Fot. Władimir Putin jako rycerz Jedi na rosyjskim muralu. Fot. East News
Łukasz Najder maj 2022

Wojny w Ukrainie nie było

Po ataku Rosji nie obeszło się bez teorii spiskowych. Jedna była dość świeża, ekstremalna. W pierwszym tygodniu twierdzono mianowicie w różnych obszarach Twittera i Facebooka, że żadnej wojny najzwyczajniej w świecie nie ma. Po prostu.

Artykuł z numeru

Tu mówi Ukraina

„Rozmówca młodszego kapitana straży pożarnej należał do grupy badawczej Ministerstwa Propagandy Rzeszy, które poddawało analizie socjologicznej (»ludnościoznawczej«) następujący problem: Co dzieje się w głowach ludzi, kiedy zniszczone zostanie ich miasto? Ani ich to nie zniechęca, ani nie nastraja moralnie do zawarcia pokoju, ani też nie pobudza do rebelii przeciwko władzom zwierzchnim. Dochodzi jedynie do POMIESZANIA ZMYSŁÓW. Może się zdarzyć, że nie są pewni, czy to, co przeżywają, jest rzeczywistością czy snem”.

 

A. Kluge, Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945

(tłum. A. Żychliński)

 

Gdy oglądam dzisiaj relacje z  Ukrainy, zwłaszcza nagrania i zdjęcia z pola walki, przepełniają mnie różne emocje. Rozpoznaję w  sobie wtedy oczywiście złość, strach, oburzenie czy żal, ale za każdym razem, prędzej lub później, pojawia się coś jeszcze. Raptem odnoszę bowiem wrażenie, że już to wszystko kiedyś widziałem, a nawet i więcej – byłem tam, uczestniczyłem w tym. Zarazem jednak nie mam przecież jakiejkolwiek bitewnej przeszłości, więc nie może być tu mowy o traumatycznych retrospekcjach nawiedzających weterana. Nie chodzi też o megalomańskie wczuwanie się w położenie walczących żołnierzy, krótką, bezpieczną wizytę w cudzym piekle. Po prostu lata grania w Call of Duty: Modern Warfare spowodowały, iż dość łatwo ulegam iluzji, szczęśliwie przejściowej, w efekcie której na współczesną, zmediatyzowaną wojnę patrzę oczami gracza, kogoś zaskoczonego, że to, co brał za rozrywkę i graficzną fantazję, stało się ostatecznie rzeczywistością, pośród której przyszło mu żyć.

Każdy wielbiciel strzelanek i symulatorów z akcją osadzoną w militarno-geopolitycznych realiach przełomu XX i XXI w. najpewniej choć raz zaznał czegoś podobnego. To nie do uniknięcia po setkach natężonych godzin spędzonych w ciemnym pokoju sam na sam z celownikiem bądź wyświetlaczem HUD, trójwymiarowym terytorium wroga i licznymi celami, spośród których wiele ma kształt i głos człowieka. Perspektywa ta zostaje trwale odciśnięta w umyśle. Dlatego cyrkulujące w internecie wizualne świadectwa wojny między Rosją a Ukrainą – widok z kokpitu śmigłowca szturmowego Ka-52, który ostrzeliwuje pozycje ukraińskie pod Hostomelem, bitwa na ulicach Mariupola via ekran opancerzonego transportera BTR-4 czy gwałtowna wymiana ognia w sosnowych lasach koło Irpienia zarejestrowana kamerką na hełmie – sprawiają, że dłuższą chwilę zajmuje mi zrozumienie, iż to dzieje się naprawdę i jestem obserwatorem walki, destrukcji i śmierci, a nie zaliczania kolejnej misji. Oba te porządki bywają już prawie nie do odróżnienia. W obu doznaję niemal identycznych dźwięków i obrazów – trzask dramatycznych komunikatów radiowych, las, droga i pole lustrowane podczerwienią z wysokości kilometra, dymiące wraki, syk salwy pocisków niekierowanych, skowyt GRAD-a, odgłos niszczycielskiego działka Bucefała, który przypomina niewinny odgłos trzepania dywanu, hollywoodzkie eksplozje aż po niebo, wschodnioeuropejska zabudowa, ponure, zimne przedwiośnie antropocenu. Obsesyjne śledzenie katastroficznych newsów, doomscrolling, w ostatnich tygodniach zmieniło się w warscrolling, obsesyjne, niepohamowane przyjmowanie wieści z wojny i o wojnie aż po przesyt, niestrawność, halucynację.

Dość powiedzieć, że pewnej nocy dobrych kilkanaście sekund zajęło mi skonstatowanie, iż właśnie śledzę na YouTubie atak dronem Bayraktar na kolumnę pancerną w grze Arma 3, a nie atak dronem Bayraktar na rosyjską kolumnę pancerną w pobliżu Kijowa.

Zresztą cała ta wojna często wydaje się rodem z gier, technothrillerów Clancy’ego czy Bonda i seriali o rozbudowanych wątkach politycznych. Jakby spekulacje i najdziksze wymysły scenarzystów dogoniły rzeczywistość, stopiły się z nią, nią się nieodwracalnie stały. Dłużej nie muszą już więc oni konstruować karkołomnych fabuł o tym, że nieobliczalny, spuchnięty od botoksu przywódca Rosji wymachuje nuklearną maczugą, czeczeński watażka w dizajnerskich ciuszkach recytuje na TikTok-u infantylny wierszyk- -groźbę wymierzony w  Polskę, rakiety spadają u  granic NATO, wokół czarnobylskich sarkofagów toczą się ciężkie boje, płoną wielkie europejskie miasta, w  ruinach galerii handlowych ścierają się regularne armie, legiony międzynarodowe, najemnicy, a w ramach „denazyfikacji” kraju, na czele którego stoi prezydent z żydowskimi korzeniami, zbombardowano Babi Jar i zabito 96-letniego ocaleńca z obozów koncentracyjnych.

W postmodernistycznym bałaganie

Zasadniczo coś bardzo niepokojącego dzieje się z rzeczywistością – pojęcia takie jak „realność”, „prawda”, „fakt” są zajadle i systematycznie kwestionowane, podważa się naukę i media jako źródła wiarygodnej, sprawdzonej wiedzy, neguje rolę autorytetów, wagę archiwów, znaczenie dokumentów. W wywiadzie dla „Aspen Review” Peter Pomerantsev słusznie zauważał, że współczesność charakteryzuje „odchodzenie od oświeceniowego, opartego na dowodach rozumowania na rzecz myślenia mitologicznego i teorii spiskowych” (tłum. T. Stawiszyński). Nieufność stała się naszą postawą domyślną. Półprawdy, ćwierćprawdy i  pełnowymiarowe kłamstwa nie są już dłużej specjalnością wyłącznie trolli, manipulantów i anonimowych użytkowników sekcji komentatorskich, ale na dobre zagościły w polityczno-medialnym mainstreamie.

Teorie spiskowe to dzisiaj składowa opowieści o świecie, a nie zabawne kuriozum i rojenia sensatów. Posługują się nimi – co może również oznaczać, że w nie wierzą – politycy, influencerzy, profesorowie, dziennikarze i autorzy najrozmaitszych książek.

Ci wszyscy maniacy długopisu, którzy niegdyś obklejali przystanki autobusowe ręcznie spisanymi, strzelistymi proroctwami zapowiadającymi kres, ogień i wieczną karę, na tle zawodowych handlarzy nienawiścią i bzdurą jawią się jako pocieszne, niegroźne postacie.

Postmodernizm ze swoja negacją Wielkich Narracji, względnością i płynnością wszystkiego, prymatem wątpliwości, prawem do własnej interpretacji, ironią, relatywizmem i ciągłą grą opuścił mury akademii i stronice gargantuicznych powieści encyklopedycznych i wypełnił naszą codzienność, przestał być teorią i zjawiskiem estetycznym, a wszedł w fazę praktyczną. Taki bohater-trickster, znany choćby z twórczości Thomasa Pynchona, ze swoimi tyradami godzącymi w spisek, kontrolę i rząd brzmi dzisiaj niczym typowy prawicowy „antysystemowiec” czy „foliarz”:

„– Bądź ostrożny, Zoyd. Bo wkrótce zaczną się czepiać wszystkiego, nie tylko narkotyków, ale i papierosów, cukru, soli i tłuszczu, czego tylko chcesz, wszystkiego, co choćby przelotnie cieszy zmysły. Muszą to kontrolować. I będą.

– Policja od sadła?

– Policja od perfum. Od pudła, od muzyki. Policja od zdrowego srania. Najlepiej wszystkiego się wyrzec, zanim będzie za późno” (T. Pynchon, Vineland, tłum. J. Polak).

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer