fot. Gutek Film
Łukasz Najder wrzesień 2020

Państwo podziemne

Nasze przeświadczenie, że w dobie COVID-19 „wszyscy” odizolowali się od wszystkich w swoich przestronnych, zaikeowanych mieszkankach – i że „każdy” oddaje się w nich kulinarno-czytelniczej pasji – było w znacznej mierze iluzją wynikającą z braku zainteresowania tym, co poza nami, a nie oglądem rzeczywistości.

Artykuł z numeru

Gdy choruje nasza psychika

Gdy choruje nasza psychika

Czytaj także

Łukasz Najder

Krótka historia Polsk i Polaków

Z kuchni, nim udałem się do pokoju, w którym pracuję zdalnie jako redaktor, obserwowałem rytuały tej dziwnej wiosny. Już po ósmej rano wtaczały się tu dostawczaki Tesco i jasne, wysokie fury kurierów. Sunęły ostrożnie, jakby wiozły niewybuch albo papieża, bo uliczki osiedlowe są wąskie i zastawione naszymi rodzinnymi kiami, tanimi suvami, peugeotami i renaultami drugiej młodości. Przy szkole na Boya trwała budowa – dzięki prześwitowi między blokiem 83 a 84 widziałem poruszający się żuraw. Na tyłach fryzjera i ODIDO powstawał kolejny nowy parking z wszelkimi tego procesu konsekwencjami, a więc przeszywającym dźwiękiem szlifierek, krzątaniną mikrokoparek i spychów, basem ubijarki, nagłymi gejzerami pyłu. Dozorczyni krążyła od klatki do klatki z pękiem worków foliowych pod pachą i miotłą w garści, przemykał listonosz, straż miejska patrolowała okolicę. Nieliczni sąsiedzi wybierali się na roztropne zakupy – do Żabki, apteki, piekarenki, warzywniaka.

To wszystko było pozorem normalności. Albo inaczej – normalnością, w której nie uczestniczyłem. Albo jeszcze inaczej – jedną z dwóch normalności. Bo odkąd uderzyła pandemia, my funkcjonowaliśmy w swojej normalności, a oni, tamci, wy – w swojej.

Co w grudniu było jedynie newsem z odległych Chin, serią kadrów rodem z Contagion i memem o nietoperzu, już w połowie marca okazało się również i naszą rzeczywistością. Zaskakującą, dziwną, brutalną. Ale – daliśmy radę! Dla zdrowia bliskich i populacji zostaliśmy w domach. W domach – myliśmy ręce z wprawą i zajadłością godną lady Makbet. Przeszliśmy w tryb home office, zrzuciliśmy bieg na slow life i oddaliśmy się binge-watchingowi. Między telekonferencjami w zoomie i Spiskiem przeciwko Ameryce piekliśmy chleb i demonstrowaliśmy na Instagramie, że upiekliśmy chleb. To idealny czas, by nadrobić zaległości w lekturach, zniwelować „stosiki wstydu”. Albo choć mocno tego zapragnąć. Maraton powtórkowy The Wire? Nauka esperanto? Kurs flamenco z instruktorem z Youtube’a? Wirtualne zwiedzanie 10 największych muzeów świata? Przegląd szaf i priorytetów? Bardzo proszę. Kiedy na Facebooku czy twitterku pisaliśmy o tej zupełnie nowej sytuacji, pisaliśmy „cała Polska”, „każdy”, „wszyscy”, „my” – „my” jak w „siedzimy” bądź „nie wychodzimy”. Nasze pandemiczne życie miało być czymś w rodzaju rezydencji artystycznej we własnym mieszkaniu.

Oczywiście się nie udało, bo jesteśmy głęboko uzależnieni od nagłówków, Kaczyńskiego, tokowania na swój temat. Dzień zmieniony w jeden wielki seans mindfulness bądź wieczory oddane Proustowi to złuda, Liga Mistrzów samooszukiwania. Przebodźcowane mózgi nie znają – i nie zaznają – spokoju. Warowaliśmy przed ekranami, wariowaliśmy przez domagające się uwagi i cukru dzieci. Na tym mijała nam izolacja.

Zaczęliśmy więc łaknąć czegoś szlachetniejszego i ważnego. Wielu z nas zostało strażnikami antypandemicznych rygorów, tworzyliśmy surową instancję, która rozliczała innych z dochowywania obostrzeń. Odwołujące się do rozsądku i wspólnego dobra #zostańwdomu podmieniliśmy na rozkaz-przyganę #zostańkurwawdomu. Bo z naszej perspektywy ci, którzy wciąż kręcili się po ulicach, byli nieodpowiedzialnymi idiotami i wrogami – agentami koronawirusa.

Tymczasem według raportu GUS „na koniec marca 2020 r. pracą zdalną objętych zostało 11% pracujących”, co więcej – „w stopniu znacząco wyższym niż średnio w Polsce przejście na pracę zdalną w obliczu nowej sytuacji związanej z rozprzestrzenianiem się COVID-19 miało miejsce w regionie warszawskim stołecznym”. Nasze przeświadczenie, że w dobie COVID-19 „wszyscy” odizolowali się od wszystkich w swoich przestronnych, zaikeowanych mieszkankach – i że „każdy” oddaje się w nich kulinarno-czytelniczej pasji – było w znacznej mierze złudzeniem uprzywilejowanych, iluzją wynikającą z braku zainteresowania tym, co poza nami, serią wzajemnych odbić, a nie oglądem rzeczywistości. Stąd potem zaskoczenie, że ci na zewnątrz wcale nie są – albo przynajmniej nie są w przygniatającej większości – krnąbrnymi głupcami i lekkoduchami niosącymi reszcie chorobę i śmierć, ale tworzą nieprzeliczony personel, który obsługuje naszą wygodną rzeczywistość. To dzienne i nocne zmiany w megafabryce późnego kapitalizmu, pracownicy służb i usług, obsługa dystrybutorów z przyjemnością, dzięki którym działa świat. No i oto byliśmy jak człowiek, który nagle dowiedział się, że prócz umysłu i wykarmionego tłuszczami i kremem mięciutkiego ciała ma także kości, flaki, mięśnie i krew.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Klasa domowa i klasa doomowa

Opublikowany na stronie „Krytyki Politycznej” znakomity esej Bartosza Migasa Narodziny klasy domowej to rzecz o nas – nasze świadectwo urodzenia, opis-prognoza.

„Oto bowiem za chwilę będziemy mieć klasę ludzi, którzy pracują w ogromnej mierze zdalnie (…). Ludzie z tej klasy nie muszą wychodzić, nie tracą więc czasu na dojazdy, zawsze są w stanie wstać na chwilę od komputera i zrobić coś w domu, mogą załatwiać sprawy urzędowe i zakupy przez internet, nie muszą wychodzić do sklepów i stać w kolejce do kas, tylko zaznaczają produkty w internetowych katalogach, a kurierzy dowożą im je pod drzwi. Praktycznie nie muszą chodzić po ulicach i mimochodem brać udziału w przypadkowych interakcjach z innymi – w szczególności z ludźmi z klas niższych. Ludzie ci mogą funkcjonować w niemal wszystkich aspektach życia, nie opuszczając swojej domowej, towarzyskiej i informacyjnej bańki”.

Ale rzeczona „klasa domowa” pomimo obfitości najróżniejszych wysokich kapitałów własnych nie jest i nie będzie samowystarczalną grupą społeczną. Ba – funkcjonuje tak naprawdę dzięki „klasie outdoorowej”, zewnętrznej, klasie „ukrytej” za umowami i zadaniami samorządów terytorialnych, apką, formularzem zamówienia, linkiem do promocji, esemesem z informacją, o której godzinie spodziewać się dostawy. To oni i one „zatrudnieni w usługach komunalnych, handlu, transporcie i produkcji” podtrzymają nasz dobrostan, uzupełnią lodówkę i biblioteczkę.

Obecna pandemia jest jednym z pierwszych testów kooperacji tych nowych dwóch klas. Testem odbywającym się w warunkach omal „bojowych”, zagrażających niekiedy zdrowiu, a nawet życiu. „Ktoś musi pozostać na zewnątrz, pomimo zapewnień, że »to bardzo niebezpieczne«, by ktoś inny mógł przeczekać apokalipsę bezpiecznie w domu” – jak zauważała na łamach „Nowego Obywatela” Magdalena Okraska.

Z kolei Ludwika Włodek w „Piśmie” tak opisywała sytuację pandemiczną we Francji: „Tak zwani rdzenni Francuzi zamknęli się w domach i zajęli pracą zdalną dla swoich redakcji i kancelarii. Na dwór wychodzą tylko pobiegać. Migranci z blokowisk na przedmieściach albo pracują jak przedtem, bo ich pracy nie da się wykonać zdalnie, albo właśnie wylądowali na bezrobociu, bo mieli zawody, które w czasach zamkniętych restauracji, kawiarni i większości sklepów po prostu stały się nieprzydatne. (…) Ci, którzy wciąż pracują, są często jedynymi żywicielami swoich rodzin. Nie mogą przestać przychodzić do pracy, nie mogą pozwolić sobie na luksus odosobnienia, na które tak narzeka zasobne mieszczaństwo z lepszych dzielnic”.

Presja, by zamożniejsza część społeczeństwa – co przekłada się również na postawę zamożniejszych państw Europy – mimo pandemii nie zmieniła swojego stylu życia i konsumpcyjno-estetycznych przyzwyczajeń, jest tak potężna, że specjalnie dla niej bywały poluzowywane rygory i obostrzenia. „Nawet po utracie pracy obywatele UE nie spieszą się do wykonywania nisko płatnych zawodów i pracy fizycznej, a uprawa, dostawa i sprzedaż żywności »białym panom« byłyby niemożliwe bez zagranicznej siły roboczej” – donosiła Olena Babakova, cytując w swoim tekście Epidemia pokazała, że europejskie gospodarki zależą od migrantów to, co Costi Rogozanu i Daniela Gabor napisali w „The Guardian”: „Ścinacze szparagów, zbieracze sałaty i opiekunowie medyczni wykonują dziś najbardziej wydajną formę pracy w Europie: tanią, wysoce produktywną i zazwyczaj na czarno – chociaż bywa to praca upokarzająca i stanowiąca zagrożenie dla zdrowia publicznego. Europejska ekonomia polityczna stworzyła uniwersalnego postkomunistycznego żołnierza, zdolnego do przekształcania się z robotnika rolnego w opiekuna, a z opiekuna w pracownika budowlanego wraz ze zmianą pór roku. Swoboda przemieszczania się przekształciła się w pęd za przetrwaniem, a nawet i ten przywilej został zarezerwowany dla osób sprawnych fizycznie”.

By nasycić apetyty i uniknąć „zmuszenia” własnych obywateli do wykonywania żmudnych, „wstydliwych” i niskopłatnych prac, Anglia, Niemcy i Austria utworzyły specjalne mosty powietrzne, którymi do nich transportowani byli pracownicy z Rumunii i Bułgarii. Zamknięcie granic i względy bezpieczeństwa okazują się fikcją – kwestią podrzędną wobec ekonomii.

Niezwykle bolesną lekcję koronawirusową odebrali zwłaszcza Amerykanie, u których pandemia nie dość, że zebrała największe żniwo – w połowie lipca było to ponad 130 tys. zmarłych i blisko 3,5 mln zakażonych – to przy okazji ukazała, jak silnie amerykańskie społeczeństwo naznaczone jest nierównościami.

Plaga ta zweryfikowała nie tylko przekonanie o potędze i sprawności logistycznej Stanów Zjednoczonych i kapitalizmu, ale i obnażyła skalę zależności – prawie nie do odróżnienia od „żerowania” – tych lepiej sytuowanych od tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na pozostanie w azylu, kiedy wokół szaleje wirus.

A nie mogą, bo nie posiadają oszczędności albo boją się, że ich miejsce pracy zajmie ktoś inny. George Packer w „The Atlantic” pisał wprost, że „paczka młodej rukoli zamówiona na AmazonFresh jest tania i przychodzi następnego dnia po części dlatego, że ludzie, którzy tę rukolę uprawiają, zbierają, pakują i dostarczają, pracują nawet, kiedy są chorzy. Dla wielu pracowników sektora usług zwolnienie chorobowe to nieosiągalny luksus. Warto się więc zastanowić, czy zgodzilibyśmy się na wyższą cenę i nieco dłuższy czas wysyłki, żeby mogli zostać w domu” (tłum. M. Budzińska).

W „The Baffler” z kolei Musa al-Gharbi bezlitośnie punktował hipokryzję i fałszywą solidarność lewicujących wrażliwców, zwłaszcza tych z Nowego Jorku. „Styl życia współczesnych miejskich elit opiera się w ogromnej mierze na istnieniu grupy bezbronnych, zdesperowanych ludzi, którzy wykonają wszelką potrzebną pracę, kiedy tylko się tego od nich zażąda i za jakąkolwiek cenę. Będą spełniać dowolne zachcianki klasy menadżerskiej, z uśmiechem znosić nieuprzejmość i pomiatanie i pojawią się w pracy bez względu na to, co dzieje się w ich życiu. (…) Bastion liberałów, oświeceni eksperci i profesjonaliści pewni siebie i swoich racji. Mówią i czują rzekomo wyłącznie »słuszne« rzeczy. Chwalą się »uczciwą« konsumpcją – wybierają produkty organiczne, bez GMO i powstałe z poszanowaniem zasad fair trade. A jednak ich styl życia zależy od armii słabo opłacanej służby, która ma się stawiać po naciśnięciu guzika 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu i którą można beztrosko odprawić – niech sobie radzi – gdy tylko przestaje być potrzebna” (tłum. M. Budzińska).

Cyberkapitalizm – kapitalizm smartfonów, social mediów i platform internetowych – poprzez to, że jest coraz bardziej stechnicyzowany i skomplikowany, a zarazem na pozór łatwy w obsłudze, dokonał swoistego umagicznienia rzeczywistości. Świat wydaje się wielkim składem z łakociami istniejącym w jednym właściwie celu: by zaspokajać nasze kaprysy, dzięki którym nabywamy symbole podtrzymujące status i samopoczucie.

W rezultacie jednak z pola widzenia i wrażliwości na ogół znikają ci, którzy zasuwają po drugiej stronie iPhone’a czy laptopa. Nie widzimy łańcuchów wyzysku, stresu i znoju, bo najbardziej interesuje nas nasza własna emocja w finale transakcji. Czy będziemy zadowoleni z tempa dostarczenia zamówionego produktu bądź usługi i jakości tychże? System ocen tylko czeka, byśmy mogli skarcić zbyt opieszałego kuriera, restaurację dostarczającą nie dość ciepłe jedzenie, sklep, który nie zadbał o perfekcyjne zabezpieczenie tabletu czy widelca do roweru. Osoby zapewniające nam dostawę dóbr i przyjemności są kimś na kształt życzliwych, małomównych elfów, które na chwilę wychynęły z kryjówki, żeby zarobić na swoje utrzymanie. Ilość codziennych interakcji, deficyt uwagi, brak czasu i natłok treści nie sprzyjają zapewne spokojnej refleksji nad tym, jakim kosztem to wszystko się odbywa – jak wygląda mapa naszych pragnień. I jak głębokie i rozległe jest to podziemie, w którym magazynierzy, kucharki, pracownicy centrów logistycznych, kierowcy czy pakowacze siedzą i czekają na nasz sygnał.

Odzyskiwanie głosu

Ostatnie lata to dobry czas dla opowieści o „ludziach z podziemia”. O tych, których nie było zazwyczaj widać w topowych mediach informacyjnych, mainstreamowych serialach, budujących, kolorowych klipach kampanii wyborczych – uśmiechnięta rodzinka z labradorem, pobudzony człowiek sukcesu, aktywni seniorzy – na okładkach tygodników opinii. Jakby dotychczasowy model narracji liberalnej okazał się ostatecznie nazbyt wąski i zakłamany, by sensownie wytłumaczyć wydarzenia i procesy w rodzaju triumfu PiS-u i Andrzeja Dudy, nieoczekiwanego zwycięstwa Donalda Trumpa, brexitu, hegemonii Viktora Orbána, powszechnego wzrostu postaw nacjonalistycznych i populistycznych, gigantycznych nierówności społecznych, zachwiania wiary w instytucje demokratyczne i samą demokrację.

Nie oznacza to oczywiście, że beletrystyka i literatura faktu nie podejmowały nigdy wcześniej tematu biedy, dyskryminacji, nieszczęścia czy wyzysku jednostek i grup społecznych. Książka Urszuli Glensk Historia słabych. Reportaż i życie w dwudziestoleciu (1918-1939) jest panoramą takich zejść do piekieł i podziemi – panoramą relacji reporterskich z przytułków dla bezdomnych, terenów powodziowych, kopalń, fabryk, rzeźni, mieszkań i dzielnic ubogich, ulic, na których zdesperowane kobiety oferują swoje ciało za pieniądze bądź jedzenie. Tym cenniejsza to rzecz, że w efektowny i dobitny sposób neguje sanacyjną belle époque, najbardziej chyba idealizowany okres w historii Polski – krainę efektownego dobrobytu, Luxtorpedy i rycerskich zasad.

W zupełnie innym miejscu i czasie – kilkadziesiąt lat później i kilkanaście tysięcy kilometrów dalej – Barbara Ehrenreich przez dwa lata pracowała jako kelnerka, sprzedawczyni w Walmarcie, sprzątaczka i opiekunka zniedołężniałych i chorych, by napisać Za grosze pracować i (nie) przeżyć, reportaż z gigantycznej, aczkolwiek na co dzień dla wielu niezauważalnej, strefy niskopłatnych prac. Podjęła się tego wysiłku reporterskiego, bo „biedni zniknęli z szeroko pojętej kultury, z politycznej retoryki i intelektualnych przedsięwzięć, tak samo jak z codziennej rozrywki”. Swój cel osiągnęła – książka stała się bestsellerem i wywołała w USA ogólnonarodową dyskusję.

Bliżej nas, bo w Niemczech, działał i tworzył Günter Wallraff, mistrz reportażu wcieleniowego i autor wstrząsających książek i tekstów o tureckich gastarbeiterach, pracy w brukowcu, alkoholikach, bezdomnych, ofiarach rasizmu, telemarketerach. Wallraff na własnej skórze przekonał się, czym jest bezlitosne oko społeczne, które albo nie widzi tych „na dnie” i „obcych”, albo a priori widzi w nich degeneratów i przestępców. W wywiadzie udzielonym Katarzynie Bielas w „Gazecie Wyborczej” opowiadał: „Kiedy wcieliłem się w Turka Alego, własna matka mnie nie poznała. Kiedyś po pracy przyszedłem do niej jako Ali, kolega jej syna. Wszedłem do kuchni, zamieniliśmy parę słów i wyszedłem. Potem przebrałem się i wróciłem już jako ja. »Co to za nieprzyjemny człowiek tutaj był? – zapytała. – Miał takie czarne, świdrujące oczy«. Powiedziałem: »To był mój najlepszy przyjaciel, bez niego w pracy nie dałbym sobie rady«. A ona: »Ty za bardzo ufasz ludziom. Zobaczysz, on ci jeszcze zaszkodzi. Ja znam się na ludziach«”.

Didier Eribon, francuski socjolog, w bardzo osobistym, wstrząsającym Powrocie do Reims na przykładzie swoim i własnej rodziny udowodnił, że można latami „nie widzieć” położenia nie jakichś tam uogólnionych biednych czy wykluczonych, ale nawet tych biednych i wykluczonych, którzy są najbliższymi. Eribon wiele pisał o homofobii czy nietolerancji, ale dziwnym trafem nigdy omal w swojej karierze naukowo-pisarskiej nie poruszał kwestii, która miała okazać się kluczowa, by zrozumieć własne życie i życie jemu podobnych: ubóstwa, z którego się wywodził, proletariackiego rodowodu, niewyobrażalnego poświęcenia ze strony rodziców, by mógł się kształcić, „zdrady klasowej”. Po latach wrócił do Reims, prowincjonalnego miasta, z którego uciekł do Paryża, by podbijać tam akademię i obracać się w końcu w kulturalnym, wyrafinowanym towarzystwie. Dopiero z perspektywy minionego czasu – i nabytego doświadczenia – widzi, w jakiej pułapce tkwili jego ojciec i matka, jak daremne były ich próby awansu społecznego, z ilu marzeń i pasji musieli na zawsze zrezygnować, by zarobić na utrzymanie swoje i dzieci.

Powrót do Reims to również książka o tym, jak lewica francuska straciła z oczu klasę robotniczo-ludową i pozwoliła jej tym samym na dryf w kierunku lepenowskiego Frontu Narodowego. Klasa ta nie tylko oddała nacjonalistom swój głos w wyborach, ale i przejęła ich rasistowsko-ksenofobiczno-homofobiczne spojrzenie na świat.

Sukcesorem Eribona jest Édouard Louis. To właśnie Eribonowi Louis zadedykował swój autobiograficzny debiut Koniec z Eddym, który stał się wydarzeniem literackim we Francji i megabestsellerem. Wzorem mistrza Louis reflektor swojej bezkompromisowej opowieści kieruje na przeszłość własną i rodziny – pracowników fizycznych mieszkających w zapadłej dziurze w Pikardii. Tematem jest tu nie tylko homofobia, przemoc i totalne niezrozumienia, z jakimi na każdym kroku styka się młody Louis, ale i powody, dla których jego dom i miasteczko są nimi przesycone. Społeczność, w której urodził się i wzrastał autor Końca z Eddym, czuje się porzucona przez Francję, nic niewarta, godna pogardy – i pogardy doświadczająca, zupełnie niezauważalna przez wielkomiejskie elity, polityków, twórców kultury. Kisi się więc w beznadziei i brutalności. Nie sposób z tym walczyć, można tylko, śladem Eribona, uciec.

O podobnych przejściach napisał również J. D. Vance w Elegii dla bidoków. Jest to rodzaj autobiografii, będącej z jednej strony portretem społeczności, z której autor się wywodzi – ubodzy, agresywni i pogrążeni w nałogach mieszkańcy appalachijskiego „pasa rdzy”, a z drugiej – opowieścią o tym, jak udało mu się stamtąd wydostać i nie podzielić losu wegetujących na zasiłkach i wyniszczonych używkami ziomków. Vance dał im ekspozycję, pokazał rodakom i światu tych, o których mówi się rzadko – w samych Stanach Zjednoczonych sprzedały się 2 mln egzemplarzy Elegii dla bidoków – poinformował o problemach, tak indywidualnych, jak i systemowych, ukrytych na co dzień za propagandą supermocarstwa, ale zarazem – co zarzucali mu krytycy – mniej lub bardziej świadomie utrwalił ich obraz jako obiboków i przegrywów, którzy nie chcą zerwać ze swoim sposobem na życie. Nie chcą, choć przecież mogą, na co dowodem jest sam Vance – prawnik, żołnierz, pisarz. Sporo w tym prawdy, a i postawa Vance’a, zwłaszcza tego Vance’a z finalnych partii książki, Vance’a zainstalowanego już w lepszym świecie, wywołuje mieszane uczucia, bo autor Elegii dla bidoków pozwala sobie co rusz na przygany i moralizowanie rodem z periodyku „Najwyższy Czas!” i kreuje siebie na herosa wyciętego wprost z pism Ayn Rand. Na przykład wtedy kiedy z dumą oznajmia, że na pewnym etapie życia miał trzy prace jednocześnie. Jakby kompletnie umykało mu to, że coś musi być nie tak, skoro trzeba mieć trzy etaty, żeby żyć i przeżyć.

Lecz temat „ludzi z podziemia” to nie tylko książki. W roku 2019 swoją premierę miały dwa znakomite filmy poruszające problem niedostrzegania tych, którym się nie powiodło, ubóstwa, wykluczenia na margines. Mam na myśli południowokoreański Parasite i amerykański To my. Są to obrazy dość podobne fabularnie i formalnie. Oba opowiadają o zamożnych rodzinach 2+2 i rodzinach będących tychże rodzin groteskowymi odbiciami, oba wykorzystują sztafaż gatunku popularnego – To my horroru, a Parasite farsowej komedii o spryciarzach – by przeprowadzić błyskotliwą krytykę współczesnych stosunków ekonomicznych i nierówności, które ostatecznie prowadzą do eskalacji przemocy, dzikiej walki o przetrwanie i zbrodni.

To my jest wirtuozerską i brutalną wizją, według której nasz świat ma swoje zniekształcone, „gorsze” odbicie – swoją podziemną wersję, w której egzystują nasze sadystyczne i nieszczęśliwe kopie. Atak sobowtórów na familię Wilsonów w ich letnim domku to główny wątek filmu, ale równie istotna, co makabryczne pojedynki i umiejętne budowanie suspensu jest tu warstwa alegoryczno-symboliczna. Bezlitośni, pokraczni, okaleczeni i posługujący się częściej skowytem niż mową Red, Abraham, Umbrae i Pluto są tymi, których ludzie tacy jak Wilsonowie, syta klasa średnia, oglądają bardzo niechętnie i równie niechętnie wchodzą z nimi w jakiekolwiek interakcje. Najlepiej, by takich osobników w ogóle nie było. Albo byli wyłącznie gdzieś tam u siebie – poza spojrzeniem i świadomością tych, którym widok innych / biednych / źle ubranych kwasi humor, a nawet wywołuje automatyczny lęk o własne bezpieczeństwo.

Z kolei mieszkająca w suterenie rodzina bezrobotnych Kimów nie widzi już innego sposobu na zakosztowanie dostatku niż podstęp i oszustwo, dzięki którym dostaną się do wytwornej rezydencji bogatych Parków jako służba i nauczyciele ich dzieci. Tam oddają się orgii imitacji (znamienne, że i doppelgängerzy w To my małpują swoje ofiary), do rozpuku korzystają z wygód i spiżarki, bo nielimitowana konsumpcja i wylegiwanie się w wannie są dla biedaków nie tylko doraźną, intensywną przyjemnością, ale i wyrwaniem się z przypisanych im ról, ucieczką, choćby i chwilową, z upokorzenia i wegetacji w norze. Dzieło Bong Joon-ho to znakomite, nieoczywiste kino o ułudzie i daremności wszelkiego rodzaju planów na życie, które snują ci uwięzieni na dole.

Pasożyt jest z jednej strony ekranizacją traktatów Dostojewskiego czy Kafki o ludziach spod podłogi, ludziach insektach, nie-ludziach, na których ludzie patrzą z odrazą i zatkniętym nosem, z drugiej – memento o tym, że „mnóstwo ludzi żyje pod ziemią”, każdy w istocie na kimś pasożytuje, a podziemie składa się z wielu poziomów.

Ważnym i pożytecznym nurtem są również socjologiczno-kulturoznawcze prace zwrócone ku głębszej historii, wydobywające na światło dzienne położenie i dramaty ludzi żyjących lat temu kilkadziesiąt i więcej, doskrobujące się do prawdy o nich ukrytej za popularnym wyobrażeniem, krzywdzącym stereotypem, publicystyczną karykaturą, kliszą z filmu kostiumowego, serialu czy beletrystycznych romansideł. Znamienne, że są to prawie bez wyjątku książki kobiet o kobietach: Alicja Urbanik-Kopeć napisała o robotnicach fabrycznych (Anioł w domu, mrówka w fabryce) i służących (Instrukcja nadużycia), również o służących – Joanna Kuciel-Frydryszak (Służące do wszystkiego), Marta Madejska o łódzkich włókniarkach (Aleja Włókniarek). Warto dodać tutaj na pewno jeszcze i Cięcia. Mówioną historię transformacji Joanny Wawrzyniak i Aleksandry Leyk, a także Dzieci rewolucji przemysłowej. Kto naprawdę zbudował współczesny świat Katarzyny Nowak.

Kłopot w tym, że rozbuchany przemysł kulturalny, karuzela premier i „wydarzeń artystycznych dekady” skutecznie neutralizują rewolucyjny bądź choćby „tylko” krytyczny potencjał tego rodzaju książek i filmów. Gniew wywołany lekturą zostaje dość szybko rozbrojony, przekaz na dobre przepada w medialnej paplaninie, czyjeś nieszczęście zostaje przez nas wchłonięte – jak cierpki alkohol, powiedzmy, czy lukrecja – i rozpuszczone w umyśle razem z innymi atrakcjami kulturalnymi.

Problem z książkami i tekstami prasowymi „otwierającymi nam oczy” jest też i taki, że wszystkie są opowieściami zapośredniczonymi – ludzie, o których w nich mowa, sami nie mówią, powtarza się za nimi to, co się chce powtórzyć. Eribon, Vance czy Louis, owszem, mówią sami za siebie, ale zauważmy, że odezwali się dopiero, kiedy mieszkali gdzie indziej, zdobyli wykształcenie i pozycję. Ci z dołu do wyartykułowania swojego losu i emocji wciąż potrzebują pośredników – badaczek, dziennikarzy, reporterów – którzy zstępują do nich, by tym na górze ofiarować dojmującą „prawdę”. Ale ta „prawda” to przecież rezultat wielu zabiegów pisarsko-wydawniczych – od selekcji zebranego materiału począwszy, a na wymogach obranego gatunku i poglądach polityczno-estetycznych autora skończywszy.

Wystarczy poświęcić chwilę i sprawdzić, kto opowiada o pandemii w naszych mediach i bańkach socjalowych, komu daje się do ręki megafon, a komu podsuwa dyktafon, kto jest bohaterem-nadajnikiem „dzienników pandemicznych”, kto – i komu – spowiada się ze swoich izolacyjnych lęków, irytacji, czarnych prognoz, kłopotów z fryzurą.

No kto i komu?

Nowa normalność, stary bezwzględny świat

Ci, o których piszę tutaj jako o „ludziach z podziemia”, obywatelach „państwa podziemnego”, potrzebują z naszej strony mniejszych i większych zabiegów, uczuć, konkretnych gestów. Jednak są i takie, jakich raczej na pewno nie potrzebują. Nie potrzebują więc empatii rozumianej jako współczucie korespondencyjne, gniewny komentarz na Facebooku czy „pochylanie się”. Przypuszczam, że nie potrzebują również praktycznych rad, jak powinni ukształtować swoje życie. Grożenie paluszkiem i wytykanie, gdzie popełnili błąd, a kiedy mogli się bardziej postarać bądź dłużej posiedzieć nad podręcznikami, również jest na nic. Podobnie – coachingowe maksymy, neoliberalne, dopingujące bonmoty, murale korzystające z poetyki superbohaterskiej, oklaski na balkonie, emotikony.

Pandemia to również pytanie skierowane do nas, jaką to „ofiarę” jesteśmy w stanie ponieść w imię międzyludzkiej solidarności, braterstwa i siostrzeństwa, polepszenia losu bliźnich-rodaków, zabezpieczenia się przed kolejną plagą, następną katastrofą. Czemu z taką ochotą bierzemy udział w zrzutkach i parafilantropijnych czelendżach, a na choćby sugestię o wyższych podatkach reagujemy „okradaniem” i „gułagami”? Dlaczego skwapliwie i z radością posyłamy strudzonym medykom Big Maca i margheritę, a potem oddamy swój głos albo na tych, którym marzy się prywatyzacja szpitali, albo tych, którzy w imię doraźnych politycznych korzyści gnoją strajkujących lekarzy rezydentów? (I ci, i ci nie przejmują się ponadto od lat niedofinansowaniem opieki zdrowotnej i emigracją zarobkową wykwalifikowanego personelu szpitalnego.) Jak długo wytrzymamy bez obsesyjnego, dehumanizującego utyskiwania na pracownice na poczcie, kurierów, pielęgniarki, listonoszy, nauczycieli, „urzędasów” najniższego szczebla czy konsultantów z biur obsługi klienta? Kiedy zobaczymy w nich nie chciwców i leni, ale przepracowanych, wypalonych i kiepsko zarabiających ludzi umieszczonych w dysfunkcyjnym, nie z ich winy, systemie nastawionym na optymalny zysk i najniższy koszt? Jak bowiem w tekście Czego uczy nas koronawirus na portalu „Nowego Obywatela” zauważał Jonathan Cook: „Kiedy prześladuje nas śmierć, nie zwracamy się do bankierów, dyrektorów korporacyjnych lub zarządzających funduszami hedgingowymi. A mimo to właśnie takich ludzi nasze społeczeństwa wynagradzają najlepiej. Jeśli pensje są główną miarą wartości, to siłą rzeczy właśnie oni są najbardziej cenieni. Ale to nie są ludzie, których potrzebujemy jako jednostki, jako społeczeństwa, narody. To raczej lekarze, pielęgniarki, pracownicy służby zdrowia, opiekunowie i pracownicy socjalni będą walczyć o ocalenie naszego życia, ryzykując własne” (tłum. M. Okraska).

Pomagając im, pomagamy również sobie. Tej wersji nas z przyszłości, której się jednak nie powiodło. Bo nasza pozycja społeczna i zawodowa jest iluzją.

Jeśli nie wywodzisz się z ustosunkowanego, zamożnego rodu, nie wykonujesz fachu, który zawsze jest w cenie, czy też nie wypchałeś sobie zawczasu poduchy finansowo-ratunkowej, to przy pierwszym lepszym kryzysie finansowym czy tąpnięciu na rynku pracy raz-dwa dołączysz do tych, których się nie widzi i nie zauważa, a których się wzywa – kiedyś dzwoneczkiem, dzisiaj smartfonem. Dlatego nowoczesne, proekologiczne, sprawiedliwe państwo zorientowane na zdrowie, edukację i bezpieczeństwo obywateli, a nie wielki biznes i zachłanne grupy wpływów przyda nam się wszystkim. Potrzebujemy tej nowej strategii, tego nowego państwa już, bo po pandemii – i każdej innej klęsce i bessie – podziemie będzie się rozrastać i wielu z nas tam wyląduje.

Czytanie i oglądanie nie załatwi tej sprawy. Książki, filmy i dokumenty o biedzie i wykluczeniu, uberyzacji pracy i braku pracy, o magazynierach z Amazona, pracownikach najemnych, wielkomiejskich prekariuszach i półniewolnikach z Ukrainy, o tych wszystkich w taki bądź inny sposób eksploatowanych, poniżanych i zaszachowanych przez turbokapitalizm powinny być dopiero wstępem do naszych realnych działań politycznych, społecznych i emocjonalnych, bodźcem do rozejrzenia się wokół siebie, wyjścia myślą i okiem poza ekran i papier. Samo zaliczenie, choćby i ze łzą w oku, reportażu o wyzyskiwanych ochroniarzach czy najnowszego kina zaangażowanego, to wciąż tylko rozrywka, konsumpcja produktu kulturalnego, pozorne uczestnictwo w czyjejś tragedii.

W zakończeniu Historii słabych Urszula Glensk napisała: „żeby coś zmienić – trzeba wiedzieć, żeby wiedzieć – trzeba zobaczyć”. Patrzmy więc, dowiedzmy się i – działajmy.

Kup numer