Apollonio di Giovanni, Marco del Buono, Przygody Odyseusza, ok. 1450–1470 fot. Mariusz Mikołajczyk / zbiory Zamku Królewskiego na Wawelu
Łukasz Najder sierpień 2025

Odys, mój ojciec

Spod jakich Troi miałby wracać mój ojciec, do jakich Itak żeglować uparcie? Czy powinienem w jego towarzystwie od kieliszka, Edku, Stefanie, Franku, Gienku, widzieć syreny, które wabiły go do siebie, wytrącały z kursu na dom?

Artykuł z numeru

Glukozowe pułapki

Glukozowe pułapki

Ojciec był zły. Wprawdzie tym razem nie wywijał nikomu przed nosem palcem, nie walił pięścią w stół, nie krzyczał, a broda nie trzęsła mu się od gniewu i obelg, ale i tak poznałem, że panuje nad sobą z najwyższym trudem. Zmienił się w bombę, wokół której należało chodzić na paluszkach, milcząc. Przypominał wielkie, groźne zwierzę z gatunku ludojad dla podsycenia satysfakcji i zabawy darujące swoim przyszłym ofiarom jeszcze kwadrans życia, pół godziny nadziei. Obywał się bez słów. Pomagał nam mechanicznie. Sapał. Najpewniej chciał, żeby to wszystko już dobiegło końca, dzięki czemu mógłby wrócić do siebie, wjechać na siódme piętro, nabić sczerniałą dulawkę popularnym, wyjąć z barku żytnią albo bałtycką, otworzyć słoik własnoręcznie ukiszonych ogórków i rozsiąść się na tapczanie w cichym i – co najważniejsze – pustym M-3. Przypuszczam, że nie wybuchł tylko dlatego, iż znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, tłocznym, argusookim, bardzo akustycznym. Ojciec zwykł dymić kameralnie.

Nie pamiętam, czy do Budapesztu odjeżdżaliśmy z dworca Łódź Kaliska czy Łódź Fabryczna. Pamiętam, że ojciec był zły, bo to on miał tam jechać. Ale ostatecznie zamiast niego pojechałem tam z mamą ja. Ojciec nie zdążył czy też nie zdołał dopełnić jakichś formalności. Nie mógł tego niefartu przetrawić. Odprowadził nas, targał bagaże, umościł w kuszetce i pomachał na pożegnanie, lecz aż dławił się od goryczy i wściekłości. Nie rozumiałem wtedy, o co mu właściwie chodzi. Mój ośmioletni mózg dość szybko znalazł rozwiązanie – pojedzie następnym razem! Czy ojciec był zły, bo przez biurokratyczny wymóg, bezduszny i nie do sforsowania, stracił okazję na wyprawę do krainy tokaju i mangalicy, czy też przeczuł, stwierdziłem poniewczasie, że oto żadnego następnego razu nie będzie?

Podróż na inną planetę

Był rok 1983 albo 1984. Dwa tygodnie na Węgrzech upłynęły nam z mamą w rytmie pracy i przyjemności. Od rana do wczesnego popołudnia handlowaliśmy na okolicznych rynkach, jak reszta wycieczki zakładowej, towarem wwiezionym do ojczyzny Maraiego sposobem bardziej lub mniej legalnym, na sobie, pod warstwami bagażu, w improwizowanych schowkach w przedziale. Po powrocie krążyliśmy z kolei po naszej miejscowości i w przeciwieństwie do reszty owej wycieczki zakładowej, trzódki roztropnisiów i skner, trwoniliśmy forinty zarobione na żwirze, w błocie i na stołach w, powiedzmy, Siofoku, na tajemnicze, a niedostępne w rozpadającej się Polsce smaki i konsystencje – zielonkawe lody miętowe, serdelki z papryką, halászlé, oranżady. Było znać różnicę pomiędzy tu i tam – u Jaruzela, w piekle otępiających kolejek, pośród niedoborów i ersatzów. Momentami nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Przykładowo maleńkie, przydomowe winnice na podwórkach. Prócz tego jeszcze kompletnie niezrozumiały i dziwacznie brzmiący język, monumentalne zabytki Budapesztu i nazwy, których nie zapomniałem do dziś – Balatonboglár, Balatonlelle, Balatonszemes, Balatonőszöd, Fonyód. Węgry to była inna planeta.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się