(fot. Markus Spiske / Unsplash)
Anne Applebaum

Dlaczego Putin rozpętał wojnę w Ukrainie?

Prezydent Rosji zaatakował Ukrainę, ponieważ pragnie upadku demokracji – nie tylko w tym jednym państwie.

Padają pytania o liczebność wojsk, o kwestie dyplomatyczne. Padają pytania o ukraińską armię, o jej uzbrojenie i żołnierzy. Padają pytania o Niemcy i Francję: jak zareagują? Padają wreszcie pytania o Amerykę, o to, w jaki sposób stała się głównym graczem w konflikcie, który nie jest jej dziełem. Ale spośród wszystkich tych pytań, stale pojawiających się w związku z inwazją Rosji na Ukrainę, jedno otrzymuje najmniej zadowalające odpowiedzi. Brzmi ono: „Dlaczego?”.

Dlaczego prezydent Rosji Władimir Putin zaatakował sąsiedni kraj, który go nie sprowokował? Zaryzykował przelanie krwi własnych żołnierzy? Naraził się na sankcje, których rezultatem może być kryzys gospodarczy?

Nauka z roku 1989

Wyjaśnienie wymaga odrobiny historii, ale nie w jej wpół zmitologizowanej, niby-średniowiecznej wersji, którą Putin wykorzystywał w przeszłości do twierdzeń, że Ukraina nie jest suwerennym krajem, jej istnienie stanowi dzieło przypadku, a ukraińskie poczucie narodowości to fikcja. Nie musimy też zbyt wiele wiedzieć ani o nowszej historii Ukrainy, ani o jej 70-letniej przynależności do ZSRR – choć radzieckie korzenie rosyjskiego prezydenta, a zwłaszcza lata spędzone w KGB, mają tu duże znaczenie. Rzeczywiście, wiele z jego strategii – wykorzystywanie wykreowanych przez samych Rosjan rzekomych „separatystów” do prowadzenia wojny we wschodniej Ukrainie, ustanowienie marionetkowego rządu na Krymie – to stare metody KGB, znane z sowieckiej przeszłości. Fałszywe ugrupowania polityczne stanowiły narzędzie radzieckich służb specjalnych do dominacji w Europie Środkowej po II wojnie światowej; upozorowani rewolucjoniści odegrali rolę w podboju Ukrainy przez bolszewików w 1918 r.

Przywiązanie Putina do dawnego ZSRR posiada jeszcze inny wymiar. Czasem błędnie określa się go jako rosyjskiego nacjonalistę, lecz w istocie kieruje nim imperialistyczna nostalgia. Związek Radziecki był imperium rosyjskojęzycznym, a on sam zdaje się czasem marzyć o odtworzeniu mniejszego rosyjskojęzycznego imperium w granicach dawnego państwa sowieckiego.

Jednak najistotniejszy wpływ na światopogląd Putina nie miało ani jego szkolenie w KGB, ani pragnienie odbudowy ZSRR. Prezydenta i jego świtę o wiele mocniej ukształtowała droga do władzy. Historia ta – wielokrotnie już opowiadana przez autorów takich jak Fiona Hill, Karen Dawisha czy ostatnio Catherine Belton – rozpoczyna się w latach 80. XX w. Końcówka tej dekady była dla wielu Rosjan czasem optymizmu i ekscytacji. Polityka głasnosti – jawności – oznaczała, że ludzie po raz pierwszy od dziesięcioleci mogli mówić prawdę. Wielu odczuło realną możliwość zmiany i sądziło, że może to być zmiana na lepsze.

Putina ominął ten moment rozradowania. Zamiast tego został oddelegowany do biura KGB w Dreźnie w NRD, gdzie doświadczył upadku muru berlińskiego w 1989 r., co odebrał jako osobistą tragedię.

Gdy ekrany telewizorów na całym świecie ogłaszały wiadomość o zakończeniu zimnej wojny, Putin i jego towarzysze z KGB gorączkowo palili wszystkie akta w upadłym państwie satelickim Związku Radzieckiego, w obawie o karierę i własne życie bez skutku telefonowali do Moskwy. Nie był to dla nich czas radości, tylko raczej lekcja dotycząca natury oddolnego buntu oraz siły retoryki demokratycznej, antyautorytarnej i antytotalitarnej. Putin, podobnie jak jego idol Jurij Andropow, który pełnił funkcję ambasadora ZSRR na Węgrzech w czasie rewolucji 1956 r., wyciągnął z tego doświadczenia wniosek: spontaniczność jest niebezpieczna. Protest to niebezpieczeństwo. Niebezpieczne są rozmowy o demokracji i zmianach politycznych. Aby nie dopuścić do rozprzestrzeniania się takich tematów, władcy Rosji muszą zachować ścisłą kontrolę nad życiem narodu. Rynek nie może być prawdziwie otwarty, wybory nie mogą być nieprzewidywalne, zaś głosem sprzeciwu trzeba ostrożnie „zarządzać” za pomocą nacisków prawnych, państwowej propagandy, a w razie potrzeby odpowiednio ukierunkowanej przemocy.

Chociaż Putina ominęła euforia lat 80., to już w pełni uczestniczył w orgii chciwości, która ogarnęła Rosję w latach 90. Po doświadczeniu traumy związanej z upadkiem muru berlińskiego Putin powrócił do Związku Radzieckiego i przyłączył się do swoich dawnych kolegów biorących udział w masowej grabieży państwa. Z pomocą rosyjskiej przestępczości zorganizowanej, jak również w ramach pozbawionego zasad moralnych międzynarodowego systemu prania brudnych pieniędzy, niektórzy przedstawiciele byłej sowieckiej nomenklatury kradli aktywa, wywozili pieniądze z kraju i ukrywali je za granicą, a następnie przywozili gotówkę z powrotem, wykorzystując ją do kupowania kolejnych aktywów. Kumulowano bogactwa, by następnie rozpocząć walkę o władzę. Niektórzy z oligarchów wylądowali w więzieniu lub na wygnaniu, lecz ostatecznie sam Putin stał się największym miliarderem wśród wszystkich innych miliarderów – a przynajmniej tym, w którego ręku jest tajna policja.

Siła i słabość Putina

Ten status czyni Putina zarazem bardzo silnym, jak i bardzo słabym, co stanowi paradoks trudny do zrozumienia dla wielu Amerykanów i Europejczyków. Jest silny, ponieważ utrzymuje władzę nad wieloma filarami rosyjskiego społeczeństwa i gospodarki. Spróbujmy sobie wyobrazić amerykańskiego prezydenta, który kontroluje nie tylko władzę wykonawczą – w tym FBI, CIA i NSA – lecz także Kongres i sądownictwo, jak również „The New York Times”, „The Wall Street Journal”, „The Dallas Morning News” i wszystkie inne gazety; oraz wszystkie największe firmy, w tym Exxon, Apple, Google i General Motors.

Zakres władzy Putina nie posiada prawnych granic. On i ludzie z jego otoczenia działają bez kontroli, bez politycznej przeciwwagi, bez zasad etyki i bez jakiejkolwiek przejrzystości. To oni decydują, kto może kandydować w wyborach i komu wolno wypowiadać się publicznie. Mogą podejmować decyzje z dnia na dzień – np. o wysłaniu wojsk na granicę ukraińską – nie konsultując się z nikim i nie słuchając niczyich rad. Gdy Putin rozmyśla nad inwazją, nie musi rozważać interesu rosyjskich przedsiębiorców czy konsumentów, którzy mogą ucierpieć z powodu sankcji gospodarczych. Nie musi brać pod uwagę rodzin rosyjskich żołnierzy, którzy mogą zginąć w konflikcie, jakiego nie chcą. Nie mają oni ani wyboru, ani głosu.

Zarazem pozycja Putina jest niezwykle niepewna. Mimo całej sprawowanej władzy i posiadanych pieniędzy, mimo pełnej kontroli nad przestrzenią informacyjną i całkowitej dominacji w przestrzeni politycznej Putin musi w jakimś stopniu wiedzieć, że jest przywódcą nielegalnym. Nigdy nie wygrał uczciwych wyborów i nie prowadził kampanii w rywalizacji, w której mógłby przegrać. Wie, że system polityczny, który pomógł stworzyć, ma głęboko niesprawiedliwy charakter. Nie tylko rządzi krajem, ale jest jego właścicielem, podejmując decyzje dotyczące polityki zagranicznej i gospodarki, przynoszące korzyści firmom, z których on i jego otoczenie czerpią osobiste zyski. Wie, że instytucje państwowe istnieją nie po to, by służyć narodowi rosyjskiemu, lecz po to, by go okradać.

Wie, że ten system działa bardzo dobrze dla kilku bogatych ludzi i bardzo źle dla wszystkich innych. Innymi słowy, wie, że pewnego dnia prodemokratyczni aktywiści, w rodzaju tych, których widział w Dreźnie, mogą przyjść także po niego.

Samoświadomość niepewnej legitymizacji władzy Putina uwidacznia się publicznie od 2011 r., a więc wkrótce po sfałszowanej „reelekcji” na wątpliwą konstytucyjnie trzecią kadencję. Wówczas nie tylko w Moskwie i Petersburgu, lecz także w kilkudziesięciu innych miastach pojawiły się tłumy protestujących przeciwko fałszerstwom wyborczym i korupcji wśród elit. Protestujący wykpiwali Kreml jako reżim „oszustów i złodziei”, co jest hasłem spopularyzowanym przez działacza demokratycznego Aleksieja Nawalnego; później ten sam reżim otruł Nawalnego, prawie go zabijając. Dysydent przebywa obecnie w rosyjskim więzieniu. Ale gniew Putina nie był skierowany wyłącznie na Nawalnego. Obwiniał również Amerykę, Zachód, cudzoziemców, którzy próbują zniszczyć Rosję. Powiedział, że to administracja Obamy zorganizowała demonstracje, a sekretarz stanu Hillary Clinton „dała sygnał” do rozpoczęcia protestów. Wygrał wybory – zadeklarował płomiennie, a w jego oczach pojawiły się łzy – pomimo „politycznych prowokacji, których jedynym celem jest podważenie państwowości Rosji i uzurpowanie sobie władzy”.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Innymi słowy, we własnym mniemaniu nie tylko walczył z rosyjskimi demonstrantami, ale z demokracjami świata, będącymi w zmowie z wrogami państwa. To nieistotne, czy naprawdę wierzył, że tłumy w Moskwie dosłownie przyjmują rozkazy od Hillary Clinton. Z pewnością rozumiał siłę demokratycznego języka, idei sprawiających, że Rosjanie zapragnęli sprawiedliwego systemu politycznego, a nie kontrolowanej przez Putina i jego gang kleptokracji, i wiedział, skąd te idee czerpią impuls. W ciągu następnej dekady podjął walkę z europejską demokracją w Niemczech, we Francji, Włoszech i w Hiszpanii, w których pomagał grupom i ruchom ekstremistycznym w nadziei na jej podkopanie. Rosyjskie państwowe media wsparły kampanię na rzecz brexitu w celu osłabienia zachodniej demokratycznej solidarności, co zresztą im się udało. Rosyjscy oligarchowie inwestowali w kluczowe gałęzie przemysłu w Europie i na całym świecie w celu zdobycia wpływów politycznych, zwłaszcza zaś w mniejszych krajach, takich jak Węgry czy Serbia. Nie trzeba nadmieniać, że rosyjscy specjaliści od dezinformacji interweniowali w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 r.

Ukraińskie dążenie do wolności

Tą okrężną drogą dochodzimy do wyjaśnienia niezwykłego znaczenia Ukrainy dla Putina: Ukraina to żywy symbol utraconego imperium sowieckiego. Ukraina była drugą najludniejszą i drugą najbogatszą republiką Związku Radzieckiego, utrzymującą najbardziej zażyłe związki kulturowe z Rosją. Niemniej współczesna Ukraina jest ważna również z drugiego powodu, ponieważ próbowała, a właściwie walczyła o to, by wyrwać się z postsowieckiego porządku i dołączyć do świata prosperujących zachodnich demokracji. W ciągu ostatnich dwóch dekad Ukraina przeprowadziła nie jedną, lecz dwie rewolucje prodemokratyczne i antyoligarchiczne. Druga z nich, z 2014 r., była szczególnie przerażająca dla Kremla. Młodzi Ukraińcy skandowali antykorupcyjne hasła, jak czyni to rosyjska opozycja, i wymachiwali flagami Unii Europejskiej. Protestujący zainspirowali się dokładnie tymi ideałami, których Putin nienawidzi u siebie w kraju i które chce obalić za granicą. Po ucieczce głęboko skorumpowanego prorosyjskiego prezydenta Ukrainy w lutym 2014 r. ukraińska telewizja zaczęła pokazywać zdjęcia jego pałacu ze złotymi kranami, fontannami i posągami na dziedzińcu – dokładnie takiego, w jakim Putin zamieszkuje w Rosji, o czym wiemy, ponieważ jeden z filmów wideo wyprodukowanych przez Nawalnego pokazał nam zdjęcia tego luksusu, obejmującego prywatne lodowisko i własny szisza bar.

Późniejsza inwazja Putina na Krym była karą dla Ukraińców za próbę ucieczki z kleptokratycznego systemu, w którym chciał, aby żyli – i pokazała własnym poddanym Putina, że oni także zapłacą wysoką cenę za próby demokratycznej rewolucji. Inwazja zignorowała zarazem pisane i niepisane zasady, naruszyła traktaty europejskie, ukazując pogardę Putina dla zachodniego status quo. Po tym „sukcesie” Putin przypuścił znacznie szerszy atak, jakim była seria prób zamachów stanu w Odessie, Charkowie i kilku innych miastach zamieszkanych w większości przez rosyjskojęzycznych Ukraińców. Tym razem strategia się nie powiodła, m.in. dlatego, że Putin dogłębnie nie zrozumiał Ukrainy, wyobrażając sobie, że rosyjskojęzyczni Ukraińcy będą podzielać jego imperialną nostalgię za ZSRR. Tak się jednak nie stało. Jedynie w Doniecku, mieście we wschodniej części Ukrainy, gdzie Putin był w stanie przerzucić wojska i ciężki sprzęt zza granicy, skutecznie przeprowadził lokalny przewrót, jednak nawet tam nie mógł stworzyć atrakcyjnej, „alternatywnej” Ukrainy. Zamiast tego Donbas – otaczające Donieck zagłębie węglowe – pozostaje strefą chaosu i bezprawia.

Droga do Francji czy Holandii z Donbasu jest długa, ale to skrajnie prawicowi reprezentanci tych krajów kręcą się po Parlamencie Europejskim i biorą rosyjskie pieniądze na „misje rozpoznawcze” na Krymie.

Jeszcze dłuższa droga prowadzi do małych amerykańskich miasteczek, gdzie w 2016 r. wyborcy chętnie udostępniali na Facebooku protrumpowskie posty napisane w Petersburgu. Ale wszystkie te elementy składają się w jedną historię: są ideologiczną odpowiedzią na traumę, której Putin i jego pokolenie oficerów KGB doświadczyło w 1989 r. Zamiast demokracji promują autokrację; zamiast jedności  nieustannie próbują tworzyć podziały; zamiast otwartych społeczeństw oferują ksenofobię. Zamiast pozwolić ludziom żywić nadzieję na coś lepszego, głoszą nihilizm i cynizm.

Zło, które nas czeka

Putin przygotował ponowną inwazji na Ukrainę z tego samego powodu. Chce zdestabilizować Ukrainę, przestraszyć ją. Chce, aby ukraińska demokracja upadła. Chce, aby ukraińska gospodarka się załamała. Chce, aby uciekli zagraniczni inwestorzy. Chce, aby pobliskie państwa – Białoruś, Kazachstan, a nawet Polska i Węgry – zwątpiły w to, czy ich demokracje są możliwe do utrzymania w dłuższej perspektywie. Chce tak bardzo nadwyrężyć demokratyczne zachodnie instytucje, zwłaszcza Unię Europejską i NATO, żeby doprowadzić do ich rozpadu. Chce utrzymać u władzy dyktatorów wszędzie, gdzie się da: w Syrii, Wenezueli i Iranie. Chce podkopać znaczenie Ameryki, zmniejszyć jej wpływy, pozbawić mocy demokratyczną retorykę, którą wielu ludzi w jego części świata wciąż kojarzy z USA. Chce, aby sama Ameryka poniosła klęskę.

To ogromne cele, może nawet nieosiągalne. Ale ukochany przez Putina Związek Radziecki również stawiał przed sobą takie zamiary. Lenin, Stalin i ich następcy pragnęli wywołać międzynarodową rewolucję, podporządkować cały świat sowieckiej dyktaturze proletariatu. Ostatecznie im się to nie udało, lecz próbując, wyrządzili wiele szkód. Putin również poniesie porażkę, ale podejmując swe próby, może uczynić wiele złego. I to nie tylko Ukrainie.

Tłumaczył Marek Maraszek

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach „The Atlantic” – polska wersja została w porozumieniu z autorką nieco zmieniona. Śródtytuły pochodzą od redakcji.