fbpx
Fragment planu Łodzi z 1938 r. fot. Biblioteka Narodowa
Łukasz Najder wrzesień 2023

Wmiastowstąpienie

Julian Tuwim wspominał swoją łódzką młodość: „Uganianie się za dziewczynami wymagało włóczęgi po mieście. Byłem więc szlifbrukiem i flaneurem”.

Artykuł z numeru

Co z ciebie wyrośnie

Czytaj także

Rynek Leonarda (ob. Plac Niepodległości) w Łodzi, 1931 r. fot. Archiwum Państwowe w Łodzi

Łukasz Najder

Łodzimiasto

Franz Kafka w Pradze fot. Gamma-Keystone / Getty

Łukasz Najder

Żelazne promienie

Łukasz Najder

Krótka historia Polsk i Polaków

Czy w Łodzi byli flanerzy? A jeśli byli, to kim byli? Z jakich branż wywodzili się ci łódzcy flanerzy – domyślni, potencjalni – skąd ruszali na swoje cierpliwe obchody, wycieczki, maniakalne przechadzki? Czy flaner w Łodzi był artystą, na dodatek – świadomym bycia flanerem i artystą, czy może raczej kimś bardziej przyziemnym, reporterem prasy codziennej, powiedzmy, albo z lekka stukniętym naukowcem amatorem, którego zajmuje problemat cyrkulacji mas ludzkich w metropolii? Byli z Bałut czy z Chojen, ze Szlezyngu czy z Karolewa? Być może, jeśli byli, mieszkali w śródmieściu, w którejś z tych frymuśnych, dostojnych kamienic, i w śródmieściu zaczynali i kończyli trasę. Flaner w Łodzi mógł być Żydem, Polakiem i Niemcem. Albo Rosjaninem, urzędnikiem, którego car posłał na zachodnie rubieże imperium, i tenże desperacko próbuje w tym zadymionym, nieżyczliwym mu mieście nad Jasieniem i Łódką zrekonstruować sobie ukochany Sankt Petersburg i bulwar wzdłuż Newy. Niewykluczone, że byli i tacy, którzy wcale nie wywodzili się z profesjonalistów, flanerowali więc dla siebie, ale bez celu wyższego. Z domu wyganiała ich praktyczna mądrość starych almanachów i monografii antymelankolicznych, w których napisano, że chodzenie, zmęczenie chodem, zmienne widoki, jakich da się uświadczyć tylko podczas długiego chodzenia po okolicy, zagłuszają uprzykrzone głosy w głowie, koją duszę. Dlatego krążyli po Łodzi, byli flanerami.

 

***

Na pozór stawiam pytania, jakbym nie wiedział, lecz przecież zakładam w ciemno, że w Łodzi byli flanerzy, bo jest flaner symbolem i składową wielkiego nowoczesnego miasta tak jak krzykliwa reklama zewnętrzna, wysokopienna zabudowa, ulice, sensacja, tłum, ów benjaminowski „olbrzymi zbiornik elektryczności”, gazeta, dzielnice nędzy. „Miasto takie jak Londyn, po którym można wędrować godzinami, nie dochodząc nawet do początku końca (…) – jest przecież rzeczą osobliwą” (tłum. A. Długosz) – konstatował Fryderyk Engels w wydanym w 1845 r. Położeniu klasy robotniczej w Anglii. Flaner pojawił się, gdy miasto zogromniało, przez co stało się wyzwaniem, lunaparkiem atrakcji i niebezpieczeństw, zagadką, nowym krajobrazem, labiryntem, jaki, jak odkrywczo zauważał Benjamin, „(…) nie kryje już w swym wnętrzu jednego, lecz tuzin ślepych, wściekłych byków, w których paszcze wrzucać trzeba nie jedną tebańską dziewicę rocznie, lecz każdego ranka tysiące bladych szwaczek i niewyspanych subiektów” (tłum. I. Kania). Skoro więc Łódź była wielkim, nowoczesnym miastem, musiała wydać i flanera.

Sęk w tym, że natura flanera, mimo dekad pisania o flanerze – oraz flanerowaniu – pozostaje, uważam, niejasna, dość płynna, wielowymiarowa. Powrót do źródeł wiedzy o tej postaci, fenomenie społeczno-estetycznym, czyli lektura Baudelaire’a i Benjamina, a także lektura tego, co Benjamin miał do powiedzenia o Baudelairze w studium zatytułowanym O kilku motywach u Baudelaire’a, nie załatwia sprawy. Podobnie jak czytanie o flanerach berlińskich, nowojorskich, londyńskich, wszelakich.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się