Jan Jęcz październik 2021

Bawi cię to?

Na większość pytań dotyczących humoru w Polsce próżno szukać rozstrzygających odpowiedzi, ale przynajmniej jedno jest pewne: najśmieszniejszy żart na świecie to chłop przebrany za babę. To ironiczne stwierdzenie nie tak dawno jeszcze traktowane było jak prawo natury.

Artykuł z numeru

Z czego się śmiejemy

„Jak się chłop za babę przebierze, to jest zawsze śmieszne” – komentowała w 2007 r. jeden z występów w programie Jak oni śpiewają Elżbieta Zapendowska. Od dekad chłop przebrany za babę wywołuje salwy śmiechu samym pojawieniem się na scenie, zanim jeszcze zdąży cokolwiek powiedzieć. Powraca pod różnymi imionami, w różnych przebraniach, bawiąc skrajnie odmienne audytoria. Jako Genowefa Pigwa komentująca przez ponad 40 lat zmieniającą się gwałtownie rzeczywistość wciąż tą samą, udawaną gwarą. Jako Pani Pelagia, której historie z fabryki bombek opowiadane na festiwalu w Opolu w 1980 r. Telewizja Polska obawiała się transmitować na żywo. Jako Pani Lola, znawczyni tajemnic krakowskiego środowiska literackiego, zakochana w Bronisławie Maju i odrzucająca awanse Czesława Miłosza. Wreszcie jako Hela, występująca zawsze w parze z mężem Marianem, czy Mariolka, znana z homeryckiego epitetu „krejzolka”.

Korowód wymienionych postaci historią sięga połowy lat 70. Występy z ich udziałem reprezentują odmienne formy kabaretu – literacki, polityczny, obyczajowy, sytuacyjny. Odbywały się przed zróżnicowaną publicznością – elitarną, jak podczas 40-lecia Wydawnictwa Znak, czy masową, na gromadzących tysiące osób kabaretonach. Nie wszystkie kreacje cieszą się taką samą estymą. Występy Pani Pelagii, czyli Bohdana Smolenia w programie S tyłu sklepu to, zdaniem Bena Lewisa, autora książki Śmiech i młot. Historia komunizmu w dowcipach, najostrzejsza polityczna satyra wyemitowana przez telewizję w krajach bloku wschodniego. Skecze Konia Polskiego czy Paranienormalnych stanowią zaś regularnie przyczynę lamentów nad brakiem gustu dzisiejszej publiczności kabaretowej. Sam topos chłopa przebranego za babę przez długi czas traktowany był przy tym dość bezkrytycznie – problem stanowił jedynie sposób jego wykorzystania.

Ten bastion śmieszności zaczął jednak popadać w ruinę. Jego fundamenty najsilniej podkopało pokolenie kabareciarzy, którzy zaczęli święcić tryumfy na początku XXI w. Używając języka Kanta, chłopa przebranego za babę potraktowali oni jako cel sam w sobie, a nie jako środek do celu, czyniąc clue występów niechlujny kostium czy modulację głosu. Ten niewymagający wysiłku w odbiorze humor cieszył się popularnością w mediach masowych o zróżnicowanym audytorium – cieszy zresztą do dziś, bo pogłoski o śmierci chłopa przebranego za babę są mocno przesadzone. Ceniły go także rosnące w całej Polsce przedsiębiorstwa, organizujące zachodnim wzorem imprezy integracyjne z udziałem popularnych kabaretów. Prostota dowcipu czy brak politycznego zaangażowania stanowiły ich atut. Mimo to w końcu powtarzalność skeczów oraz napływ kolejnych grup szukających komercyjnego sukcesu dzięki sprawdzonemu patentowi doprowadziły do przesytu. W tekście (Nie)śmieszne maratony kabaretowe z sierpnia 2011 r. Aneta Kyzioł przy okazji przeglądu rodzimej sceny kabaretowej pisała: „Ulubionymi rekwizytami polskich kabareciarzy są śmieszne peruki, okulary, podomki i papiloty (przebranie »za babę« to klasyka), siateczkowe podkoszulki i berety z antenką. Jakby wszyscy zgodnie przyjęli, że tylko głupszy ma prawo stroić sobie żarty z ludzi, którzy zapłacili za bilet”. Król nie okazał się może nagi, ale za to jaskrawo umalowany i krzyczący falsetem losowe frazy.

Krytyka młodych polskich kabaretów (a przy okazji skeczy z chłopem przebranym za babę) jest jednak często równie pełna oburzenia, co powierzchowna. Zarzuty rzadko kiedy sięgają głębiej niż warstwy estetycznej – krzykliwości, wulgarności, przerysowania. Szczególnie często powtarza się uwaga, że skecze dla odbiorcy masowego są zbyt mało wymagające intelektualnie, jakby kabaret miał być sprawdzianem kulturowej czy politycznej świadomości. To przekonanie, że żart prosty to żart gorszy, wynika w dużej mierze z kultu humorystycznej twórczości międzywojnia. Krytycy zapatrzeni w kabarety literackie II RP oraz powojennych kontynuatorów ich tradycji zapominają tymczasem, że były dzieckiem czasów głębokich społecznych nierówności. Na występy Qui Pro Quo chodziła elita, tworzący program pisarze nie musieli przejmować się poczuciem humoru większości Polek i Polaków. Obecność w mediach masowych, szczególnie publicznych, kabaretów stawiających na żarty wizualne czy grę stereotypami traktować więc można jako zjawisko pozytywne, świadczące o egalitaryzacji, demokratyzacji dostępu do rozrywki.

Co więc z chłopem przebranym za babę? Czy należy zostawić go w  spokoju? Pozwolić, by niczym Żyd Wieczny Tułacz wędrował dalej przez czas i przestrzeń? Niekoniecznie.

Dyskurs inteligencki, skupiony na estetyce, nie jest przecież jedynym mającym zastrzeżenia do tego zjawiska. Argumentów szukać można w  krytyce queerowej czy feministycznej. Ich przykład dała w  portalu Noizz transpłciowa aktywistka Maja Heban: „W amerykańskiej popkulturze, którą karmiono nas w okresie transformacji, nie brakowało przedstawień osób transpłciowych jako zaburzonych, dziwnych czy godnych politowania. Takich motywów nie było wiele w polskiej kulturze, podobne skojarzenia budzi co najwyżej fenomen czegoś, co w polskim internecie jest raz na jakiś czas ironicznie przedstawiane jako »najśmieszniejsza rzecz świata«, czyli »chłop przebrany za babę« znany z rodzimych kabaretów. I choć sam fakt przebrania się aktora czy komika za mówiącą falsetem kobietę nie jest dosłownym nawiązaniem do transpłciowości, to jestem pewna, że wiele transpłciowych osób powie, że taki widok wprawia je w zakłopotanie, bo boją się, że tak właśnie są postrzegane”.

Z kolei improwizatorka Marta Iwaszkiewicz w wywiadzie dla serwisu Culture.pl na pytanie o to, czy śmieszy ją chłop przebrany za babę, odpowiedziała: „Tak, jeśli jest to drag queen, czyli »chłop przebrany za babę«, ale nie po to, żeby powielać krzywdzące stereotypy, tylko uwznioślający się dzięki przebraniu”. Krytyka po tych liniach, w  przeciwieństwie do zarzutów odnoszących się do stylu, obejmuje już nie tylko „złe” wykorzystania toposu, ale także te „dobre”, sprawne literacko, cieszące się uznaniem. Pozwala choćby dostrzec, że w zdominowanym od początków swojego istnienia przez mężczyzn kabarecie kobiety rzadko pojawiały się jako niezależny podmiot, a częściej jako przedmiot, rekwizyt zakładany na potrzeby sceny i zdejmowany, gdy przestawał być potrzebny.

A kto to przyszedł? Pan maruda

To, że humor można w ogóle poddawać moralnej krytyce, nie jest jednak poglądem oczywistym. Gdyby powstał kodeks wykroczeń towarzyskich, za „psucie zabawy” i „tłumaczenie żartów” serwowałby zapewne surowe kary, w tym wymiar maksymalny: uznanie za człowieka bez poczucia humoru. Nie trzeba zresztą na ten temat gdybać. W internecie taką naganę wymierza się już dziś – oczywiście, jak to w sieci, często ironicznie – serwując np. skazanej osobie mem z tekstem: „A kto to przyszedł? Pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci”.

Cytat pochodzi z YouTube’owego serialu Star Trek Przerobiony Jakuba „Dema” Dębskiego, rysownika, animatora i komika. Dębski popularność zdobył ponad dekadę temu serią komiksową Duże ilości naraz psów, z którego liczne frazy i kadry służą do dziś w komunikacji online i offline. W ostatnim czasie zasłynął natomiast absurdalnym serialem animowanym Kuce z Bronksu. Siłę i zasięg jego memetycznego oddziaływania obserwować można było choćby podczas Strajków Kobiet. Wśród transparentów tworzących doskonałą panoramę kulturowych inspiracji młodych i zaangażowanych społecznie Polek i Polaków wiele odwoływało się do twórczości Dębskiego.

Dem, rocznik 1988, trzy lata starszy od internetu w Polsce, to ciekawy kandydat na studium przypadku przemian poczucia humoru pokolenia dzieci sieci, szczególnie zaś jego męskiej części. W nagranym w 2018 r. filmie Dem3000 – Jakub Dębski – kim jestem i co tu robię od ośmiu lat? opowiada: „(…) przeszedłem przemianę od korwinisty do lewaka  – serdecznie polecam, bardzo podnosi jakość życia i usuwa jad z organizmu”. Ze swoją dawną twórczością, bardziej prowokującą, momentami obraźliwą wobec kobiet czy osób z niepełnosprawnościami, rozliczał się cyklem Nowe Ogarnij Się. W odcinku Feministki porusza temat zmiany podejścia do praw kobiet, odgrywając scenkę rozmowy narzekającej na dyskryminację Gieni z sobą samym sprzed dwóch lat. Nie obyło się też bez nawiązania do chłopa przebranego za babę – przed rozpoczęciem dialogu Dębski zaznacza: „Nie będę zakładał peruki jak jakiś YouTube’owy śmieć, tylko po prostu ustalmy, że jestem Gienia”.

Nowsza twórczość Dębskiego, jak wspomniany już Star Trek Przerobiony, pełna jest tego rodzaju mrugnięć okiem do odbiorczyń świadomych rządzących humorem schematów. Projekt ten sam jest grą z dobrze znaną polskim internautom konwencją polegającą na nagrywaniu do zmontowanych klipów z filmów i seriali własnej ścieżki lektorskiej. Najpopularniejsze remiksy tego typu to wulgarne przeróbki Misia Uszatka07 zgłoś się, korzeniami sięgające lat 90. Na początku XXI w. zyskały głos Ivony – dostępnego za darmo syntezatora mowy. Przesyt korzystających z niego klipów sprawił, że hasło „0 Ivony” w tytule stało się znakiem jakości, sygnalizowało włożoną w film pracę. W Star Treku Przerobionym Dębski sam podkłada głos, a  jako materiał źródłowy wykorzystuje, w przeciwieństwie do większości parodystów, dzieło niszowe, kojarzone z  kulturą geekowską. Anturaż słynnej franczyzy science fiction jest jednak tylko pretekstem dla absurdalnego humoru, w którym nowe gagi przeplatane są przekształcaniem czy psuciem tych dobrze znanych. Najlepszy tego przykład stanowi odcinek o wiele mówiącym osobom obeznanym z internetowym folklorem tytule Otwarcie parasola. Supermądry komputer pokładowy obraca w nim żarty kapitana Kirka, uosobienie dowcipu w stylu „wuj na weselu”, przeciwko niemu. Ostatecznie jednak musi za to przepraszać, bo przecież, jak zauważa Kirk, „śmiech to zdrowie”.

Star Treku Przerobionym „panem marudą” nazwany został Spock, najbardziej racjonalny załogant statku. Obdarzyć tym epitetem można także samego Dębskiego. W cyklu Program z humorkiem, pod pozorem tworzenia przeglądu najśmieszniejszych treści z polskiego internetu, piętnuje ich przywary. Dostaje się opierającym komizm na stawianiu przypadkowych osób w niekomfortowych sytuacjach pranksterom, homofobicznym tyradom YouTube’owych komentatorów wszystkiego czy, jakżeby inaczej, festiwalom najgorszych -izmów, znanym też jako skecze kabaretów. Dem to oczywiście niejedyny popularny twórca internetowy specjalizujący się w krytyce humoru. Jakub „Gargamel” Chuptyś od lat rozprawia się z internetowymi śmieszkami z YouTube’a, Instagrama czy TikToka, zaś Kasia Babis, tocząc krucjatę przeciwko „dziaderstwu” w polskiej fantastyce, rozkłada na czynniki pierwsze ulubione żarty pisarzy.

Czyżby część wychowanego z internetem pokolenia zmęczyła się ciągłym śmieszkowaniem? Nie śmianiem się w ogóle, ale śmiechem bezrefleksyjnym, byciem w stanie niekontrolowanego rozbawienia, uzależnieniem od lolcontentu i pozostawaniem w ironicznym dystansie.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer