fot. wikicommons
Łukasz Najder marzec 2020

Krótka historia Polsk i Polaków

Skończyłem liceum, zacząłem studia. Tak zwane dziewięćdziesiąte osiągały pełnię. Wtedy to, powodowany ciekawością i nudą, sięgnąłem po treści prawicowe. Okazało się, że to, co brałem za życie, nie było życiem. Umysłowe lenistwo i naiwna wiara w oficjalne przekazy z liberalno-postkomunistycznych mediów uczyniły ze mnie łatwy cel. Niewykluczone też, że Kiszczak z Mazowieckim dodawali czegoś do wody.

Artykuł z numeru

Jak mówi prawica?

Jak mówi prawica?

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zagrałem w grę komputerową – i jaka to była gra (River Raid) – z kim pocałowałem się pierwszy raz w życiu, od kogo dostałem kasetę Violator, dzięki czemu dokonała się moja przemiana w fanatycznego depesza, komu wyznałem miłość, a komu pożyczyłem Conana z Cymerii, by już nigdy więcej nie ujrzeć tej książki na oczy. Pamiętam kolonie w Tuszyn-Lesie, seans w prawdziwym, ogromnym kinie – trzask drewnianych foteli, smuga z projektora – przegrane solo na boisku szkolnym i czerwony rączy universal, na którym objechałem pół Chojen. Te wszystkie inicjacje mam zgrane w głowie w jakości HD. Ale za nic nie pamiętam, kiedy dowiedziałem się, że urodziłem się i mieszkam w Polsce. Jak i momentu – ognik rozchybotany w mroku przeszłości – gdy pojąłem, co to właściwie oznacza. Powiem szczerze… wolałbym nie pamiętać swojej pierwszej nokii, aniżeli nie móc odtworzyć dzisiaj emocji, które wypełniły mnie tamtego bardzo odległego popołudnia czy ranka Po Olśnieniu.

*

Na początku wszystko było proste. Była Polska, to znaczy PRL alias Polska Ludowa. Od czasu do czasu w rozmowach dorosłych zawarczał groźny, tajemniczy Demolud albo ktoś wiekowy z rozrzewnieniem i żalem w głosie wspominał mityczną Przedwojnę, kraj idealny rządzony przez Aleksandra Żabczyńskiego i paru wojskowych. Zasadniczo jednak każdy wiedział, gdzie jest i co go otacza.

Niestety, potem nastał rok 1989 i rozpoczął się brutalny, podskórny chaos, przez który rozumiem rozbiór Polski, okupację Polski, wojnę domową w Polsce. Oczywiście na początku nic o tym nie wiedziałem, bo jako nastolatka w fazie hormonalno-poznawczej zajmowały mnie inne zgoła emocje i odkrycia. Żyłem. Skończyłem liceum, zacząłem studia na łódzkiej polonistyce. Tak zwane dziewięćdziesiąte osiągały pełnię. Wtedy to, powodowany ciekawością i nudą, sięgnąłem po treści prawicowe.

Okazało się, że to, co brałem za życie, nie było życiem, jeśli życiem jest świadome funkcjonowanie pośród ludzi i wydarzeń politycznych. Można wręcz powiedzieć, iż do tej pory lunatykowałem. Żaden tam rozumny, czujny obywatel. Zombie! Automat! Umysłowe lenistwo i naiwna wiara w oficjalne przekazy z liberalno-postkomunistycznych mediów uczyniły ze mnie łatwy cel. Niewykluczone też, że Kiszczak z Mazowieckim dodawali czegoś do wody.

Za sprawą „Najwyższego Czasu!”, wywiadów rzek z Łysiakiem, Nocnej zmiany uświadomiłem sobie, że cała ta zainaugurowana 29 grudnia 1989 r. RP była jedną wielką ściemą. Choć dla większego splendoru przydawano jej rzymskich cyfr – III RP jakoby miała być kontynuacją potężnej I RP i eleganckiej II – w istocie niezbyt wiele odróżniało ją od PRL-u. No proszę, nie oszukujmy się – był to PRL-bis. Starzy, cyniczni komuniści udawali nowo narodzonych, dziewiczych lewicowców, liberałowie udawali, że nie są już starymi, cynicznymi komunistami – albo dziećmi starych, cynicznych komunistów – a obie te szajki miały sztamę od pamiętnej biesiady w Magdalence i razem przejmowały branże, wpływy, umysły Polaków. Ci zaś, Polacy, w swej łatwowiernej masie, uważali się za mieszkańców nareszcie wolnego, modernizującego się państwa. Tymczasem rezydowali w postkomunistycznej Republice Okrągłostołowej zwanej również Kiszczakolandem tudzież Polską Magdalenkową. Nie wyrwali się na swobodę, lecz spętano ich delikatniejszą siecią.

*

Choć ostatecznie moja prawicowość tak jak nagle się pojawiła, tak raptem kompletnie zanikła – w czym przypominała grypę żołądkową; intensywną, dewastującą, ale na szczęście ulotną – to jednak nie zaznałem już spokoju. Nie mam tu na myśli skołatanych nerwów czy koszmarów sennych z udziałem Korwin-Mikkego, ale stan narodowej nieważkości, poczucie oderwania od ojczystej gleby, zerwania z korzenia. Zarazem imigrant i rodak, intruz i lokator. Równocześnie byłem w Polsce i byłem nieobecny w Polsce. Nie odnajdowałem się w oferowanych mi formach państwowości, również i w tych, do których zostałem wpisany bez mojej wiedzy i zgody. Jeszcze inne formy nie chciały kogoś takiego jak ja w swoich spisach ludności.

Od Rywinlandu odstręczał mnie smrodek afer i ustawek, lepkie uśmieszki Kanclerza Leszka i macki „grupy trzymającej władzę”. Z UBekistanem nie chciałem mieć nic wspólnego, gdyż serdecznie gardziłem TW i tymi, których konserwatywni moraliści nazywali z absmakiem i finezją „delatorami”. Choć pozostawałem głuchy na różnych prawicowych wariatuńciów i radykałów z forów internetowych, perswadujących z wulkaniczną pasją, iż III RP nie jest niczym ponad projektem (byłych) tajnych służb – politycznym, medialnym, społecznym, wszelakim – to przecież nie dałbym sobie uciąć ręki, że oficjalne i te ekskluzywne struktury nowej Polski składają się wyłącznie z osób krystalicznych, zweryfikowanych i wyegzorcyzmowanych z demona komunizmu. Rywinland i UBekistan uzupełniały się wzajemnie i przenikały, tworząc razem Chaotyczne Antypaństwo, które było czymś w rodzaju bezpieczniacko-korupcyjnego Cthulhu o powierzchni 312 696 km².

Wreszcie nadszedł wrzesień roku 2005. Po wrześniu roku 2005 – październik roku 2005. I postkomuna definitywnie przegrała. Radość nie trwała długo, bo ideowy, antyrywinlandowy PO-PiS rozpadł się na skutek nieporozumień o pryncypia i podział ministerstw. Lecz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – na ruinach tej wymierzonej w SLD zgody solidarno-liberalnej erygowana została IV RP. Gwoli wyjaśnienia dodam, że była to Pierwsza IV RP, bo Druga nastanie po zwycięstwie Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich i „dobrej zmianie”. Choć może to właśnie tamta z połowy lat zerowych była Druga, jeśli policzyć, iż za Pierwszą, choć jeszcze nie tak nazwaną, uchodziła ta ledwie półroczna Pre-IV RP pod światłym, patriotycznym przewodem pana Jana Olszewskiego.

Czerwone pająki rozbiegły się po kątach… ale to wcale nie oznaczało końca walk o wolną Polskę. Wróg co rusz przybierał inne wcielenia, nakładał maski. Jego perfidia wydawała się nieograniczona. Przyjaciele z Platformy okazali się nieprzyjaciółmi. Współkoalicjanci działali na rzecz Układu. Sam minister spraw wewnętrznych Janusz Kaczmarek, który tropił Układ, był Układu pionkiem. Oligarchowie i łże-elity nie odpuszczali.

Dla wielbicieli IV RP była ta rzeczpospolita spełnieniem kilkunastoletnich marzeń o silnej i dumnej antykomunistycznej ojczyźnie, ale dla tejże przeciwników – po prostu Wolską. Ziszczonym horrorem, przed którym ostrzegał Adam Michnik, krajem-karykaturą rządzonym przez braci Kaczyńskich – w pewnym dramatycznym momencie prezydentem i premierem Kaczyńskim. Wolskę zamieszkiwali Wolacy. Wolak to nieudany Polak, jego podrabiana, gorsza wersja. Charakterystyczne atrybuty Wolaka – moherowy beret, opcjonalnie ryngraf bądź szkaplerz, biało-czerwona flaga, wuwuzela, raca, powieść Bronisława Wildsteina zatknięta prowokacyjnie pod pachą.

W tych latach właśnie po raz pierwszy doświadczyłem swoistego rozdwojenia jaźni – symultanicznego życia w dwóch Polskach. A nawet i w trzech. Bo skoro nie odpowiadała mi ani IV RP, ani Wolska – a nie odpowiadały – więc dnie i noce spędzałem w Polsce swojej, prywatnej. Nie dość i na tym… co brałem za eksces i tymczasowe swary w demokratycznej rodzinie, miało stać się normą. Od tej pory każdy Polak żył w jakiejś własnej Polsce i nie żył w kilku pozostałych albo żył po części w tej i tej, a z pewnością nie żył w tamtej. Gdzieś między yes-yes-yes Marcinkiewicza a LiS-em Giertycha i Leppera rozpoczęła się epoka kompletnego pomieszania odczuć i pojęć, czas nieustającej walki między Polakami z różnych Polsk. Przy czym przestano się bawić już w półsłówka i obiektywizm zazwyczaj Polska była albo klimatyzowaną, nowoczesną utopią, albo dystopią ponurą, ciemiężycielską, o słowiańskim klimacie.

*

Historia Pierwszej IV RP była brutalna i krótka. Po niej nastał ośmioletni spokój. To znaczy Zielona Wyspa, to znaczy – Fantastyczny Kraj. Zorganizowano Euro 2012, wybudowano orliki, wzdłuż i wszerz pociągnięto autostrady, Polska znowu się uśmiechała od ucha do ucha – od Helu do hal. Rzecz jasna, nie każdemu było wesoło… Kaczyści zeszli do podziemia, wrócili do metaforycznego lasu. Z kniei zaś nękali kwatery i tabory okupanta. Z ich perspektywy Polska jawiła się jako Tarantuloland, w sieci którego unieruchomiono Polskę, by wyssać z niej każde możliwe bogactwo i usunąć tradycję oraz wiarę katolicką. Polska stoczyła się do poziomu i gabarytu Afrykańskiego Bantustanu, by nie powiedzieć wprost, że na powrót została Postkolonialnym Miękkim Tworem.

Za wszystko, co najgorsze i zdradzieckie, odpowiadał jeden człowiek – Donald Tusk, capo di tutti capi Tuskolandu, syn Merkel, a co najmniej poplecznik interesu Niemiec. Postać zupełnie wyjątkowa. Dlatego że to w nim skoncentrowało się najprawdopodobniej całe zło współczesnego świata, i to za sprawą janusowego oblicza. Oto był on człowiekiem potwornie leniwym, pozbawionym ikry i jakiegokolwiek talentu, a równolegle – mózgiem mafii vatowskiej, afery Amber Gold, zamachu w Smoleńsku (znanego również pod nazwą „katastrofa smoleńska”) czy wyprowadzenia miliardów z OFE. Przeczuwając, że POlszewia wnet upadnie, umknął do Brukseli, by piastować tam urząd Europrezydenta i dalej knuć przeciwko Polsce i Polakom.

Druga IV RP zastała rumowisko zamiast ojczyzny. Gorzej – Kondominium Rosyjsko-Niemieckie (antysemickie jastrzębie polityki krajowej precyzowały, że Pod Żydowskim Zarządem Powierniczym tudzież Polin). To nie była Polska – to była pałuba. Ukochana, zasobna macierz wyeksploatowana przez tutejszych cwaniaków i zdrajców oraz koncerny międzynarodowe, wasalski Tenkraj. Z kopyta ruszały zatem dobrozmianowa odbudowa, repolonizacja i wstawanie z kolan…

Jest rok 2020, mam 43 lata. Przez te ponad cztery dekady niby żyłem ciągle w Polsce, a jednak czuję się obywatelem wielu Polsk i z wielu Polsk dobrowolnym banitą. Gdy ja uczyłem się, rosłem, kochałem, maszerowałem do pracy bądź leżałem na kanapie, trwało niekończące się dzieło politycznie wzmożonych kartografów, w rzęsiście oświetlonych gabinetach i zaciemnionych pokoikach rodziła się alternatywna geografia naszej ojczyzny, aktualizowano tam bedekery i GPS-y, wytyczano granice, enklawy i getta, konstruowano Polskę. Przez co dzisiaj nie wiem, czym jest Polska i czy w ogóle jest Polska. Może faktycznie istnieje tylko teoretycznie, a my, Polacy i „Polacy”, zasiedliliśmy widmo – egzystujemy w czyimś polskojęzycznym śnie.

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z niektórych definicji i odkryć „Muzeum IV RP. Ośrodka utrwalania myśli i czynów nowej epoki” (http:// muzeum4rp.iq.pl/wiki/ index.php?title=Strona_ g%C5%82%C3%B3wna).

Kup numer