fot. Przemysław Pokrycki/Reporter
z Izabelą Morską rozmawia Iwona Boruszkowska listopad 2018

Szkoła odwagi

W naszej sferze publicznej mamy do czynienia z wymazywaniem wielu kart polskiej historii. Janion wykonuje zaś pracę detektywistyczną wymuszającą na nas odpowiedzialność

Artykuł z numeru

Polskie Mistrzynie

Polskie Mistrzynie

Maria Janion. „Duchowa przywódczyni wielu pokoleń humanistów” (Michał Paweł Markowski), a także „autorytet”, „symbol kolektywny”, „legenda”, „mit” (Brygida Helbig). Pani sama pisała o jej „istnieniu mitycznym” i funkcjonowaniu w dwojaki sposób: z jednej strony to uwielbiana intelektualistka, wielka humanistka i Mistrzyni, z drugiej – osoba znienawidzona za poruszanie trudnych dla Polaków tematów, m.in. zagłady Żydów. Czego nie dostrzegamy za zasłoną tego publicznego wyobrażenia? Na jaki los skazujemy w ten sposób Marię Janion?

Podoba mi się to słowo: „skazujemy”. Częścią mitu janionowskiego jest figura wampira. Janion jest w końcu autorką książki Wampir. Biografia symboliczna. Mówiło się, że jej czytelnicy, a także uczniowie i uczennice są przez nią wampiryzowani, uwodzeni, zaczynają mówić jej idiomem. Zastanawiam się jednak, czy to nie my jesteśmy wampirami, a Janion skazujemy na los ofiary. Gdy mówię „my”, to mam na myśli szeroko rozumianą polską liberalną inteligencję, która chce postrzegać siebie jako otwartą na zmiany, postępową i „w granicach rozsądku tolerancyjną”. Chcieliśmy, żeby Janion była naszą nauczycielką, która mówi za nas. Zaczytywaliśmy się w jej książkach o słowiańszczyźnie czy o obecności żydowskiej w polskim micie patriotycznym i byliśmy zachwyceni. Było w tym jednak również jakieś nasze lenistwo – oczekiwanie, że ona wypowie coś za nas, znajdzie odpowiednie słowo czy obraz. To ona miała wykonać tytaniczną pracę, my mieliśmy ją tylko przyswoić. Pytanie, czy te lektury przeradzały się w naszą własną namiętność intelektualną, czy skłaniały nas do działania. Tu mam wątpliwości.

A gdyby odjąć od wizerunku Profesor Janion elementy mitologizujące, zostałoby chyba dużo więcej niż tylko to, że była tytanką pracy?

Jeśli chcemy rzeczywiście zajrzeć za zasłonę mitu, to spytajmy, dlaczego Janion musiała stać się tytanką pracy. Odpowiedziałabym, że po to, aby przetrwać. Po pierwsze, dlatego że jako kobieta musiała nieustannie udowadniać swój intelektualizm i pracować trzy razy więcej niż jej koledzy, o czym mówiła wielokrotnie. Po drugie, ponieważ zajmowała się komparatystyką, funkcjonowała na pograniczu dyscyplin, nie była więc przez swoich kolegów i koleżanki, pracujących w obrębie wąskich dziedzin, traktowana poważnie.

Od razu mam skojarzenie z tezami Marthy Nussbaum, zawartymi w książce Nie dla zysku. Dlaczego demokracja potrzebuje humanistów, na którą zwróciła mi Pani uwagę. I przypomniałam sobie tekst Brygidy Helbig, w którym Profesor Janion określona jest jako „guru przełomu tysiącleci”, a autorka wymienia kilka składowych mitu, m.in. pisze o konieczności ascetycznego życia intelektualistki, a emblematem tego jest mieszkanie Profesor Janion, w którym brak już miejsca, bo przestrzeń zajmują książki.

Chciałabym, żebyśmy przestali się ekscytować mieszkaniem Marii Janion. Owszem, jest ono obłożone książkami. Ale tak jest, ponieważ jest małe. To niewielkie mieszkanie, do którego przyjeżdżali – póki Janion udzielała jeszcze wywiadów – na swoistą pielgrzymkę dziennikarze i dziennikarki, często sami żyjący na znacznie wyższej stopie, po to, aby paść przed nią na kolana i zrobić wywiad.

A można było zapytać, dlaczego ta „staruszka” mieszka na małym metrażu, w przestrzeni niedostosowanej i często niebezpiecznej dla osoby o ograniczonej mobilności. Z nigdy nieodnawianą kuchnią z mebelkami z lat 70., z wyszczerbionymi talerzami, z oknami, przez które wciska się wiatr. No, ale dobrze, że było takie mieszkanie. Współcześnie żyjąca humanistka, jeśli zechce żyć w podobnie ascetyczny sposób, bez wsparcia rodziny, będzie oszczędzać na mieszkanie 300 lat.

Dlatego złości mnie ten zachwyt ascetycznym życiem Janion. Ta słynna asceza była wymuszona w dużej części niską pensją polskiego pracownika naukowego. Owszem, opierała się też na surowej dyscyplinie pracy. Ta dyscyplina nas fascynuje, zwłaszcza dziś, gdy przeczuwamy, że uwodzeni różnymi komercyjnymi atrakcjami, nie będziemy w stanie osiągnąć tego ideału. Jednak samotna praca ma swoją ciemną stronę, jest nią np. poczucie beznadziejności, aspołeczność, szukanie wsparcia w alkoholu, a następnie w tabletkach antydepresyjnych.

Zamiast zachwycać się ascezą życia galerniczki wrażliwości, powiedziałabym, że tragiczne jest to, iż o jej życiu prywatnym wciąż niewiele wiadomo. W wywiadzie rzece Janion. Transe – traumy – transgresje ujawniła, że jest lesbijką. Jak to się stało, że jest sama? Czy to na pewno był jej wybór, żeby się aż tak bardzo poświęcać? Zasugerowałabym, że nie. Ale tak naprawdę nic nie wiemy o prywatnym życiu Marii Janion. I być może nie chcemy go sobie wyobrazić, bo tu znowu pojawia się kolejne piętro tragedii, której nie chcemy sobie uzmysłowić.

Jej niemalże rówieśnica, humanistka obdarzona podobną wrażliwością, Susan Sontag mogła sobie jednak pozwolić na to, żeby żyć w wieloletnim, na pół jawnym, ale zawsze inspirującym dla niej związku, chociaż USA przez całe dekady XX w. było bardziej purytańskie niż Polska pod komunizmem.

Niełatwo myśleć w ten sposób o życiu osoby, którą idealizujemy i która dla wielu jest pomnikiem bez skazy. To jest trudne do zniesienia nawet dla nas samych, by widzieć w niej coś z egzystencji tragicznej.

Ale to jest egzystencja tragiczna i myślę, że dlatego ona świetnie rozumiała dylematy rozmaitych postaci romantycznych, od Konrada Wallenroda poczynając, szlachetnych bohaterów, którzy z różnych powodów muszą ukrywać, kim są.

Zatem i w sensie finansowym, i w sensie osobistym, w dwóch obszarach ludzkiego spełnienia, należy powiedzieć głośno o tym, że skazaliśmy wiodącą w kulturze polskiej intelektualistkę na dość trudne życie.

To, o czym Pani mówi, mogłoby stać się przyczynkiem do publicznej dyskusji o statusie humanisty w naszym społeczeństwie.

Jak tylko próbuje się zacząć taką dyskusję, to zawsze pojawia się gromada trolli, którzy ją zagłuszają, mówiąc: humaniści nie są jedyni, gorzej mają przecież robotnicy, kasjerki i pielęgniarki. To prawda. Wstyd przypominać, że humaniści dłużej muszą pracować, żeby najpierw uzyskać wykształcenie, a potem osiągnąć społeczny status. Ale może trzeba. Warto też zacząć stawiać takiej tendencji opór. Warto domagać się uznania i odczepić się od mitu rzekomo nieodłącznego od humanistyki życia ascetycznego, które nie potrzebuje wynagrodzenia adekwatnego do wkładanego wysiłku. Intelektualiści czy artyści nie muszą być ex definitione ubodzy – nie jest tak z pewnością w wielu krajach na Zachodzie.

Można by nawet zaryzykować tezę, że Janion jest współodpowiedzialna za ten typ mitu wielkiej intelektualistki. Ona była prymuską. Gdy pełniła funkcję członkini i przewodniczącej jury Nagrody Literackiej Nike, to rzetelnie czytała jeszcze w ciągu roku z dwieście książek innych autorów, pisząc i publikując przy tym własne prace. Wymienię w kolejności, bo mam je wyłożone na biurku: Płacz generała. Eseje o wojnie (1998), Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi (2000), Purpurowy płaszcz Mickiewicza. Studium z historii poezji i mentalności (2001), Żyjąc tracimy życie: niepokojące tematy egzystencji (2001), Wampir. Biografia symboliczna (2002). Dodatkowo w latach 2000–2002 ukazały się pod redakcją Małgorzaty Czermińskiej jej pięciotomowe prace zebrane.

Jej obecność podnosiła rangę nagrody, ale jednocześnie – jako że w latach 1997–1999 była jurorką, a następnie w latach 2000–2004 przewodniczącą jury – jej ważne prace, które wówczas powstawały, były wykluczone z konkurowania o Nike. Niesamowita Słowiańszczyzna w 2007 r. została nominowana, ale nie wygrała. Jej książka żydowska, która przeżyje nas wszystkich, Bohater, spisek, śmierć. Wykłady żydowskie (2009), nie znalazła się w konkursie. Janion nie została odpowiednio wynagrodzona. I w rezultacie mamy osiemdziesięcioletnią autorkę, która zostaje odesłana do swoich wyszczerbionych naczyń i swojej niewyremontowanej kuchni, żeby się tam zestarzała – przecież to jest potworne!

No właśnie. Dlaczego nie możemy docenić ciężko pracujących ludzi? Nie chodzi przecież tylko o przyznanie nagród raz na jakiś czas.

Naprawdę nie jest tak, że Janion nie myślała o takich sprawach jak emerytura i pensja. Gdy powiedziałam jej, że chcę pisać doktorat, od razu poradziła: „Proszę składać wniosek o dotację do Komitetu Badań Naukowych”. Uważała, że nie należy pisać za darmo. Była w tym bardzo konkretna, wiedziała, że do pracy potrzebne jest finansowe zaplecze. Myślę, że powinniśmy z błogosławieństwem Janion zorganizować strajk humanistów. Nie skupiając się tylko na wyższych wynagrodzeniach na uczelniach. Nie pozwalając się podzielić. Uwzględniając też bardzo źle opłacanych tłumaczy literatury pięknej. A także, co niezmiernie ważne, emerytowanych pisarzy i artystów, którzy podobno w tej chwili masowo starzeją się w niedostatku. Proszę sobie to tylko wyobrazić. Nie wszyscy osiągają sukces. Ale wszyscy przyczyniają się do spraw szczytnych, do krzewienia czytelnictwa, do dbałości o piękno języka polskiego. Inny przykład z pola kultury: dostałam list ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich z informacją, że X procent członków SPP żyje w niedostatku, o czym władze SPP dowiadują się przypadkiem, i zachęcają te osoby, żeby składały wnioski o zapomogi.

Podobnie informacje o zapomogach na stronach MKiDN potwierdzają, że może być wielu artystów w trudnej sytuacji materialnej. Oddaje to niestety sposób postrzegania humanistów i artystów jako ludzi idei.

W Polsce? Bo proszę zauważyć, że nie jest tak w Szwecji, nie jest tak we Francji, może trochę w Niemczech, ale na pewno nie jest tak w USA. Oczywiście nie każdy, kto ma aspiracje do bycia artystą czy intelektualistą, może być tym najlepszym, ale jeżeli mówimy o kimś takim jak Maria Janion i o kręgu osób z nią współpracujących, można przyjąć, że są to intelektualiści.

Czyli w najprostszym rozumieniu: ludzie żyjący dla idei, którzy nie potrzebują materialnego ekwiwalentu za swój wysiłek niepoddający się zmierzeniu. W książce Nussbaum Nie dla zysku zawarta jest pesymistyczna diagnoza współczesności, mowa o kryzysie edukacji, w którym tkwimy.

Będzie jeszcze gorzej, jeśli nie zaczniemy się temu przeciwstawiać. A jak Pani myśli – dlaczego humanistyka jest w ogóle potrzebna?

Przywołam mem, który lubię. Przedstawia naukowca reprezentującego nauki ścisłe. Jest w okularach, w kitlu i z probówką, dokonuje eksperymentów genetycznych, przywracając do życia gady kopalne. Towarzyszy mu napis: „Nauka (science) powie ci, jak sklonować tyranozaura”. Poniżej jest jednak drugi obrazek z naukowcem ściganym przez sklonowanego drapieżnika podpisany: „Ale humanistyka powie ci, dlaczego to może być zły pomysł”. A poważnie…

Słucham.

Nussbaum wskazuje sposób wyjścia z tej kryzysowej sytuacji: wprowadzenie lub utrzymanie, na różnych poziomach ścieżki edukacyjnej nauczania opartego na wyobraźni, dowartościowującego kreatywność, otwartość, tolerancję, swoisty model „edukacji dla demokracji”, model humanistyczny. Współbrzmią te idee ze słowami Marii Janion wygłoszonymi na Kongresie Kultury 2016: „ważne zdaje mi się teraz skupienie na oświeceniowej idei Bildung. Edukacja młodego człowieka (…) formująca osobowość poprzez kulturę i sztukę towarzyszyć miała nauce zawodu i kształtowaniu postaw społecznego zaangażowania”.

Odyseja wychowania – książka, którą Janion napisała wspólnie z Marią Żmigrodzką, była droga jej sercu i może stanowić też dzisiaj punkt wyjścia do myślenia o edukacji, o tym, jak angażować ludzi do myślenia o polityce i kulturze. Powiedziałabym, że humanistyka jest w tym momencie bardziej niezbędna niż kiedykolwiek. Najważniejsze, czego uczy nas humanistyka, to radzić sobie z populizmem, szumem informacyjnym i zjawiskiem fake news. I gdy jesteśmy w momencie, nie tylko Polska, ale też USA, kiedy zalewa nas populizm, jest to moment krytyczny. Także dlatego że nie mamy do końca wypracowanych mechanizmów radzenia sobie z dostępem do mediów społecznościowych, odróżniania fałszywych informacji od prawdziwych. W tym aspekcie humanistyka może nas ocalić, dzięki nauce krytycznego myślenia, co jest częścią wychowania humanistycznego, nauce rozróżniania prawdy i fikcji. Ludzie dają się nabierać na fake news, ponieważ wydaje im się, że to, co pojawia się w gazetach, to prawda. A tymczasem są to logical fallacies, błędy logiczne, kłamstwa, których politycy i dziennikarze używają nagminnie.

Media czy politycy chyba używają tych zabiegów retorycznych świadomie, aby zmanipulować swoich odbiorców. A my, odbiorcy, często nie jesteśmy wyćwiczeni w interpretacji – czyli wracamy do podstawowej humanistycznej aktywności: interpretowania rzeczywistości.

Powinniśmy wprowadzić do szkół nowy przedmiot: krytyczne myślenie. Jego częścią powinno być też pisanie, krytyczne pisanie.

Przez lata uczestniczyła Pani w słynnych seminariach Marii Janion. Była ona promotorką Pani pracy magisterskiej i doktorskiej. Rozmawiamy zaś z okazji 100. rocznicy uzyskania przez kobiety w Polsce (a także w Niemczech czy Wielkiej Brytanii) praw wyborczych. Jakie znaczenie miał feminizm dla Janion?

W eseju O przepisywaniu i przypisywaniu znaczeń, który ukazał się w Księdze Janion dedykowanej Janion na jej 80. urodziny, zauważam, że jej jedyną książką prokobiecą są Kobiety i duch inności (1996). Myślę, że nastąpiło wówczas jakieś dopełnienie osobowościowe, wydobycie tego, co ukryte – przynajmniej na poziomie relacji zawodowych i intelektualnych – a mianowicie „sprawy kobiecej”, że książka ta jest śladem wewnętrznego przełomu. Lecz już kolejne jej prace tej tematyki nie eksponowały. Pisane były z perspektywy uniwersalnej, czyli w praktyce męskiej. Z Niesamowitej Słowiańszczyzny nie dowiemy się wiele o słowiańskich boginiach, choć są przecież na ten temat choćby książki Mariji Gimbutas, Bogowie i boginie starej Europy (1974) i Język Bogini. Ujawnianie ukrytych symboli zachodniej cywilizacji (1989), opartych na badaniach w Europie Wschodniej. Janion nie potrafiła albo nie chciała zintegrować tego kobiecego wymiaru religijności. W książce Bohater, spisek, śmierć. Wykłady żydowskie też pisze przede wszystkim o Żydach, a nie o Żydówkach, choć praca Bożeny Umińskiej-Keff Postać z cieniem. Portrety Żydówek w polskiej literaturze ukazała się w 2001 r. Nie trzeba koniecznie analizować jakiegoś zjawiska, ale można stwierdzić jego nieobecność choćby w końcowym zdaniu, jak to robi Gayatri Spivak w eseju Can the Subaltern Speak?, gdzie odnosi się do postaci kobiecej w tradycji kolonialnej tylko poprzez stwierdzenie, iż jest to figura pozostająca „jeszcze bardziej w cieniu”.

Nie chcę przez to powiedzieć, że Janion miała realizować jakieś partyjne kwota. Mówię o tym, czego nie rozumiałam wcześniej, że kiedy się jest kobietą nieheteronormatywną w akademii, to trzeba uważać na każde słowo. Ta swoista eliminacja feministycznej dociekliwości świadczy więc być może o serii uwewnętrznionych zakazów, o tym, że jakieś tematy są mimo wszystko bardziej bezpieczne, bardziej możliwe przez „nas”, czyli polską liberalną i „w granicach rozsądku tolerancyjną” inteligencję, do zaakceptowania. A inne narażałyby badaczkę na kompromitację, śmieszność, opuszczenie.

Jest to zatem badaczka, która musiała długo przebierać się za badacza. Na seminariach widoczny był element performance’u. Proszę to sobie wyobrazić. Niewysoka, ubrana jak generał, właściwie ustawiała do szeregu obiecujących młodych badaczy, ale też już uznanych pisarzy. Inspirowała studentów.

Kiedy studiowałam, powstawała 7-tomowa seria Transgresje. Opowiadała mi później, jak bliska była jej książka Hansa Mayera Odmieńcy. Ona sama jest też postacią transgresyjną, „poza bytem męskim i żeńskim” (jak pisała Komornicka-Włast), wcieleniem odmieńca. W jakiś sposób uosobiła tego odmieńca, a jednocześnie ustawiła na koturnach, piedestale. Wymusiła szacunek.

Na pewno Janion w swoich książkach propagowała pozytywny wizerunek inności. Może nastąpiła u niej wręcz jakaś sakralizacja postaci odmieńca.

No tak, ale wiemy też, że zgodnie z mitami zapisanymi przez Frazera w Złotej gałęzi odmieniec jest także ściganą ofiarą. Na pewno Janion poniosła koszty swojej odmienności.

Ciekawi mnie, jaką nauczycielką była Janion. Oczywiście wspomnień na ten temat jest mnóstwo. A Pani pamięta swoje pierwsze spotkanie z nią?

Trafiłam dość późno na te seminaria, które odbywały się na Uniwersytecie Gdańskim, ponieważ byłam onieśmielona mitem i pewnymi „mrocznymi opiniami”, które się za nią ciągnęły.

Janion, w rzeczy samej, nie przejawiała nieustającej troskliwości, łaskawości, „mamciowości”, czyli cech, których nawet dziś od profesorek się wymaga.

Usłyszałam więc, że Janion krzyczy, a ja bardzo nie lubię podniesionego głosu. W końcu odważyłam się zapisać do niej na seminarium magisterskie.

Krzyczała?

Janion nie podnosiła głosu na studentów. Przychodzili tam przecież też pracownicy naukowi, dorośli ludzie. Zdarzało się, że jakiś uczestnik za długo zastanawiał się, czy powiedzieć, co sam myśli, czy raczej powiedzieć coś po myśli Mistrzyni. Nie znosiła takich to niby-hołdów, a w sumie marnowania czasu. Znałam jednak już wówczas książki Janion, czytałam je namiętnie. Cieszyłam się, że ona istnieje naprawdę, że nie jest produktem zbiorowej wyobraźni. Zaskoczyło mnie, że gdy napisałam pracę magisterską, Profesor oceniła ją jako wybitną. Do dzisiaj mam ten egzemplarz z jej adnotacją. To mnie kompletnie zbiło z tropu, bo przez całe studia nikt nie obdarzał mnie komplementami. Nie miałam poczucia, że jestem osobą wartościową. Informacja, że napisałam coś wybitnego, przeniosła mnie jakby na inną półkę.

Maria Janion czytała Pani powieści. O jednej z nich, Absolutnej amnezji, pisze w Kobietach i duchu inności. Rozmawiałyście Panie o tym?

Tak, oczywiście. Absolutna amnezja była omawiana na seminarium Janion, na które zostałam zaproszona. Mimo że postać Mistrzyni jest w powieści przedstawiona dość sarkastycznie, Janion wyjątkowo dobrze to zniosła, była wręcz zachwycona. To było takie doświadczenie postmodernistyczne – Janion została utekstowiona w mojej powieści, potem ja z moją powieścią znalazłam się w Kobiecie i duchu inności. Mam w szufladzie prozę, w której Janion znów się pojawia.

A czy Panie mają cały czas ze sobą kontakt?

W tej chwili nie, ale to jest kwestia sięgnięcia po telefon. Wydaje mi się, że nie dzwonię do niej, bo jestem owładnięta poczuciem winy, że nie napisałam szybko tego, co obiecywałam sobie, że napiszę. Ale może niedługo mimo wszystko do niej zadzwonię?

Wielokrotnie w wywiadach Janion podkreślała, że pochłaniała książki, od dzieciństwa czytała wszystko. W rozmowie z Kazimierą Szczuką, zagadnięta o tę „bulimię książkową”, powiedziała, że to jej czytanie „miało wyraźnie charakter transu narkotycznego” i pozwalało jej prowadzić „fantazmatyczne, równoległe życie”. Czy jest jakaś książka albo jakieś doświadczenie lekturowe, które zawdzięcza Pani Marii Janion?

Jest wiele takich doświadczeń. Baudelaire, Foucault i Bataille, Komornicka i Kaspar Hauser to były figury z Transgresji, czyli postaci mojej młodości. Chciałam być jak Jean Genet. Niestety, moja praca magisterska była swoistym przymuszeniem.

Nie chciała Pani pisać o Stanisławie Grochowiaku?

Nie. Ale z czasem pewne motywy z jego twórczości do mnie wracają, zwłaszcza „przedmioty jako świadkowie”, bo przedmioty w tej refleksji o Holokauście okazywały się dużo trwalsze niż ludzkie ciało. Można ten koncept odczytać dziś na nowo w kontekście refleksji ekologicznej, bo przedmioty niewątpliwie nas przeżyją. Zostaną po nas stosy plastiku.

Na pierwszych stronach Odnawiania znaczeń Janion cytuje Georges’a Pouleta mówiącego, że „czytać to znaczy czytać ponownie”, „czytać jeszcze raz”. Która, Pani zdaniem, z jej książek domaga się ponownej lektury? 

W naszej sferze publicznej mamy do czynienia z wymazywaniem wielu kart naszej historii. Janion wykonuje zaś pracę detektywistyczną wymuszającą na nas odpowiedzialność, zbiera ślady, idzie po tropach, aby mimo wszystko z fragmentów ułożyć sensowną całość. Jej prace wytworzyły pewien wpływowy sposób myślenia o polskości. Przykładem może tu być trwająca ponad 300 lat opozycja pogańska. Dziś znamy ją tylko pod sygnalizującą chaos nazwą „rozbicie dzielnicowe”. Z Niesamowitej Słowiańszczyzny dowiemy się, jak długim i żmudnym procesem była centralizacja władzy po przyjęciu chrześcijaństwa, wiążąca się z rozbijaniem tej opozycji. Z drugiej strony jest kwestia uczuciowej i moralnej odpowiedzialności z książki Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi. Janion pisze w niej, że powinniśmy żyć w stanie permanentnej żałoby, że ona się nie powinna skończyć, bo na ziemiach polskich nastąpił Holokaust. Ale być może mamy jeszcze więcej powodów, żeby w stanie żałoby trwać.

Wyznam, że ja przyjechałam do Pani z trzema książkami: to Projekt krytyki fantazmatycznej – szkice o egzystencjach ludzi i duchów, Gorączka romantycznaOdnawianie znaczeń. Nie umiałabym jednak wybrać najważniejszej dla mnie książki Profesor Janion, jej publikacji, tekstu, zdania. A Pani?

Mam wrażenie, że jej książki są jak rzeka. Można w nią wstąpić w jakimkolwiek momencie, sięgnąć po pierwszą z brzegu pracę, otworzyć ją na przypadkowej stronie i ufać, że czegoś istotnego na dany moment się dowiemy.

Czy czuje Pani ciężar intelektualnego długu wobec niej?

Tak. To jest chyba powód mojego nieodzywania się: mam wrażenie, że czegoś nie spłaciłam. A gdy rozszerzyć to pytanie na tych, których Janion stawiała do pionu, którym poddawała te właściwe pojęcia do opisu zjawisk, których inspirowała – to właściwie dług jest ogromny. Może powinniśmy domagać się aktywnej formy jego spłaty, choćby przez wprowadzenie krytycznej rozmowy o wartościach obywatelskich do szkół? Bo kiedy byłam na strajku w roku 1981, to z jednej strony domagaliśmy się rzetelnych pensji nauczycielskich, a z drugiej – wprowadzenia logiki jako przedmiotu szkolnego, bo chcieliśmy wychowywać świadomych obywateli. Nie udało się i zalewają nas dziś sofizmaty.

W kręgu uczniów Marii Janion znajdują się wybitni badacze i humaniści. Oprócz Pani to m.in. Małgorzata Czermińska, Marek Bieńczyk, Stefan Chwin – ludzie zajmujący się różnymi problemami i zagadnieniami, o różnorodnych temperamentach badawczych czy literackich. Czy jest jakiś inny element – poza Profesor Janion i fascynacją nią – który spaja ten krąg?

Po pierwsze, pewna odwaga badawcza. Nie wiem, czy Stefan Chwin bez spotkania z Janion napisałby Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni. Tak rozumiane życie, w którym samobójstwo jest jednym z wielu doświadczeń egzystencji, staje się świadomym wyborem. A po drugie, odwaga publiczna. Myślę tu o Ewie Graczyk, literaturoznawczyni, która postanowiła zaangażować się w politykę.

Jej uczniowie funkcjonują dziś zatem jak wolne elektrony. Każdy i każda idzie swoją drogą, ale pojawiają się nieoczekiwane momenty odwagi. Dzięki temu, co dostaliśmy od Janion, w decydujących momentach się nie boimy.

Izabela Morska – badaczka kultur, prozaiczka, poetka. Wykłada na Uniwersytecie Gdańskim. Niegdyś autorka m. in. Absolutnej amnezji i Twórczego pisania dla młodych panien (jako Izabela Filipiak). Autorka dziennika Znikanie (w przygotowaniu)

Kup numer