Kadr z klasyki kinowego konspiracjonizmu, filmu "Oni żyją" (1988). Fot. East News
Jan Jęcz maj 2022

Praktyki spiskowe

Spiskowy światopogląd opiera się na trzech zasadach: nic nie dzieje się przypadkiem; nic nie jest takie, jakie się wydaje; wszystko jest powiązane.

Artykuł z numeru

Tu mówi Ukraina

Po pierwszym tygodniu wojny w mediach między artykułami prezentującymi w przerażających detalach jej przebieg pojawiać się zaczęły teksty opisujące zgoła inne zjawisko. „Wojna w Ukrainie: »Moje miasto jest pod ostrzałem, ale mama mi nie wierzy«” – głosił nagłówek tekstu w BBC z 5 marca autorstwa Marii Korenyuk i Jacka Goodmana. „Ukrainiec traci rodziców przez rosyjską propagandę: »Mogę uważać się za sierotę«” – pisała tego samego dnia Thaisa Semenova, reporterka „Kyiv Independent”. „Ukraińcy dowiadują się, że ich bliscy nie wierzą w wojnę”, donosiła 6 marca w „The New York Timesie” Valerie Hopkins. Zanim jeszcze Roskomnadzor podjął próbę zamknięcia w Rosji internetu, krajowe media skutecznie zamknęły część społeczeństwa w alternatywnej rzeczywistości.

Przekonanie o sile rosyjskiej propagandy sprawia jednak, że rewelacje te nie brzmią tak szokująco. Czy zachodnie, liberalne demokracje mogą więc spać spokojnie, wyliczając sobie przed zaśnięciem prawa i swobody swoich obywatelek? Czy wolność słowa dostatecznie chroni przed dezinformacją? Niech ponownie przemówią nagłówki. „Ukraina to fałszywa flaga! Nie, to koniec Deep State’u! Oszołomy nie mogą się zdecydować” – ostrzegał 28 lutego publicysta „Rolling Stone” Peter Wade. „Inwazja na Ukrainę: Fałszywe twierdzenia nadal stają się wiralami” – pisali tego samego dnia Kayleen Devlin i Shayan Sardarizadeh, dziennikarze portalu BBC. „Proputinowska dezinformacja na temat Ukrainy kwitnie w internetowych grupach antyszczepionkowych” – donosiła 2 marca Kiera Butler na łamach „Mother Jones”.

Alchemicy autokratów opracowujący proszki do prania mózgów. Instagramowi influencerzy wypływający na szerokie wody na fali kontrowersji. Populistyczni politycy spragnieni upajających procentów poparcia. I setki tysięcy osób wierzących zupełnie szczerze, że świat ich okłamuje, chłonący jak gąbka prawdziwszą prawdę, która, jak w Archiwum X, jest „gdzieś tam” – w tekstach sprzed setek lat czy postach na forum sprzed kilku miesięcy. Z rezerwuaru konspiracjonizmu korzystają różni ludzie, w  różnych celach, na różne sposoby. Teorie spiskowe są w końcu niezwykle praktyczne.

Wciągnięci w spisek

Choć o  teoriach spiskowych mówi i  pisze się  sporo, to ich wątek zbyt często ucinany jest jedną z dwóch brzytew, noszących nazwiska Ockhama i Hanlona. Ta pierwsza każe ciąć, gdy znajdzie się najprostsze wyjaśnienie problemu, np.: skoro nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o  pieniądze. Według takiego wyjaśnienia głosiciele teorii spiskowych to nic więcej jak opłacane trolle, zawodowi siewcy zamętu i guru bogacący się na tragediach. Druga brzytwa znajduje z kolei zastosowanie, gdy pierwsza okaże się zbyt tępa. Zasada jej użycia jest następująca: owszem, może i większość przypadków da się wyjaśnić złą wolą, ale nie należy jej domniemywać, jeśli zadowalającą eksplikacją jest ludzka głupota. Ta heurystyka prowadzi do wniosku, że konspiracjonizm to domena nie tylko cyników, lecz przede wszystkim kowidiotów, odklejeńców i innych szurów (termin ten pochodzi najpewniej od słowa „szurnięty”).

Brzytwy Ockhama i Hanlona bywają wygodnym narzędziem do codziennego stosowania w kontaktach z myśleniem spiskowym. Wchodzenie z nim w polemikę czy dogłębne weryfikowanie na własną rękę wątpliwych tez nie zawsze jest bowiem pożyteczną strategią. Jak dowodził Charlie Warzel w zatytułowanym Don’t Go Down the Rabbit Hole (Nie zagłębiaj się w króliczą norę) eseju, opublikowanym w lutym 2021 r. w „NYT”, głoszący fałszywe twierdzenia często chcą przede wszystkim ukraść uwagę. Kradnąc ją, zyskują szansę, by zasiać wątpliwość. Stąd też najlepszą metodą weryfikowania informacji bywa często ta, która ogranicza do minimum kontakt z zatrutym dyskursem. Podejście to może się wydawać nieintuicyjne czy wręcz szkodliwe. Warzelowi zarzucano dywersję, nakłanianie do dezercji z pola walki o fakty. Jednak czy na pewno dogłębne studiowanie napotykanych twierdzeń jest zawsze najlepszą na nie reakcją? Zachęty do „włączenia myślenia”, „szukania prawdy na własną rękę” i „kwestionowania wszystkiego” należą wszak – paradoksalnie – do arsenału taktyk konspiracjonistów. Namawiając do zejścia z utartych szlaków, szukają szansy, by przeciągnąć na swoją stronę osoby pozbawione kompetencji (cyfrowych, medialnych, akademickich) niezbędnych do przetrwania w informacyjnej dziczy.

Nie znaczy to, że wątki spiskowe należy zawsze kategorycznie ucinać, gdy tylko się pojawią. Po pierwsze, dlatego że spiski bywają prawdą. Po drugie zaś, dlatego że fałszywe teorie dają wgląd w ważne obszary społecznej świadomości: w sfery lęków i nadziei, w źródła rezygnacji i spełnienia.

Jednakże ciągnąć te wątki trzeba ze świadomością, że nie prowadzą do idealnie kulistego kłębka, tylko do chaotycznej plątaniny obaw i frustracji, nienawiści czy nawet zbrodni.

Przeteoretyzowanie

Pierwszy supeł napotkać można już na etapie definiowania teorii spiskowych. Pozornie nie jest to trudne. Jedna z popularniejszych definicji, autorstwa Michaela Barkuna, autora pracy A Culture of Conspiracy (Kultura spisku), głosi, że spiskowy światopogląd opiera się na trzech zasadach: nic nie dzieje się przypadkiem; nic nie jest takie, jakie się wydaje; wszystko jest powiązane. Nieco więcej cech, w tym wymienione wyżej, zawiera definicja proponowana przez Komisję Europejską i UNESCO. Teoria spiskowa, oprócz istnienia sekretnej zmowy, zakłada obecność grupy spiskowców, opiera się na wątpliwych dowodach, dzieli świat na dobrych i złych, a pewną kategorię podmiotów traktuje jako kozły ofiarne.

Te i podobne definicje oparte na wyliczeniu charakterystyk zgrabnie ujmują kluczowe wyróżniki najpopularniejszych teorii spiskowych. Na gruncie uniwersyteckim są jednak często kontestowane. Próbę podsumowania spektrum rozważań akademickich podjął w pracy Conceptual History and Conspiracy Theory (Historia pojęć i teoria spisku) Andrew McKenzie-McHarg. Na jednym krańcu spektrum kładzie podejście postrzegające konspiracjonizm jako „antropologiczną stałą”, towarzyszącą ludzkości od zawsze praktykę tworzenia alternatywnych wizji rzeczywistości ze świadomością, że idą w poprzek temu, co powszechnie uważa się za fakty. To podejście opiera się na założeniu, że rozróżnienie między prawomocnymi a nieprawomocnymi wersjami wydarzeń istniało zawsze w świadomości społecznej  – co jednak wiele badaczek podważa. Choć nie brak prac poświęconych teoriom spiskowym w antycznym Rzymie czy średniowiecznej Europie, to z reguły celowo używają tej kategorii anachronicznie, by ukazać podobieństwa i różnice względem współczesności.

Analizując w  pracy Conspiracy Theories in the Roman Empire (Teorie spiskowe w  starożytnym Rzymie) starożytne narracje na temat pożaru Rzymu z 64 r., Victoria Emma Pagán wskazuje kilka znanych współcześnie cech myślenia konspiracjonistycznego. Krążące w I w. n.e. teorie obarczające winą za katastrofę cesarza Nerona bądź wspólnoty chrześcijańskie służyły paru ważnym celom. Nadawały sens rzeczywistości, tłumacząc, dlaczego bogowie nie uchronili Wiecznego Miasta. Odsuwały obawy, że z powodu ludzkich zaniedbań podobne katastrofy mogą powracać. Pozwalały rozładować napięcie wywołane przez kryzys, wskazać odpowiedzialnych za jego powstanie i nie dopuścić, by naruszył reguły funkcjonowania społeczeństwa.

Jednocześnie protokonspiracjonizm opisywany choćby w Rocznikach Tacyta dzielą od współczesnego istotne różnice. Pierwszą jest choćby to, że antyczny historyk nie dyskredytuje prezentowanych teorii, ale postrzega je jako dopuszczalne. Do tego dochodzą warunki kulturowe. Kultura oralna tworzy środowisko, w którym plotki i pogłoski krążą inaczej niż w kulturze opartej na druku i nowych mediach. Antyczna sfera publiczna była ograniczona przestrzennie, oparta na relacjach bezpośrednich, cenzurowana, wykluczająca z uczestnictwa większość społeczeństwa. W  takich warunkach dzisiejsze teorie spiskowe, nawet gdyby wykiełkowały, zapewne szybko by obumarły.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer