskim mianem „nacjonalistów”? To określenie nie zawsze jest właściwe. Z jednej strony mamy bowiem w Serbii rzeczywiście żywioły zwierzęco nacjonalistyczne: ich przedstawiciel, Vojislav Sešelj, jest od kilku dni sądzony w Hadze. Z drugiej strony mamy tam ludzi, których należałoby raczej określać mianem „tradycjonalistów” – tradycyjnych patriotów, którzy w tej chwili czują się trochę przyparci do muru i reagują alergicznie na to, co postrzegają jako ich wydziedziczanie.

Druga perspektywa ma charakter regionalny. Do kategorii medialnych „straszaków” zaliczyłbym bałkańską „teorię domina”. Kolejnych secesji raczej nie będzie. Ani w przypadku Wojwodiny, ani nawet Sandżaku, regionu o skomplikowanej tożsamości, niczego takiego nie musimy się obawiać. Natomiast problemy z serbską mniejszością w Czarnogórze oraz Bośni, która, w obawie przed marginalizacją, jest na najlepszej drodze do rozpoczęcia paraliżu skomplikowanych instytucji parlamentarnych tego kraju pokazują, że precedens kosowski może mieć swoje echa.

O zmianie w świadomości samych Serbów świadczy też decyzja współrządzącej teraz w Serbii partii DSS premiera Koštunicy o opowiedzeniu się za neutralnością kraju i serbskim désintéressement w sprawie członkostwa w NATO. Fala pronatowskiego entuzjazmu, która była obecna na Bałkanach jeszcze trzy-cztery lata temu, powoli opada. To jest też pytanie o dwojaką perspektywę integracji. Po pierwsze, czy te państwa „nadają się” do Unii, po drugie – w jakim stopniu będą tym w ogóle zainteresowane? Padło już kilkakrotnie w tym serbskim fechtunku retorycznym słowo „szantaż”: Unia bez Kosowa nie ma dla nas znaczenia – mówią Serbowie. – Jeśli nagrodą za utratę Kosowa miałoby być zaproszenie do Unii, to my dziękujemy. Oczywiście, to są pewne emocje, pewna retoryka polityczna; prawdopodobnie, gdyby zadać to samo pytanie młodym Serbom, którzy stoją w kolejkach do zachodnich konsulatów czekając na wizę, odpowiedź byłaby inna. Ale jest to perspektywa, której nie można lekceważyć.

Dziennikarze używają czasem terminu „Serbia weimarska”. Serbia nie będzie oczywiście Niemcami weimarskimi, natomiast pojawia się pytanie – nawet biorąc pod uwagę, że sama kwestia tożsamości Kosowa jest zmitologizowana, że Kosowo jest taką „kraina lat dziecinnych” – jakie miejsce to nieobecne Kosowo zajmie w serbskiej świadomości. Jak być Serbem bez Kosowa? Z drugiej strony, jakie my mamy prawo do tego, żeby „urządzać” innym tożsamość zbiorową mówiąc: teraz musicie się jakoś przyzwyczaić do funkcjonowania bez Kosowa. To nie jest łatwa propozycja i nie chciałbym być tym, który taką propozycję wysuwa.

W trochę dialektycznym lęku przed tym, żeby nie być „z nikąd”, ludzie bardzo chcą być „skądś”. Na zachodnich Bałkanach przybiera to czasem groteskowe formy: na przykład w Bośni od półtora roku praktycznie nie funkcjonują godła dwóch składowych części kraju – Republiki Serbskiej w Bośni i Federacji Bośni i Hercegowiny – ponieważ okazało się, że w niewystarczającym stopniu oddają one prawa i tradycje wszystkich trzech bośniackich narodów konstytucyjnych. Od półtora roku odbywają się ćwiczenia z czegoś, co nazwałbym patchworkiem heraldycznym. Proponuje się kolejne godła i eksperci uznają znowu: nie, to jeszcze w wystarczającym stopniu nie reprezentuje wszystkich. Jeśli takie kłopoty są w Bośni, to co z pytaniem o godło przyszłego Kosowa?

Na koniec podzielę się uwagami o nowej formule ładu międzynarodowego. Co bowiem tłumaczy szlachetne skądinąd zainteresowanie, które problemowi Kosowa poświęcają Chiny, Pakistan i wszystkie stare i nowe potęgi świata? Było tak, od 1648 roku, że kośćcem ładu międzynarodowego była suwerenność państw. Naruszano ją w bardzo nielicznych przypadkach. Kosowo było miejscem, gdzie oczywiście doszło do dramatycznych naruszeń praw człowieka – nie kwestionuję zasadności interwencji międzynarodowej w 1999 roku. Byłem tam parę miesięcy potem i widziałem blizny po serbskich czasach. Warto sobie natomiast zdawać sprawę, że decydując się na powiedzenie: „było w Kosowie źle, a 90 procent mieszkańców to Albańczycy, w związku z tym dajmy im szansę niepodległości”, zaczynamy zupełnie nowy rozdział, którego może się obawiać wielu mężów stanu. I nie jestem pewny czy wypływa to tylko z wrażliwości na prawa człowieka i na prawo do afirmacji swojej tożsamości, czy nie wynika to także z pewnego znieczulenia, czy utraty wrażliwości na taką kategorię jak suwerenność. Części polityków Unii Europejskiej może to przychodzić łatwo – ja tej łatwości bym się obawiał. 

MICHAŁ BARDEL: Ogłoszenie niepodległości Kosowa, jakąkolwiek formę by przybrało, dokonać się musi wbrew stanowisku Belgradu, wbrew stanowisku Moskwy i – powiedzmy to jasno – z pogwałceniem prawa międzynarodowego. I to wszystko za jawnym przyzwoleniem niemal całego zachodniego świata. Być może Serbia rzeczywiście nie jest dziś, po latach wojen, gotowa do otwartej konfrontacji militarnej, ale czy rzeczywiście perspektywa kolejnej wojny w tym regionie jest całkiem wykluczona? 

JAN PIEKŁO: Spędziłem parę lat relacjonując konflikt na Bałkanach – od wybuchu wojny aż do momentu, kiedy powstała administracja oenzetowska w Kosowie. Potem również odwiedzałem regularnie Bałkany. Spędziłem tam także ostatnie wakacje i muszę powiedzieć, że jestem nieco przerażony tym, co widziałem w Bośni. Nie jestem politykiem, strategiem ani dyplomatą – byłem wyłącznie dziennikarzem, a teraz jestem szefem organizacji, która się zajmuje przede wszystkim Ukrainą. Parę dni temu wróciłem z Południowej Osetii, gdzie widziałem tlący się konflikt do złudzenia przypominający, to co znam z Kosowa i Bośni.

Otóż nie obawiałbym się reakcji Serbii, ponieważ Serbia ma rzeczywiście bardzo ograniczone możliwości. Może się po prostu nie zgadzać i protestować, nie jest natomiast w stanie w tej chwili zareagować i doprowadzić do próby zbrojnego podboju Kosowa. Była tutaj mowa o etosie, tożsamości i o legendzie bitwy na Kosowym Polu. Zwróćmy uwagę na to, że jest to etos przegranych. W Polsce mamy etos bitwy pod Wiedniem, która zakończyła się zwycięstwem polskiego oręża –  tam etosem narodowym jest etos klęski. I praktycznie jest to etos samospełniający się: Slobodan Milošević i nacjonalistyczni przywódcy serbscy obiecywali „Wielką Serbię”. Zamiast niej, mamy Serbię coraz mniejszą, coraz bardziej okrajaną… Moje obawy są następujące: ten precedens, który właściwie podważa istniejące prawa międzynarodowe, jest jednak w stanie wywołać wspomniany tu efekt domina. Dzisiaj przeczytałem w „Financial Times” informację, że w Abchazji i Południowej Osetii następuje, zdaniem władz gruzińskich, jakieś dziwne przegrupowanie wojsk, odbywa się tam wzmacnianie kontyngentu rosyjskiego. Rosjanie to dementują. Ale czy przypadkiem nie będziemy tam mieli do czynienia z pewnym faktem dokonanym, który znamy z niedawnej historii Bałkanów? Przypomnijmy sobie bombardowanie Jugosławii przez NATO. Sojusz jest już o krok od wprowadzenia swoich wojska, ale oto lotnisko w Prisztinie zdobywają… rosyjscy komandosi. Świat praktycznie przez moment stanął na skraju nowego konfliktu mocarstw, ponieważ generał Wesley Clark wydał podlegającym mu żołnierzom rozkaz doprowadzenia do militarnej konfrontacji z Rosjanami. Generała błyskawicznie odsunięto, rozkaz anulowano, choć do tej pory nie wiadomo do końca, jak to się stało. Zarazem jednak okazało się, jak bardzo Rosjanie są zainteresowani – nie tyle Kosowem czy Bałkanami – ile swoją sferą wpływów i zaniepokojeni tym, że NATO dokonało po raz pierwszy czegoś, czego Rosjanie nawet się nie spodziewali: NATO interweniowało zbrojnie. To wzbudziło przerażenie i próbę odzyskania swojego statusu, co obserwujemy przez cały czas trwania putinowskiej Rosji.

Spójrzmy, jak wygląda świat w tej chwili. Tureckie samoloty bombardują Kurdystan – Kurdowie również chcieliby być niepodległym państwem. W Mołdawii goreje konflikt w Naddniestrzu. Wreszcie Krym, gdzie pojawiają się dążenia, by odłączyć go od Ukrainy i przyłączyć do Rosji. Mamy Abchazję, Południową Osetię, ostatnie wydarzenia w Gruzji pokazały że pozycja prezydenta Saakaszwilego jest co najmniej „nadwerężona”. Dzieją się takie rzeczy, które mogłyby być bardzo wygodne dla Rosji, mogłyby jej pomóc w obniżaniu wpływu Zachodu na to, co się dzieje w tej części świata. Istnieje uzasadniona obawa, że precedens z przyznaniem Kosowarom niepodległości, może zaowocować tym, że na przykład Rosjanie będą chcieli uznać niepodległość Południowej Osetii i Abchazji. To samo może się stać w przypadku Naddniestrza. Mamy też stan wyjątkowy w Pakistanie, który powoduje, że Amerykanie są teraz bardziej zainteresowani rozwiązaniem tego konfliktu niż udziałem w rozwiązywaniu innych problemów na świecie. Mamy sytuację, w której przyznanie niepodległości Kosowu może wywołać efekt dość niebezpieczny dla porządku świata, postawić świat na krawędzi konfliktu zbrojnego o nieobliczalnych konsekwencjach. Nie chce być czarnowidzem czy złym prorokiem. Zgadzam się z tym, co powiedział Adam Balcer, że w tej sytuacji niepodległość Kosowa nie jest może najlepszym, ale jedynym wyjściem. Jeżeli Kosowarzy nie uzyskają tej niepodległości, będziemy  prawdopodobnie świadkami rewolty Albańczyków z udziałem samej Albanii. W konflikt zaangażują się wówczas fundamentalni islamiści w imię zwycięstwa nad niewiernymi. Myślę, że to nie są perspektywy, które by nas specjalnie cieszyły. Świat powinien się dobrze zastanowić nad tym, jak zareagować na to, co może się wydarzyć w wyniku uznania niepodległości Kosowa. Mam niestety wrażenie, że zarówno politycy Unii Europejskiej, jak i kończący powoli swoją kadencję prezydent Bush nie bardzo wiedzą, co z tym fantem zrobić. Większe wyobrażenie na temat – w wymiarze taktycznym, nie strategicznym – mają w tej chwili Rosjanie.

MB: Niestety historia pokazuje, że tego typu konflikty udaje się uspokoić – przynajmniej na pewien czas — dopiero za sprawą wojny. Bałkany pokazują, że dopiero otwarty konflikt zbrojny lub interwencja z zewnątrz pozwala na mniej lub bardziej ostateczne ustalenia. Natomiast znaleźć kompromis bez tego konfliktu jest szalenie trudno – przykładem niech będzie spór Zachodu z Rosją w sprawie Kosowa… 

ADAM BALCER: Zachód zaproponował Rosji przygotowanie wspólnej rezolucji, w której będzie zawarte stwierdzenie, że Kosowo jest przypadkiem wyjątkowym, że nie może stanowić precedensu. Moskwa odrzuciła ten pomysł.

Wyobraźmy sobie, że Rosja zaczyna uznawać terytoria, które ogłosiły już niepodległość, jednak nie zyskały międzynarodowego uznania, jak Południowa Osetia czy Abchazja. Jeśli Rosja zdecydowałaby się na coś takiego, to po pierwsze, izolowałaby się od wielu państw, na przykład od Chin, dla których integralność ma olbrzymie znaczenie. W sporze o Kosowo Chińczycy są dość zdystansowani. To Rosja przyjmuje na siebie konfrontację z Zachodem. Gdyby Rosja w Radzie Bezpieczeństwa wstrzymała się od głosu, Chiny zapewne postąpią tak samo. To Rosja cały czas jest protektorem Serbii, to ona zabiera najczęściej głos w tej sprawie. Grając tą kartą, Rosja konfrontuje się z groźbą secesji – to jest jak broń atomowa, której można użyć tylko raz. Słyszałem głosy Gruzinów, że jeśli Rosja uzna Abchazję i Południową Osetię, to Gruzja uzna Czeczenię jako niepodległe państwo. Oczywiście, trzeba postawić pytanie, kto pójdzie za Rosją? Kto uzna Południową Osetię? Natomiast w przypadku Kosowa, błogosławieństwo Amerykanów wywoła efekt domina – kolejne kraje uznają jego niepodległość. Jak zachowa się Rosja? Nie wiem.

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Zgoda. Z punktu widzenia strategicznego Rosji to się po prostu nie opłaca. Jednak dynamika zaangażowania politycznego w wielu górzystych krajach świata bardziej przypomina dynamikę kibiców piłkarskich niż dyplomatów… Hasło „Kosowo dostało niepodległość” jest czymś, co znacznie bardziej przemówi do „afgańskich górali” i wielu innych górali z mniej szczęśliwych krajów świata niż zastrzeżenia, że jest to sytuacja wyjątkowa ze względu na szczególny status okręgu autonomicznego Kosowo w Jugosławii Tity. To hasło może zacząć wędrować po świecie…

ADAM BALCER: Poza tym każdy ruch separatystyczny musi sobie zdawać sprawę, że wywołując konflikt, może powtórzyć sukces Kosowa tylko pod warunkiem uzyskania wsparcia potężnego protektora, takiego jak Stany Zjednocznone czy Rosja.

Proszę sobie wyobrazić, że nie ma problemu Kosowa – czy to by zlikwidowało ruchy separatystyczne na świecie? Przecież od wieków w wyniku wojen wewnętrznych toczących się w poszczególnych państwach i odłączania się poszczególnych ich części, dokonują się zmiany granic. Zdaję sobie sprawę z możliwych negatywnych konsekwencji, ale uważam, że ta kwestia w przypadku Kosowa jest wyolbrzymiona, zmitologizowana.

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Tu się różnimy. Myślę, że od Tygrysów tamilskich po Erytrejczyków wszyscy powiedzą: „O, im się udało! Teraz czas na nas!”.

JAN PIEKŁO: Ja również nie rozumiem dlaczego dla Kurdów, Osetyjczyków, czy Abchazów akurat Kosowo miałoby być przypadkiem, który ma się nie powtórzyć? Kosowo może uruchomić efekt domina, nad którym świat nie będzie w stanie zapanować – ponieważ to jest złamanie, obejście prawa międzynarodowego. Jest to coś, co otwiera drogę do mnożących się konfliktów, które są w stanie podważyć istniejący porządek świata i rolę – i tak osłabionej – ONZ.

Wracając do sprawy Rosji i jej przewidywalności: nie wiem, czy jej politykę można określić mianem racjonalnej, czy jest to raczej coś, co wykracza poza myślenie w tych kategoriach. Rosja do prowadzenia swojej polityki zagranicznej używa kilku rodzajów broni. Między innymi steruje i w odpowiedniej dla siebie chwili uruchamia tzw. frozen conflicts, czyli „zamrożone konflikty”. Tak się dzieje w tej chwili w Południowej Osetii i Abchazji. Inna broń to szantaż energetyczny, który Moskwa stosuje wyjątkowo skutecznie – oraz praktyka kupowania przez koncerny związane ze służbami specjalnymi firm o znaczeniu strategicznym w Europie. Wyraźnie chodzi o zrównoważenie wpływów Stanów Zjednoczonych i NATO. Jest to niebezpieczny proces. Uznanie  niepodległości Kosowa może go pokierować w bardzo niebezpiecznym kierunku.

ADAM BALCER: Rosja stała się bardzo asertywna. Ale czy jeśli Zachód będzie bardziej koncyliacyjny, wpływie to na stanowisko Rosji? Mam wrażenie, że wywoła raczej efekt odwrotny. Wtedy to my będziemy mieć problem z Albańczykami. Sukces Rosji w sprawie Kosowa jeszcze bardziej wzmocni tam tendencje neoimperialne.

Zgadzam się, że mamy do czynienia z naruszeniem prawa międzynarodowego. Jak jednak pogodzić prawo do samostanowienia – które w pewnych sytuacjach jest legalne, bo to, co Serbia zrobiła w Kosowie w latach 1998-99 daje podstawę Albańczykom do skorzystania z tego prawa – z prawem do integralności terytorialnej? To nie jest tak, że „obchodzimy” prawo międzynarodowe bez żadnych podstaw…

MŻ: Pomiędzy pełną niepodległością a pełnoprawnym powrotem Kosowa do Serbii mamy jeszcze kilka innych możliwości – wśród nich coraz głośniej mówi się ostatnio o możliwym podziale Kosowa… 

WOJCIECH STANISŁAWSKI: W takim przypadku mielibyśmy kolejny raz do czynienia z pewnym typem dwuwładzy. Na Bałkanach w ciągu ostatnich lat kilka razy zdarzyło się tak, że dwie strony jakiegoś sporu sprzecznie interpretowały ten sam przepis – i wszystko jakoś działało, przynajmniej do pewnego momentu. Przykładem jest Bośnia, w której przez jedenaście lat odmiennie interpretowano postanowienia pokoju z Dayton. Kiedy bośniaccy Muzułmanie i Serbowie mówili, że chcą Bośni „z Dayton” – myśleli o czymś zupełnie innym! Teraz jest niebezpieczny moment, kiedy te dwie interpretacje mogą się tam ze sobą zderzyć.

W północnym Kosowie, które stanowi ok. 2/5 terytorium całej prowincji, mamy de facto do czynienia dwuwładzą i milczącą zgodą Prisztiny na utrzymywanie finansowanych przez Belgrad serbskich szkół i jednostek administracji lokalnej. Jeżeli Albańczykom zależy na uniknięciu konfrontacji to w ich własnym interesie jest zaproponowanie Serbom autonomii w północnym Kosowie i zgoda na obecność Belgradu na poziomie socjalno-administracyjnym. Gdyby jednak Serbia wprowadziła tam z powrotem swoje jednostki policji, byłby to doskonały pretekst do rozpoczęcia konfliktu.

JAN PIEKŁO: Mówię to z głębokim smutkiem, ale utraciłem wiarę, prawdopodobnie bezpowrotnie, w wieloetniczne Kosowo. W enklawie Lipjan widziałem niedawno serbskie dzieci jadące autobusem do szkoły przez albańską część miasta. Na chodnikach przy trasie przejazdu stały małe dzieci albańskie i wykonywały gesty rozpoznawalne na całym świecie jako podrzynanie gardła. Serbskie dzieci pokazywały z autobusu dokładnie to samo. Tak wygląda w tej chwili wieloetniczne Kosowo. Niestety taka sama sytuacja jest w Bośni – wieloetniczna Bośnia, może poza fragmentami Sarajewa, nie istnieje. Musimy się z tym liczyć.

Nie jest wykluczone, że „najmniejszym złem” jest w tej sytuacji próba podziału wzdłuż granic etnicznych, czyli oddanie Serbii terenów na północ od rzeki Ibar. Jest to rozwiązanie straszne, niedobre, bardzo będę nad nim bolał – ale chyba nie ma innego wyjścia.

MŻ: Taka sytuacja oznaczałaby też ostateczny podział serbsko-albańskiej Mitrovicy…

ADAM BALCER: W północnych dzielnicach Mitrovicy są jeszcze małe skupiska Albańczyków, miejsca, z których ich nie wypędzono. W południowych nie ma już ani jednego Serba. Kiedy Kosowo ogłosi niepodległość, będzie to najbardziej niebezpieczne miejsce. Jeśli Serbowie z północnej Mitrovicy zaczną wypędzać Albańczyków z ich małych enklaw, prawie pewny jest albański odwet wobec serbskich enklaw w całym Kosowie – i zamieszki podobne do tych w 2004 roku. Serbowie z północnego Kosowa i Belgrad muszą sobie zdawać sprawę z tego, że zakładnikami tej sytuacji – oraz stroną, która może wtedy najbardziej ucierpieć – są ich rodacy żyjący w enklawach po stronie albańskiej.

Koštunica krytykował Miloševicia za to, że traktował instrumentalnie zwykłych Serbów, że byli dla niego „mięsem armatnim” – jest więc szansa na to, że zastanowi się nad konsekwencjami ewentualnej prowokacji.

Kosowscy Albańczycy byliby może nawet skłonni zaakceptować oficjalny podział prowincji, ale byłoby to dla nich trudne psychologicznie ze względu na to, że Mitrovica urosła do rangi najważniejszego symbolu ich nacjonalizmu. Z kolei Serbia nie zgodzi się na wymianę terytoriów: północne Kosowo w zamian za Preševo i Bujanovac, dwie gminy na południu Serbii – po pierwsze ze względu na strategiczną trasę komunikacyjną nad Morze Śródziemne, która tamtędy biegnie, po drugie dlatego, że zdaniem Belgradu powrót do Serbii północnego Kosowa powinien być rekompensatą za utratę reszty prowincji, a nie zwykłą wymianą terytoriów.

Za Albańczykami stoją Stany Zjednoczone, które uważają, że Kosowo w obecnych granicach jest rozwiązaniem optymalnym. W północnym Kosowie znajduje się baza KFOR „Nothing Hill”, w której w grudniu będą stacjonować Amerykanie – między innymi z tego powodu ani żadna interwencja zbrojna Serbii, ani przywracanie komisariatów policji nie wchodzą tam w grę.

 

Pytania z sali 

TOMASZ RYŚ: [dodać że jest żołnierzem i była namiejscu] Serbskie represje przeciwko Albańczykom w 1999 roku – bezpośredni powód interwencji NATO – były efektem wcześniejszych akcji prowadzonych przez Armię Wyzwolenia Kosowa (UÇK) przeciwko policji i władzom Serbii. Takie akcje, gdyby zdarzyły się w Kurdystanie, Południowej Osetii czy Kraju Basków nazwalibyśmy po prostu terrorystycznymi.

Obecne elity albańskie wywodzą się właśnie z UÇK. Ich celem jest „Wielka Albania”, a niepodległość Kosowa to pewien krok w kierunku jej stworzenia. Wspominano tu o walkach uzbrojonych grup albańskich w Macedonii, które miały miejsce kilka dni temu. Jest to działanie typowe: ilekroć kosowskim Albańczykom uda się cokolwiek osiągnąć, natychmiast zaczynają się ruchy separatystów albańskich w Macedonii, Bułgarii i Grecji. Czy społeczność międzynarodowa wie, jak zabezpieczyć się przed przyłączeniem niepodległego Kosowa do Albanii?

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Dyżurny kontrargument do opinii o UÇK, które rzeczywiście poczynało sobie bardzo brutalnie w drugiej połowie lat 90. jest taki, że była to obrona przed wcześniejszymi represjami milicji serbskiej z początku lat 80. Serbowie odpowiadają na to zwykle, że były to działania powodowane obroną przed zdominowaniem ich społeczności przez Albańczyków i tak koło się zamyka.

Z perspektywy belgradzkiej widać dość jasno, że istnieją politycy albańscy, którzy używają terminu „Wielka Albania” w swoich ulotkach lub, nazwijmy to, w marzeniach politycznych. Nie kwestionując istnienia takich zjawisk nie wydaje mi się, aby należały one do mainstreamu albańskiej polityki – zarówno w samej Albanii jak i na terytoriach poza nią, gdzie mieszkają Albańczycy.

ADAM BALCER: Według badań przeprowadzanych w Kosowie i Albanii, tylko kilka procent Albańczyków popiera „Wielką Albanię”. To jest pewne marzenie. Większość zdaje sobie sprawę, że taki projekt jest niemożliwy do zrealizowania bez poparcia Stanów Zjednoczonych. A te nie są zainteresowane „Wielką Albanią”.

TOMASZ RYŚ: Jan Piekło wspominał o dzieciach, które są wożone do szkoły pod eskortą. W południowej części Kosowa żaden Serb nie może opuścić swojej ulicy bez eskorty – nie może odwiedzić krewnych, pojechać na zakupy. W 2001 roku autobus wiozący Serbów pod eskortą został wysadzony w powietrze – zginęło kilkadziesiąt osób. Czy Zachód ma plan, jak pomóc Serbom na południu, na przykład w enklawie Štrpce?

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Sytuacja Serbów w enklawach w południowym Kosowie jest fatalna. Jednak autobusy nie wylatują w powietrze codziennie – nie jest to więc sytuacja permanentnego zagrożenia życia, ale głębokiego dyskomfortu i izolacji.

ADAM BALCER: Według międzynarodowych organizacji praw człowieka, które krytykowały UÇK za popełnianie zbrodni w okresie 1998-99, zdecydowana większość ofiar działań tej organizacji to policjanci i żołnierze serbscy. Oczywiście, dochodziło też do działań terrorystycznych, ale moim zdaniem nie można mówić o organizacji terrorystycznej – podobnie jak miałbym zastrzeżenia wobec takiego określenia względem na przykład Partii Pracujących Kurdystanu.

Od 1988 do 1998 roku w Kosowie funkcjonowało państwo policyjne. Tysiące Albańczyków było torturowanych, wyjechało za granicę, dziesiątki straciło życie na demonstracjach i na komisariatach. Tak wyglądała rzeczywistość Kosowa w latach 90. Jeszcze przed wybuchem walk w Kosowie w 1997 roku, kiedy przeprowadzano badania opinii publicznej, okazało się, że Albańczycy są bardziej skłonni do kompromisu niż strona serbska. Ponad połowa Albańczyków byłaby gotowa zaakceptować powrót do sytuacji sprzed roku 1989, czyli szeroką autonomię. Tak było wtedy – po wydarzeniach lat 1998-99 nie ma powrotu do przeszłości.

Od czerwca 2006 roku z ręki Albańczyka nie zginął w Kosowie żaden Serb. Liczba incydentów zmniejszyła się zdecydowanie dlatego, że po raz pierwszy dla Albańczyków poważną perspektywą stała się niepodległość – i to jest właśnie „bicz” na albański nacjonalizm. Po uzyskaniu niepodległości Kosowo będzie uzależnione od kredytów, od wsparcia międzynarodowego, będzie uzależnione od administracji międzynarodowej i pomocy USA. To wszystko spowoduje, ze Albańczycy będą musieli zachowywać się racjonalnie. Z drugiej strony, Serbowie będą musieli poważnie zadać sobie pytanie: „co dalej?”. Niechęć do integracji jest obustronna, występuje również u Serbów. Nienawiść po obu stronach jest nadal silna i musi minąć sporo czasu, aby osłabła.

PAWEŁ DĄBROWSKI: Nie powinniśmy chyba w tej dyskusji rozmawiać wyłącznie o politykach. Zastanawiam się na ile ich „walenie pięścią w stół” jest do zaakceptowania przez tysiące byłych Jugosłowian pracujących w różnych krajach Europy? Czy nie wydaje się im to anachroniczne? Wśród emigrantów w Australii, oprócz chorwackich i serbskich organizacji nacjonalistycznych, działa też organizacja „[Wojevodina? prosimy o podanie prawidłowej nazwy]”, która jednoczy tych wszystkich, którzy nie chcą być nacjonalistami, chcą być po prostu Słowianami; tych, którzy mają po drugiej stronie żony, mężów i przyjaciół… Na ile wizja jednoczącej się Europy działa na mieszkańców Bałkanów?

JAN PIEKŁO: Jestem wielkim fanem wizji zjednoczonej Europy i bardzo się cieszę, że Polska może być częścią Unii Europejskiej i być może będzie mogła w przyszłości uzyskać ze strony Brukseli jakieś ustępstwa na rzecz członkowstwa Ukrainy. Ale musimy sobie zdawać sprawę z tego, że postępująca integracja wywołuje również odwrotny efekt – umacnianie się ekstremizmu i nacjonalizmu, czego przykładem jest przecież sama Belgia.

Co do idei „Wielkiej Albanii” i „Wielkiej Serbii”…  Istnieją sfrustrowane narody, które mają kłopoty z własną historią, których gospodarka jest w fatalnym stanie – one przynajmniej chcą mieć marzenia. „Wielka Serbia” i „Wielka Albania” są właśnie takimi marzeniami. Mit „Wielkiej Albanii”, o którym mówi pan Ryś widziałbym bardziej w wymiarach mafijnych. Osiemdziesiąt procent przemytu heroiny, twardych narkotyków płynie właśnie przez Kosowo i Albanię. Marzenia o „Wielkiej Albanii”, jakkolwiek gorzko by to brzmiało, to po prostu marzenia o „Wielkiej Kasie”.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata