70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Tomasz Wierzejski / Agencja Gazeta

III RP. Trwała prowizorka

Od 1992 r. Polska ma nieustanny wzrost gospodarczy. To obecnie ewenement w skali całej Europy. Cena za to była jednak konkretna. W okresie transformacji wielu ludzi miało poczucie katastrofy, zwłaszcza na prowincji.

Andrzej Brzeziecki: Jakie uczucia budzi w Panu 30-lecie III RP? Pytam zarówno obywatela, jak i badacza jej dziejów.

Antoni Dudek: Jako obywatel czuję satysfakcję, że przeżyłem 30 lat w państwie, które odniosło sukces. Bo Polska jest krajem sukcesu – niestety, niedocenianego przez większość z nas. Gdy się spojrzy na minione 30-lecie z perspektywy wielu innych krajów, uchodzimy za symbol udanej transformacji. To może wzbudzać nawet zazdrość.

Często – może nie do końca trafnie – jesteśmy porównywani do Ukrainy, która na początku lat 90. była w podobnej sytuacji gospodarczej. Dziś widać różnicę – setki tysięcy Ukraińców „zagłosowało nogami” i wybrało Polskę jako miejsce życia i pracy.

 

A wielu Polaków wybrało Wyspy Brytyjskie.

Zawsze znajdzie się jakiś bogatszy kraj. Jednak Polski przed 30 laty w żaden sposób nie dałoby się porównać do ówczesnej Wielkiej Brytanii. W przypadku Ukrainy startowaliśmy, przy wszystkich różnicach przemawiających na naszą korzyść, z podobnych pozycji. Nie potrafię znaleźć w najnowszej historii Polski okresu, w którym zrobiliśmy tak wiele. Dokonaliśmy więcej niż w dwudziestoleciu międzywojennym.

 

Co dała Panu III RP? Wykształcenie? Pracę?

Zdążyłem się wykształcić w PRL, więc to „dała” mi jeszcze władza ludowa. Jestem o tyle specyficznym przykładem, że choć oczywiście „karierę” zrobiłem już w III RP, to też głównie dzięki PRL… Stałem się publicznie rozpoznawalny za sprawą pracy w Instytucie Pamięci Narodowej. Dla mnie, mimo iż wielu to może oburzyć, IPN to III RP w miniaturze. Bilans tej instytucji jest pozytywny, choć niejednoznaczny. IPN zajął się problemem rozliczenia epoki PRL w jej najtrudniejszym wymiarze, czyli działania tajnej policji. Niestety, Instytut stał się też z czasem częścią sporu o dzisiejszą Polskę, a nie powinien. Został zawłaszczony przez jedną partię ze szkodą dla swej misji.

 

Tu już mówi Pan jak badacz i komentator.

Bo jako komentator widzę więcej słabości dzisiejszej Polski: niewykorzystane szanse, ciemniejsze strony. Weźmy służbę zdrowia – wydajemy na nią coraz więcej pieniędzy, ale ona i tak jest jak dziurawe wiadro. I chyba się z tym pogodziliśmy. Albo demografia. Dzietność spadła już w latach 90., ale kolejne ekipy ignorowały ostrzeżenia. Naprawdę współczuję tym, którzy będą sprawować władzę w Polsce za 10 lat, bo rządzenie szybko starzejącym się, ale wciąż relatywnie biednym społeczeństwem będzie coraz trudniejsze.

 

A to kiedyś było łatwe?

Relatywnie łatwe rządzenie zaczęło się po wejściu do Unii Europejskiej. Najtrudniej chyba było na początku lat 90.

Skala problemów, z którymi mierzyły się pierwsze rządy, była niewyobrażalna. Wówczas posiedzenia gabinetów Mazowieckiego czy Bieleckiego zaczynały się od dyskusji, co zrobić, żeby zorganizować wypłaty emerytur na przyszły miesiąc, albo skąd wziąć leki, których zaczyna brakować i sprowadzić je, zanim ludzie zaczną umierać.

Do tego wielkie strajki. Niedawny protest nauczycieli na nikim nie zrobiłby wówczas wrażenia. Przez Warszawę non stop przechodziły demonstracje. Państwo się jednak nie rozleciało. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter