70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jak szybko upływa czas…

Alister Cox, XVIII-wieczny angielski konstruktor chronometrów i automatów cenionych na wszystkich dworach Europy, i nie tylko Europy, otrzymuje niespodziewane zaproszenie na chiński dwór cesarski.

Wysłannicy monarchy zastają go w dramatycznym momencie życia: właśnie umarła mu ukochana córka, a żona, przytłoczona nieszczęściem‚ utraciła mowę. Po długich wahaniach Cox decyduje się przyjąć zaproszenie i wraz z trzema współpracownikami wyrusza w daleką podróż. „Do chińskiego lądu” dociera pewnego „październikowego dnia, kiedy Qiánlóng, najpotężniejszy człowiek świata i cesarz Chin, kazał 27 urzędnikom podatkowym i handlarzom papierami wartościowymi obciąć nosy”.

Tak zaczyna się wydana właśnie i w Polsce nowa powieść Christopha Ransmayra Cesarski zegarmistrz. A opis okrutnej egzekucji, której przygląda się tłum gapiów, jak zawsze rozradowany widokiem cudzego cierpienia i wdzięczny władzy za ochronę przed „wyzyskiwaczami”, to jakby metaforyczna zapowiedź tego, co bohaterowie powieści będą oglądać przez najbliższe miesiące

Pierwowzorem Alistera Coxa jest, co autor wyjaśnia sam w posłowiu, James Cox (1723–1800), producent zegarów i automatów, znany przede wszystkim jako twórca Perpetual Motion, zegara, którego układ napędowy stanowiło 68 kg rtęci, utrzymywanego w bezustannym ruchu przez zmiany ciśnienia atmosferycznego. Zegar ten nie był oczywiście perpetuum mobile w ścisłym tego słowa znaczeniu – nie stanowił układu zamkniętego (praktycznie niemożliwego do stworzenia), a napędzająca go energia  pochodziła przecież z zewnątrz – ale mógł sprawiać takie wrażenie. Prawdziwy Cox nigdy co prawda nie był w Chinach, swoje automaty sprzedawał jednak z powodzeniem również na tamtejszym rynku, a w 1766 r. wykonał dwa ofiarowane przez Kompanię Wschodnioindyjską cesarzowi Qiánlóngowi, który jest również jednym z głównych bohaterów powieści Ransmayra.

Gdy powieściowy Cox przybywa na miejsce, okazuje się, że cesarzowi nie chodzi tylko o konstruowanie tak modnych wówczas, ruchomych automatów-zabawek. Jego zamiary są znacznie ambitniejsze. Już podczas pierwszej audiencji, rozpoczętej stwierdzeniem, które angielski mechanik uzna w pierwszej chwili za banalne: „Jak szybko upływa czas”, otrzymuje od nowego chlebodawcy nader osobliwe zlecenie: ma konstruować zegary, które różnie odmierzałyby czas płynący wcale niejednakowo  w rozmaitych okolicznościach życiowych. Inaczej bowiem upływa on dziecku, inaczej parze szczęśliwych kochanków, inaczej skazańcowi oczekującemu na egzekucję (spotkanie Coxa z dwoma takimi nieszczęśnikami to jedna z bardziej dramatycznych scen powieści). Ale przed najważniejszym zadaniem angielski mechanik stanie dopiero potem: ma zbudować zegar wieczny, „który potrafiłby mierzyć sekundy, chwile, tysiące wieków i więcej: eony wieczności, i którego koła zębate obracałyby się nawet jeszcze wówczas, kiedy jego budowniczowie i wszyscy ich potomkowie i potomkowie tychże dawno już zniknęliby z powierzchni ziemi” (s. 193). Nietrudno odgadnąć zamiar cesarza: nieskrępowany żadnymi prawami monarcha, pan życia i śmierci milionów poddanych, wszechobecny, ale prawie zawsze niewidzialny władca świata, chce móc sobie powiedzieć, że nie tylko przestrzeń, ale i czas poddany jest jego władzy – w końcu już teraz zwany bywa Panem Dziesięciu Tysięcy Lat.

Taki to właśnie wieczny zegar konstruuje Qiánlóngowi Cox. Przestrzeń zlewa się tu w jedno z czasem także niejako symbolicznie, bo rtęć potrzebna do budowy czasomierza pochodzi z wielkiej mapy cesarstwa, gdzie „udaje” rzeki i morza. Teraz ma niejako przenosić na werk machiny każde drgnienie atmosfery ziemskiej, a więc niejako oddech świata (s. 227), tak długo, jak długo planeta będzie otoczona życiodajną warstwą atmosfery.

Ale w samym zamyśle czasomierza kryje się niebezpieczna i paradoksalna pułapka. Taki zegar musi bowiem nieuchronnie stać się maszyną, która wskazywałaby „drogę z powszechnego porządku w bezczas” (s. 212). To zaś oznacza, że musiałby „przerosnąć cesarza (…) ukazać go jako zwykłego statystę w nadrzędnym przebiegu epok”. Byłby nieuchronnie czymś „trwalszym, większym niż on sam! Trwalszym niż pan czasu, który w ten sposób skurczyłby się do rozmiarów człowieka, jednego z wielu” (s. 219). Jak władca rozwiąże ten paradoks i co zrobi ostatecznie z „Ponadczasowym Zegarem”? Zakończenia powieści, jak w kryminale, zdradzać chyba nie należy, zwłaszcza że wydaje się bardzo wieloznaczne, a zatem jego interpretację wypada pozostawić czytelnikowi.

Cesarski zegarmistrz to przy tym także powieść o władzy, o państwie działającym niczym wielki mechanizm zegarowy, w którym każdy porusza się po ściśle wyznaczonych ścieżkach i biada temu, kto z nich niebacznie zejdzie. Ta absolutna władza jest władzą, wydawać by się mogło, doskonałą, bo nie krępują jej żadne ograniczenia czy prawa poddanych, a przecież okazuje się w istocie władzą doskonale zbędną, skupioną wyłącznie na konsumowaniu swych przywilejów.

Jej metaforą jest wielki zegar, skonstruowany kiedyś przez Coxa dla Kompanii Wschodnioindyjskiej, a ofiarowany przez nią później cesarzowi: składa się z 700 figurek, którym przewodzi figurka monarchy – jak to figurka, zastępowalna i wymienialna. Bo też władca służy jedynie za – najczęściej niewidzialny – punkt ośrodkowy państwa, zwieńczenie jego przedziwnej konstrukcji, ale gdy wybucha gdzieś zbrojny bunt, muszą z nim sobie radzić wojskowi i gubernatorzy, bo cesarz nie chce, by go odrywano od kaligrafowania poezji i rozmyślań o czasie. Wystylizowanego przez rytuał na istotę boską władcę nachodzi przecież niekiedy ochota, by choć przez chwilę pobyć człowiekiem, a pozwolić sobie może na to najprędzej właśnie w relacjach z kochankami i cudzoziemskimi zegarmistrzami, którym każe się przedstawić jako… „król małp” (s. 143).

Tym, co w powieści frapuje może najbardziej, bardziej niż sama parabola o czasie, są obrazy: sugestywne i wyraziste opisy, to urzekające malarskością (jak ten letniej rezydencji cesarza), to nieco groteskowe (audiencje i wizyty cesarskie), to wreszcie przerażające wyrafinowanym okrucieństwem, jak relacje z egzekucji. Chciałoby się widzieć w nich naśladownictwo malowanych tuszem chińskich pejzaży, ale silniejsze skojarzenie budzą one raczej ze sztuką XVI- i XVII-wiecznych Niderlandów, tak rozkochaną w jubilerskim oddawaniu detalu. Mistrzowskie są koncepcje i opisy zegarów konstruowanych na rozkaz cesarza. „Ponadczasowy Zegar” to jedyny z kilku czasomierzy opisanych w powieści, niebędący w całości wytworem fantazji autora, lecz nawiązujący bezpośrednio do Perpetual Motion. Inne to swobodne kreacje, imponujące pomysłowością swoich mechanizmów napędowych jak choćby najbardziej zdumiewający z nich, ten, który Cox instaluje na grobie ukochanej córki, a który przez pomysłowy system rurek „miał być poruszany ciepłem ziemi oraz bezgłośnie postępującymi w ziemi procesami rozkładu i przenosić na cyferblat resztkę życia jego córki”. Rozkład to bowiem w istocie wcale nie unicestwienie, lecz „przemiana” (s. 200).

A wszystko to w tłumaczeniu najwyższej próby. O przekładach można by chyba powiedzieć to samo, co powiedział ktoś o muzyce filmowej, też na swój sposób „tłumaczącej” obraz: najlepsza jest ponoć ta, o której widz, wychodząc z kina, nie pamięta, że ją słyszał, tak ściśle jest zrośnięta z obrazem. Także czytelnik Cesarskiego zegarmistrza zapomina, że nie ma do czynienia z dziełem oryginalnym. Znamienne jest tłumaczenie tytułu. W oryginale to Cox: oder Der Lauf der Zeit, a więc dosłownie: „Cox, czyli bieg czasu”. Odstępstwo od brzmienia oryginalnego jest tu chyba jednak bardzo przemyślane i sensowne. Przekład przemyca bowiem jego charakterystyczny rytm, który zatarłby się w tłumaczeniu dosłownym. A przemykając się gładko po plastycznych i jubilersko precyzyjnych opisach mechanizmów zegarowych i dworskich obyczajów, czytelnik nawet przez moment nie odczuwa trudu, jaki musiał w nie zapewne włożyć tłumacz.

Jakkolwiek odległe od doświadczeń zwykłego śmiertelnika może się wydać cesarskie zlecenie budowy „zegara bezczasowego”, który przetrwa swych twórców i właścicieli oraz pokolenia ich potomków, to przecież kryjąca się za nim myśl nie jest chyba – choćby w bardzo ogólnym kształcie – całkiem obca nikomu, kto odziedziczył po przodkach sprężynowy zegar dobrej marki. Jego spokojne tykanie uspokaja z pozoru, bo daje złudzenie, że wszystko toczy się ustalonym trybem, „jak zawsze”, że wszystko, włącznie z upływającym czasem, pozostaje – mierzalne – pod jakąś kontrolą. Ale przecież podsuwa zarazem nieuchronnie pytanie, ilu właścicieli czasomierz ów już przeżył, oraz nieprzyjemne wyobrażenie chwili, kiedy tym samym miarowym tykaniem usypiał będzie już kogoś innego.

Cesarski zegarmistrz  to także przypowieść o kruchości człowieka wobec czasu, a więc i przypowieść o każdym z nas.

_

Christoph Ransmayr

Cesarski zegarmistrz

tłum. Jacek St. Buras,

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2018, s. 272

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter