Jan Jęcz październik 2021

Bawi cię to?

Na większość pytań dotyczących humoru w Polsce próżno szukać rozstrzygających odpowiedzi, ale przynajmniej jedno jest pewne: najśmieszniejszy żart na świecie to chłop przebrany za babę. To ironiczne stwierdzenie nie tak dawno jeszcze traktowane było jak prawo natury.

Artykuł z numeru

Z czego się śmiejemy

„Jak się chłop za babę przebierze, to jest zawsze śmieszne” – komentowała w 2007 r. jeden z występów w programie Jak oni śpiewają Elżbieta Zapendowska. Od dekad chłop przebrany za babę wywołuje salwy śmiechu samym pojawieniem się na scenie, zanim jeszcze zdąży cokolwiek powiedzieć. Powraca pod różnymi imionami, w różnych przebraniach, bawiąc skrajnie odmienne audytoria. Jako Genowefa Pigwa komentująca przez ponad 40 lat zmieniającą się gwałtownie rzeczywistość wciąż tą samą, udawaną gwarą. Jako Pani Pelagia, której historie z fabryki bombek opowiadane na festiwalu w Opolu w 1980 r. Telewizja Polska obawiała się transmitować na żywo. Jako Pani Lola, znawczyni tajemnic krakowskiego środowiska literackiego, zakochana w Bronisławie Maju i odrzucająca awanse Czesława Miłosza. Wreszcie jako Hela, występująca zawsze w parze z mężem Marianem, czy Mariolka, znana z homeryckiego epitetu „krejzolka”.

Korowód wymienionych postaci historią sięga połowy lat 70. Występy z ich udziałem reprezentują odmienne formy kabaretu – literacki, polityczny, obyczajowy, sytuacyjny. Odbywały się przed zróżnicowaną publicznością – elitarną, jak podczas 40-lecia Wydawnictwa Znak, czy masową, na gromadzących tysiące osób kabaretonach. Nie wszystkie kreacje cieszą się taką samą estymą. Występy Pani Pelagii, czyli Bohdana Smolenia w programie S tyłu sklepu to, zdaniem Bena Lewisa, autora książki Śmiech i młot. Historia komunizmu w dowcipach, najostrzejsza polityczna satyra wyemitowana przez telewizję w krajach bloku wschodniego. Skecze Konia Polskiego czy Paranienormalnych stanowią zaś regularnie przyczynę lamentów nad brakiem gustu dzisiejszej publiczności kabaretowej. Sam topos chłopa przebranego za babę przez długi czas traktowany był przy tym dość bezkrytycznie – problem stanowił jedynie sposób jego wykorzystania.

Ten bastion śmieszności zaczął jednak popadać w ruinę. Jego fundamenty najsilniej podkopało pokolenie kabareciarzy, którzy zaczęli święcić tryumfy na początku XXI w. Używając języka Kanta, chłopa przebranego za babę potraktowali oni jako cel sam w sobie, a nie jako środek do celu, czyniąc clue występów niechlujny kostium czy modulację głosu. Ten niewymagający wysiłku w odbiorze humor cieszył się popularnością w mediach masowych o zróżnicowanym audytorium – cieszy zresztą do dziś, bo pogłoski o śmierci chłopa przebranego za babę są mocno przesadzone. Ceniły go także rosnące w całej Polsce przedsiębiorstwa, organizujące zachodnim wzorem imprezy integracyjne z udziałem popularnych kabaretów. Prostota dowcipu czy brak politycznego zaangażowania stanowiły ich atut. Mimo to w końcu powtarzalność skeczów oraz napływ kolejnych grup szukających komercyjnego sukcesu dzięki sprawdzonemu patentowi doprowadziły do przesytu. W tekście (Nie)śmieszne maratony kabaretowe z sierpnia 2011 r. Aneta Kyzioł przy okazji przeglądu rodzimej sceny kabaretowej pisała: „Ulubionymi rekwizytami polskich kabareciarzy są śmieszne peruki, okulary, podomki i papiloty (przebranie »za babę« to klasyka), siateczkowe podkoszulki i berety z antenką. Jakby wszyscy zgodnie przyjęli, że tylko głupszy ma prawo stroić sobie żarty z ludzi, którzy zapłacili za bilet”. Król nie okazał się może nagi, ale za to jaskrawo umalowany i krzyczący falsetem losowe frazy.

Krytyka młodych polskich kabaretów (a przy okazji skeczy z chłopem przebranym za babę) jest jednak często równie pełna oburzenia, co powierzchowna. Zarzuty rzadko kiedy sięgają głębiej niż warstwy estetycznej – krzykliwości, wulgarności, przerysowania. Szczególnie często powtarza się uwaga, że skecze dla odbiorcy masowego są zbyt mało wymagające intelektualnie, jakby kabaret miał być sprawdzianem kulturowej czy politycznej świadomości. To przekonanie, że żart prosty to żart gorszy, wynika w dużej mierze z kultu humorystycznej twórczości międzywojnia. Krytycy zapatrzeni w kabarety literackie II RP oraz powojennych kontynuatorów ich tradycji zapominają tymczasem, że były dzieckiem czasów głębokich społecznych nierówności. Na występy Qui Pro Quo chodziła elita, tworzący program pisarze nie musieli przejmować się poczuciem humoru większości Polek i Polaków. Obecność w mediach masowych, szczególnie publicznych, kabaretów stawiających na żarty wizualne czy grę stereotypami traktować więc można jako zjawisko pozytywne, świadczące o egalitaryzacji, demokratyzacji dostępu do rozrywki.

Co więc z chłopem przebranym za babę? Czy należy zostawić go w  spokoju? Pozwolić, by niczym Żyd Wieczny Tułacz wędrował dalej przez czas i przestrzeń? Niekoniecznie.

Dyskurs inteligencki, skupiony na estetyce, nie jest przecież jedynym mającym zastrzeżenia do tego zjawiska. Argumentów szukać można w  krytyce queerowej czy feministycznej. Ich przykład dała w  portalu Noizz transpłciowa aktywistka Maja Heban: „W amerykańskiej popkulturze, którą karmiono nas w okresie transformacji, nie brakowało przedstawień osób transpłciowych jako zaburzonych, dziwnych czy godnych politowania. Takich motywów nie było wiele w polskiej kulturze, podobne skojarzenia budzi co najwyżej fenomen czegoś, co w polskim internecie jest raz na jakiś czas ironicznie przedstawiane jako »najśmieszniejsza rzecz świata«, czyli »chłop przebrany za babę« znany z rodzimych kabaretów. I choć sam fakt przebrania się aktora czy komika za mówiącą falsetem kobietę nie jest dosłownym nawiązaniem do transpłciowości, to jestem pewna, że wiele transpłciowych osób powie, że taki widok wprawia je w zakłopotanie, bo boją się, że tak właśnie są postrzegane”.

Z kolei improwizatorka Marta Iwaszkiewicz w wywiadzie dla serwisu Culture.pl na pytanie o to, czy śmieszy ją chłop przebrany za babę, odpowiedziała: „Tak, jeśli jest to drag queen, czyli »chłop przebrany za babę«, ale nie po to, żeby powielać krzywdzące stereotypy, tylko uwznioślający się dzięki przebraniu”. Krytyka po tych liniach, w  przeciwieństwie do zarzutów odnoszących się do stylu, obejmuje już nie tylko „złe” wykorzystania toposu, ale także te „dobre”, sprawne literacko, cieszące się uznaniem. Pozwala choćby dostrzec, że w zdominowanym od początków swojego istnienia przez mężczyzn kabarecie kobiety rzadko pojawiały się jako niezależny podmiot, a częściej jako przedmiot, rekwizyt zakładany na potrzeby sceny i zdejmowany, gdy przestawał być potrzebny.

A kto to przyszedł? Pan maruda

To, że humor można w ogóle poddawać moralnej krytyce, nie jest jednak poglądem oczywistym. Gdyby powstał kodeks wykroczeń towarzyskich, za „psucie zabawy” i „tłumaczenie żartów” serwowałby zapewne surowe kary, w tym wymiar maksymalny: uznanie za człowieka bez poczucia humoru. Nie trzeba zresztą na ten temat gdybać. W internecie taką naganę wymierza się już dziś – oczywiście, jak to w sieci, często ironicznie – serwując np. skazanej osobie mem z tekstem: „A kto to przyszedł? Pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci”.

Cytat pochodzi z YouTube’owego serialu Star Trek Przerobiony Jakuba „Dema” Dębskiego, rysownika, animatora i komika. Dębski popularność zdobył ponad dekadę temu serią komiksową Duże ilości naraz psów, z którego liczne frazy i kadry służą do dziś w komunikacji online i offline. W ostatnim czasie zasłynął natomiast absurdalnym serialem animowanym Kuce z Bronksu. Siłę i zasięg jego memetycznego oddziaływania obserwować można było choćby podczas Strajków Kobiet. Wśród transparentów tworzących doskonałą panoramę kulturowych inspiracji młodych i zaangażowanych społecznie Polek i Polaków wiele odwoływało się do twórczości Dębskiego.

Dem, rocznik 1988, trzy lata starszy od internetu w Polsce, to ciekawy kandydat na studium przypadku przemian poczucia humoru pokolenia dzieci sieci, szczególnie zaś jego męskiej części. W nagranym w 2018 r. filmie Dem3000 – Jakub Dębski – kim jestem i co tu robię od ośmiu lat? opowiada: „(…) przeszedłem przemianę od korwinisty do lewaka  – serdecznie polecam, bardzo podnosi jakość życia i usuwa jad z organizmu”. Ze swoją dawną twórczością, bardziej prowokującą, momentami obraźliwą wobec kobiet czy osób z niepełnosprawnościami, rozliczał się cyklem Nowe Ogarnij Się. W odcinku Feministki porusza temat zmiany podejścia do praw kobiet, odgrywając scenkę rozmowy narzekającej na dyskryminację Gieni z sobą samym sprzed dwóch lat. Nie obyło się też bez nawiązania do chłopa przebranego za babę – przed rozpoczęciem dialogu Dębski zaznacza: „Nie będę zakładał peruki jak jakiś YouTube’owy śmieć, tylko po prostu ustalmy, że jestem Gienia”.

Nowsza twórczość Dębskiego, jak wspomniany już Star Trek Przerobiony, pełna jest tego rodzaju mrugnięć okiem do odbiorczyń świadomych rządzących humorem schematów. Projekt ten sam jest grą z dobrze znaną polskim internautom konwencją polegającą na nagrywaniu do zmontowanych klipów z filmów i seriali własnej ścieżki lektorskiej. Najpopularniejsze remiksy tego typu to wulgarne przeróbki Misia Uszatka07 zgłoś się, korzeniami sięgające lat 90. Na początku XXI w. zyskały głos Ivony – dostępnego za darmo syntezatora mowy. Przesyt korzystających z niego klipów sprawił, że hasło „0 Ivony” w tytule stało się znakiem jakości, sygnalizowało włożoną w film pracę. W Star Treku Przerobionym Dębski sam podkłada głos, a  jako materiał źródłowy wykorzystuje, w przeciwieństwie do większości parodystów, dzieło niszowe, kojarzone z  kulturą geekowską. Anturaż słynnej franczyzy science fiction jest jednak tylko pretekstem dla absurdalnego humoru, w którym nowe gagi przeplatane są przekształcaniem czy psuciem tych dobrze znanych. Najlepszy tego przykład stanowi odcinek o wiele mówiącym osobom obeznanym z internetowym folklorem tytule Otwarcie parasola. Supermądry komputer pokładowy obraca w nim żarty kapitana Kirka, uosobienie dowcipu w stylu „wuj na weselu”, przeciwko niemu. Ostatecznie jednak musi za to przepraszać, bo przecież, jak zauważa Kirk, „śmiech to zdrowie”.

Star Treku Przerobionym „panem marudą” nazwany został Spock, najbardziej racjonalny załogant statku. Obdarzyć tym epitetem można także samego Dębskiego. W cyklu Program z humorkiem, pod pozorem tworzenia przeglądu najśmieszniejszych treści z polskiego internetu, piętnuje ich przywary. Dostaje się opierającym komizm na stawianiu przypadkowych osób w niekomfortowych sytuacjach pranksterom, homofobicznym tyradom YouTube’owych komentatorów wszystkiego czy, jakżeby inaczej, festiwalom najgorszych -izmów, znanym też jako skecze kabaretów. Dem to oczywiście niejedyny popularny twórca internetowy specjalizujący się w krytyce humoru. Jakub „Gargamel” Chuptyś od lat rozprawia się z internetowymi śmieszkami z YouTube’a, Instagrama czy TikToka, zaś Kasia Babis, tocząc krucjatę przeciwko „dziaderstwu” w polskiej fantastyce, rozkłada na czynniki pierwsze ulubione żarty pisarzy.

Czyżby część wychowanego z internetem pokolenia zmęczyła się ciągłym śmieszkowaniem? Nie śmianiem się w ogóle, ale śmiechem bezrefleksyjnym, byciem w stanie niekontrolowanego rozbawienia, uzależnieniem od lolcontentu i pozostawaniem w ironicznym dystansie.

Osobiste świadectwo takiej przemiany przedstawił w tekście Nieskończony karnawał pisarz i publicysta Michał R. Wiśniewski, pisząc: „Wyrosłem w gospodarce niedoboru, kiedy wszystko było na kartki, także żarty. Dziecku z lat 80. przysługiwały trzy dowcipy tygodniowo: »Uśmiech numeru« w harcerskiej gazecie »Świat Młodych«, krótka historyjka obrazkowa z gumy do życia »Donald« oraz żart opowiadany na podwórku (…). Z braku laku oglądałem dorosłe kabarety i śmiałem się z żartów Pietrzaka czy Smolenia, bo wszyscy się śmiali (…). Potem przyszły lata 90., czas książek i gazetek z dowcipami, telewizji satelitarnej z amerykańskimi komikami i serialami komediowymi – dekada śmiechu, pod koniec której podłączyłem się do internetu. O raju, przepadłem. Nadszedł moment, kiedy znałem każdy dowcip, który ktoś próbował opowiedzieć w moim towarzystwie. Poznałem chyba wszystkie rodzaje humoru, najbardziej »ryzykowne« i obrzydliwe żarty. I cały czas się śmiałem. Aż w końcu humor mi się przejadł i przestałem”.

Między refleksem a refleksją

Choć krytyka humoru cieszy się rosnącą popularnością, to poddawane jej utwory – filmy, seriale, żarty słowne i obrazkowe, kabarety z Opola i YouTube’a – znacznie większą. Gdyby stały się przedmiotem refleksji, być może ich czar by prysł. Poważne rozmowy o braku powagi nie wypełniają jednak codzienności Polek i Polaków. Za ich ersatz służą ewentualnie ludowe mądrości, jak przywoływane już „śmiech to zdrowie”, czy komunały w rodzaju „w życiu potrzeba dystansu” bądź „z pewnych spraw się nie żartuje”. Socjolog Julian Madej, autor pracy Społeczna percepcja humoru. Co społeczeństwo myśli o humorze i co humor mówi o społeczeństwie, w rozmowie z tygodnikiem „Przegląd” przedstawił następującą diagnozę stanu debaty nad komizmem: „Polacy niewiele myślą o humorze. O humorze się nie mówi, nie rozprawia. Stanowi on część naszej egzystencji, naszych interakcji, ale jest doświadczany i używany bezrefleksyjnie, jest sprawą refleksu, a nie refleksji”.

Szukając przyczyn tego zjawiska, warto zwrócić się ku rozważaniom bodaj najwybitniejszego teoretyka (bez)refleksyjności, Pierre’a Bourdieu. Jego koncepcje do badań humoru wykorzystała holenderska socjolożka Giselinde Kuipers, za przedmiot badań obierając swoich rodaków i  rodaczki, a  także społeczeństwo amerykańskie. W wydanej w 2015 r. książce Good Humor, Bad Taste. A Sociology of the Joke wiąże poczucie humoru z pojęciem gustu: „Gust jest integralną częścią tego, co Bourdieu nazywa habitusem: kultury ucieleśnionej, kultury, która stała się częścią najbardziej automatycznych reakcji i  preferencji ludzi. Dotyczy to nie tylko preferencji czy awersji estetycznych, ale także tego, jak ludzie mówią, jak się poruszają, jak są postrzegani przez siebie i innych. Wszystko to kształtowane jest przez kulturę, pozycję społeczną i osobistą ścieżkę. To, co ktoś uważa za humorystyczne, jest również częścią habitusu: reakcja na humor jest niemal odruchem – albo się śmiejesz, albo nie. Ale jednocześnie (…) reakcje te są silnie związane z  pozycją społeczną: różni ludzie śmieją się z różnych rzeczy”.

Kuipers zwraca także uwagę, że gust, a więc i różnice w poczuciu humoru nie są tylko pochodną nierówności w posiadanym kapitale kulturowym czy ekonomicznym. Kształtują go także podziały wiekowe, genderowe, etniczne. Kulturową spójność, mimo rosnącego zróżnicowania społeczeństw, udaje się jednak zachować dzięki przemocy symbolicznej – władzy ustalania akceptowanych powszechnie, przedrefleksyjnych założeń. Jej siłę widać choćby w opiniach na temat dawnego kabaretu literackiego.

Twierdzenie, że Kabaret Starszych Panów to szczyt komizmu, nawet wówczas gdy nie widziało się ani odcinka programu, to przejaw „odpowiedniego” poczucia humoru.

Z  kolei internetowe copypasty, humorystyczne historie anonimowych autorów, powielane i dopasowywane do nowych kontekstów, choćby i najlepiej napisane, długo jeszcze nie doczekają się włączenia do kanonu. Jednym z elementów dominacji jest bowiem podkreślanie dystynkcji, różnic klasowych, poprzez konsumpcję treści o wysokim walorze estetycznym. To, czy rzeczywiście wywołują dziś rozbawienie, czy ich mechanizmy komizmu wciąż działają, nie ma znaczenia. Ważne, że w tekstach Gałczyńskiego czy Przybory mieszka nieśmiertelny dowcip, który śmiech wzbudza.

Prawomocny kanon humoru jest mimo to kontestowany, a nawet ignorowany, szczególnie przez klasy niższe. Ten pierwszy proces zaobserwować można w krytycznym podejściu do żartów młodych osób o poglądach lewicowych. Jedną z cech dystynktywnych tej grupy jest wrażliwość na problemy mniejszości i innych grup dyskryminowanych przejawiająca się  np. w angażowaniu w walkę o prawa kobiet i osób LGBT+ oraz w ruchy klimatyczne. Naturalną konsekwencją tej cechy jest obawa, by nie zadawać im krzywdy nawet poprzez żarty – i powstrzymywać przed jej zadawaniem innych. Tę wrażliwość przedstawia się często jako przewrażliwienie, a ostrożne podejście do humoru, podejrzliwość wobec jego kanonu jako cenzorskie zapędy. Mimo to lewicy trudno nie uznać za jedną ze „wspólnot śmiechu”. Więzi tworzy jednak poprzez inne żarty niż te sankcjonowane w kulturze prawomocnej jako cechujące ludzi mających „właściwe” poczucie humoru. Wymienione przez Kuipers determinanty  – młody wiek, wykształcenie czy też znajomość obcych języków – warunkują w dużej mierze to, jaki dowcip rządzi w zajmowanych przez lewicę przestrzeniach internetu. W cenie są absurd, postironia, ale i żarty zaangażowane w  sprawy społeczno-politycznie czy wreszcie te dobrotliwe, wholesome, często zresztą importowane w oryginale z anglojęzycznej sieci. Wyczulenie na różne formy przemocy i postawa buntu wobec kultury dominującej – inteligenckiego etosu uwielbienia dla kabaretu literackiego czy patriarchalnego rozbawienia przemocą seksualną – powodują, że lewica zapewne częściej niż większość społeczeństwa poddaje dowcip refleksji. Co nie znaczy przecież, że obce jest jej katharsis spontanicznego śmiechu: ze slapsticku, nonsensu czy Roberta Makłowicza zaśmiewającego się w głos na widok buldoga francuskiego jedzącego koperek.

Rzeczpospolita Lolska i Trollska

Ta ostatnia scena, uwieczniona we vlogu ulubionego kucharza Polek i Polaków pt. Z Wrześni do Poznania, to być może jedyny przykład humoru będącego w stanie uczynić „wspólnotą śmiechu” cały naród. Co to pojęcie oznacza? W zatytułowanej Wspólnota śmiechu książce, wydanej w 1976 r., Kazimierz Żygulski podjął pionierską próbę stworzenia socjologicznego studium komizmu. Oddzielił w nim śmiech rozumiany jako wrodzony akt fizjologiczny od śmiechu będącego rodzajem społecznej więzi, integrującej poprzez wspólne przyczyny rozbawienia, identyfikowane i akceptowane przez wspólnotę. Sam koncept jest inspirujący, jednak rozważania snute w pozbawiony raczej naukowego rygoru sposób trudno odnieść do współczesnej Polski.

Wielowymiarowa transformacja polskiej rzeczywistości po upadku PRL objęła wszystkie tworzące kraj społeczności – także wspólnoty śmiechu. Załamał się podział na władzę i śmiejący się z niej naród, żart polityczny musiał ulec dywersyfikacji. Otwarcie na Zachód dostarczyło nie tylko nowych tematów do żartowania, ale i nowych formatów – late night show, roast i święcący dziś sukcesy stand-up oraz kreskówki dla dorosłych. No i kapitalizm, niezbędny element każdej społecznej układanki, który utowarowił humor, uczynił z dostarczania powodów do śmiechu i kreowania powiązanych nim wspólnot intratny biznes. Kioski i telewizja dostarczały codziennie dawki humoru przyprawiającej o ból brzucha, nie tyle ze śmiechu, ile z przejedzenia. Komicy, satyrycy zaczęli grać w serialach, filmach, reklamach. Działy marketingu powstających masowo przedsiębiorstw wymyślały zaś sposoby, by dostępne za darmo żarty przekuć we wzrosty sprzedaży.

Wszystkie te procesy bledną jednak w porównaniu z wpływem, który na humor wywarło pojawienie się internetu. W  zbiegu z  upadkiem oficjalnej cenzury i rozwojem wolności słowa przeorało koleiny, którymi krążyły dotychczas żarty. Choć, wbrew opiniom technooptymistów, nie wyrównało zupełnie konkurencyjności zawodów w puszczanie dowcipów na odległość, w których wciąż większe szanse mają bogatsi – w pieniądze, znajomości, wykształcenie – to zaburzyło mocno ustalone podziały społeczeństwa na żartujących, śmiejących się, wyśmiewanych. Po 30 latach tempo powstawania dzięki sieci – bo już nie tylko w  niej, podział rzeczywistości na online i offline dawno się zatarł – wspólnot śmiechu nie wydaje się maleć. Nowe źródła humoru łączące ludzi, często na wskroś innych podziałów, powstają codziennie. Spada natomiast długość życia żartu, co sprawia, że katalogowanie tego, z czego śmieją się Polki i Polacy, to syzyfowa praca. Wiele z nowych wspólnot śmiechu przewinęło się już w powyższych rozważaniach  – lewicowa wspólnota śmiechu, wspólnota śmiejących się z dekonstruowania żartów, inteligencka wspólnota śmiechu. Mimo to kilka warto dopisać do tej listy.

Budzącą do dziś kontrowersje, jednak niezwykle ważną dla współczesnej historii Polski wspólnotą śmiechu jest wspólnota żartujących z papieża. Jako reakcja na kult Karola Wojtyły, „(…) w polskim internecie uformował się specyficzny, bo (…) zrozumiały jedynie w lokalnym kontekście kulturowym, nurt zogniskowanej wokół postaci Jana Pawła II memetycznej prowokacji. (…) Jej poetyka ma charakter skrajnie absurdalny i równocześnie wyjątkowo wulgarny, celowo i świadomie obliczony na wywołanie szoku. Powstałe w jej ramach teksty są zbiorczo określane jako »cenzopapy«” – pisze w książce Memosfera. Wprowadzenie do cyberkulturoznawstwa Magdalena Kamińska. Wspólnota śmiejących się z cenzopap nie jest homogeniczna. Przynależą do niej osoby rozbawione samym faktem łamania (wciąż jeszcze) tabu, czerpiące humor z estetyki cenzo, ale i takie, które bardziej od samych żartów bawi oburzenie na nie. Cenzopapa, jak pisze Kamińska, „wycelowana jest dla żartu, lecz także w celu wywołania pewnej zmiany w zakresie sposobu myślenia i postępowania, w osoby religijne, prostolinijne i konserwatywnie nastawione, funkcjonujące w Sieci poniżej linii demarkacyjnej b-wykluczenia”. Linia ta dzieli użytkowniczki sieci na „cyfrowo natywne” (digital natives) i „cyfrowo naiwne” (digital naives) i stanowi podział nadrzędny wobec tworzonych przez poglądy polityczne czy konflikty kulturowe. W fenomenie cenzopap uwidacznia się najważniejsza zasada powstawania wspólnot śmiechu: by do nich wejść, trzeba złapać żart – czy to dzięki refleksowi, czy też refleksji.

Choć cenzopapy wywołały, niekoniecznie bezpośrednio, wiele dyskusji o granicach żartu czy kulcie JP2, to pozostają mimo wszystko humorem niszowym. Niejako w opozycji do tej wspólnoty rozwija się w Polsce inna, o wielowiekowej tradycji, oderwana od kultury prawomocnej, lecz poddawana procesom modernizacyjnym. Mowa o wspólnocie śmiechu związanego z życiem na wsi. Kazimierz Żygulski w zakończeniu swojej pracy przewidywał: „Doświadczenie uczy (…), że wbrew wielu pesymistom [kultura ludowa – przyp. J.J.] zdradza dużą żywotność, rodzi swoisty humor i humorystyczną twórczość”. Pół wieku później przewidywania te trzeba zweryfikować pozytywnie. W opublikowanym w ubiegłym roku raporcie z badania Polacy o polskich filmach najczęściej oglądanym polskim dziełem kinematograficznym okazali się Sami swoi. Każdy z 10 sezonów Rancza cieszył się w telewizji wielomilionową oglądalnością, a jego pojawienie się na platformie Netflix pod koniec ubiegłego roku dało mu nowe życie – tym razem wśród młodszych pokoleń, które nie tylko konsumują, ale i prosumują go, przetwarzają i rekontekstualizują. Mniej rozpoznawalnym, lecz ciekawym przypadkiem humoru związanego z życiem na wsi jest Kabaret Malina, autorzy parodystycznego serialu Królowie Żyta. Pochodzący z małego Pleszewa komicy, którzy poznali się podczas nauki w Zespole Szkół Kształcenia Rolniczego, przedstawiają agrarną codzienność do bólu karykaturalnie, nie stroniąc od wulgarności czy żartów z trapiącego wieś alkoholizmu. To, co wielkomiejski odbiorca wziąć może za ordynarny klasizm, jest zjawiskiem bardziej złożonym, satyrą kierowaną do wewnątrz, grą autostereotypami, często przy współudziale mieszkańców i mieszkanek wsi. Żarty te nie opierają się może na zaskakujących konceptach czy wyrafinowanych nawiązaniach kulturowych, ale są życiowe, odwołują się do wspólnoty doświadczeń. W tym tkwić może popularność Maliny – czy też choćby humorystycznego disco-polo – bo, jak wskazuje Kuipers, choć w żartach autentyczności szukają wszyscy, to postrzegają ją różnie. Dla wyższej klasy średniej to raczej synonim kreatywności, oryginalności, dla średniej i niższej zaś – szczerości i spontaniczności.

Podział na wspólnoty śmiechu nie pokrywa się jednak z tradycyjnie rozumianą stratyfikacją społeczną. Choć pochodzenie klasowe, habitus, jest silną determinantą rodzaju poczucia humoru, to jednak w pełni go nie warunkuje. Humor stanowi raczej przestrzeń do eksperymentowania z tożsamością, badania granic własnej i cudzych, mówienia niepoważnie rzeczy, które w poważnych rozmowach nie przeszłyby przez gardło. Nie wszystkie eksperymenty są jednak etyczne, wiele powoduje realną krzywdę – celowo lub przez przypadek. Niezwykle popularny przed paru laty mem z twarzą wąsatego mężczyzny, nazwanego „Panem Andrzejem”, na tle polskiej flagi eksplorował w kolejnych iteracjach zawartość stereotypu „Typowego Polaka”. Fakt, że wykorzystywał podobiznę prawdziwego człowieka sprawił jednak, że jego pierwowzór przestał w pewnym momencie radzić sobie z niechcianą sławą. Z kolei memiczna postać „Julki z Twittera”, mającej piętnować rzekomą hipokryzję lewicowych nastolatek, w okresie Strajków Kobiet, stała się nośnikiem najbardziej mizoginistycznych uprzedzeń. Zjawisko uzbrajania humoru, by wykorzystać go w ideologicznych konfliktach, jest dziś dobrze znane i zbadane. W przejmujący sposób z perspektywy rysownika, którego komiksowa postać – żaba Pepe – zostaje zwerbowana do udziału w memowej wojnie po stronie skrajnej prawicy, opisuje ten proces dokument Feels Good Man. Tak jak Matt Furie, bohater filmu, postanowił zawalczyć o swoje dziecko i na nowo uczynić je źródłem niewinnej radości, tak i polskie Julki autoironicznie próbują przywłaszczyć to imię w ramach własnych wspólnot śmiechu.

Żarty agresywne, wulgarne czy szokujące silnie kojarzą się z internetem, bo, dając poczucie anonimowości czy możliwość tworzenia zamkniętych wspólnot, jest on optymalną przestrzenią dla ich rozwoju. Sieciowy lolcontent ma też jednak ogromny, pozytywny potencjał. Jak pisze Magdalena Kamińska: „Może zostać wykorzystany w celu bezpiecznego odreagowania napięć pojawiających się w toku interakcji, lecz również wzmagać agresję; może przełamywać lody, naprawiać gafy i leczyć emocjonalne zranienia; wzmacnia solidarność wewnątrzgrupową i pozwala wykluczać innych, lecz posiada również ogromny, wciąż jeszcze niedoceniany potencjał pokojotwórczy”. Czy istnieje narodowa wspólnota śmiechu? Humor, który rozbawi wszystkie Polki i Polaków, transmutując wspólny ubaw w społeczną więź, brzmi podobnie mitycznie jak kamień filozoficzny. Nie znaczy to jednak, że nie warto go szukać. Wszak skutkami ubocznymi alchemicznych eksperymentów było wiele cennych odkryć.

Zatrzymać karuzelę śmiechu

„Polak prędzej przyjaciela straci niż dowcip”, głosi powiedzenie z czasów Rzeczypospolitej szlacheckiej cytowane przez Żygulskiego. W czasach PRL Polki i Polacy szczycili się opinią „najweselszego baraku bloku wschodniego”. „Polaków uważa się za ironistów, ludzi preferujących niebezpośrednie komunikaty, niedopowiedzenia, aluzje” – to z kolei opinia badaczki humoru Natalii Banasik-Jemielniak. A mimo to zbiór wszystkich polskich wspólnot śmiechu nie pokrywa się wcale z populacją. Brakuje w nim jednej, często zapominanej grupy: tych, którzy mają dość żartowania. To mało widoczna, ale dość liczna mniejszość. W badaniach poczucia humoru przeprowadzonych przez agencję TNS Polska w 2016 r. 22% respondentów zadeklarowało, że w ogóle nie lubi żartów.

Przyczyny tej awersji są słabo zbadane. Na myśl przychodzą różne hipotezy: traumy z bycia puentą żartów, coraz powszechniejszy problem depresji, także klimatycznej, czy wreszcie przesyt wszechobecnym humorem. Niechęć do żartowania nie musi jednocześnie wiązać się z poczuciem smutku, endorfiny czerpać można przecież z innych źródeł. Taki styl życia wydaje się jednak słabo akceptowany. Skoro oburzenie wywołuje nawet krytyka tak skompromitowanych dowcipów jak chłop przebrany za babę, odrzucenie żartów w ogóle może się jawić jako prosta droga do społecznego wykluczenia. W świecie wspólnot śmiechu trudno żyć z piętnem smutasa.

Może trzeba więc potraktować rzucane w  sieci ironicznie apele poważnie i zatrzymać karuzelę śmiechu? Porozmawiać w gronie kręcących się, dopytać, czy nikt nie chce zsiąść, czy wszyscy czują się dobrze. Zbadać, czy karuzela jest bezpieczna, czy dalsza zabawa nie grozi wypadkiem. Dialog, empatia, dbanie o  najsłabszych to podstawowe zasady życia we wspólnocie. Także we wspólnocie śmiechu.

Kup numer