70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie

Po pierwsze, o marzeniach. A te mogą być naprawdę różne. Na początek trzeba zapytać, o czyje marzenia chodzi. Inne snują przecież debiutanci, a inne ci, którzy czekają, by dzieło debiutanta / debiutantki przeczytać.

Piszący / piszące i czytający / czytające należą czasem do przeciwnych nawet obozów. Osoby z pierwszej grupy przez ufizycznienie marzenia chcą nabyć bilet wstępu do grona twórców literatury (mistrzów, autorytetów, gwiazd), zdobyć rozgłos, rozpoznawalność, a może nawet i pieniądze. Czytelnicy i czytelniczki zaś czekają na kogoś wyjątkowego, kto odmieni ich świat, kto sprawi, że poczują się zupełnie inaczej niż do tej pory, kto zaskoczy ich tak, jak nigdy jeszcze nie zostali zaskoczeni. Nie można zapominać o marzeniach wydawców, którzy podejmują wysokie ryzyko, inwestując w książkę kogoś zupełnie nieznanego, osoby z nikim i niczym niekojarzonej. W kampaniach promocyjnych wytaczają więc zwykle potężne działa biograficzne, pisarz / pisarka musi (nie mając specjalnego wyboru) wziąć udział w tej dyskusyjnej grze, jaką jest budowanie i sprzedaż wizerunku. Kto nie od razu złapie jej zasady, może mieć kłopoty; są jednak i tacy, którzy od początku wiedzieli, że praca pisarza / pisarki nie polega tylko na tworzeniu tekstu, ale wiąże się też z autopromocją, „dawaniem” twarzy, aktywnością w przestrzeni medialnej, a nawet generalnymi zmianami w garderobie i trwałymi sojuszami z osobami zajmującymi się stylizacją – rzecz jasna, wizerunku, bo przecież nie językową; bowiem w prasie, telewizji i przestrzeni internetowej ważne jest przede wszystkim, jak kto wygląda. Lekceważenie sposobu, w jaki autor / autorka zostanie przedstawiony / przedstawiona w materiałach prasowych, w wywiadach udzielanych pismom lifestyle’owym (bo tych literackich zostało zbyt mało i trafiają do nielicznej grupy, która nie ma szans głosować zawartością swoich portfeli), to lekkomyślność, na jaką mało kto może sobie pozwolić (nie, „prawdziwa sztuka” nie „obroni się sama”). Pisarze i pisarki muszą być też celebrytami, inaczej bowiem ich szanse na sukces (komercyjny i prestiżowy) są niewielkie. Pisarze i pisarki in spe powinni brać udział w zajęciach przygotowujących do budowania własnej marki; na kursach kreatywnego pisania czy studiach literackich zapewne wkrótce ta potrzeba zostanie zauważona.

A co z czytelnikami i czytelniczkami? Jak mają przygotować się do rynkowej gry, jak i gdzie uczyć odróżniać reklamę od tekstu krytycznego czy recenzji? Jak ostrożnie obracać w dłoniach czepliwe autobiograficzne prasowe wtręty, jak nie dać się ogłuszyć marketingowemu zgiełkowi? To przecież zawody: kto szybciej i mocniej uderzy w uznany za najciekawszy stół, kto zrobi większe wrażenie: wiekiem, tematem, językiem, szokującą przeszłością. „Tego jeszcze nie było” – podobno nie można inaczej wymusić uwagi. Boleśnie doświadczają tego nawet środowiskowe wygi. W głośnym artykule opublikowanym w ubiegłym roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” (35/2014) Paweł Potoroczyn ponarzekał na rozbieżność między oczekiwaniami, jakie debiutant ma (lub może mieć), a dotkliwą (jego zdaniem) rzeczywistością. Dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza wydał w 2013 r. debiutancką powieść Ludzka rzecz (Wydawnictwo W.A.B.). Książka została zauważona, zrecenzowana i nominowana do najważniejszych krajowych nagród literackich. Apetyt autora nie został jednak zaspokojony. W obszernym i szeroko komentowanym tekście tygodnikowym Potoroczyn stawia sprawę jasno: „Jak nie zdobyć sławy, pieniędzy i powodzenia u kobiet? Pisząc”. Czyli martwić muszą się tylko heteroseksualni mężczyźni i homoseksualne kobiety; reszta po udanym debiucie literackim może liczyć nie tylko na wewnętrzną satysfakcję, ale i dobrobyt. Potoroczyn bardziej wdzięczy się, niż naprawdę narzeka, ponieważ nie bardzo ma na co (choć można podejrzewać, że apetyt na owe pieniądze, kobiety czy sławę jest trudny do zaspokojenia). Paweł Potoroczyn, dobrze osadzony w środowisku „młody pisarz”, wyznał wiarę w debiut jako wyjście w świat, początek kariery, dołączenie do klubu Wielkich Pisarzy. Cóż, można poczuć niedosyt, gdy motorem działań jest pragnienie bycia takim jak Fiodor Dostojewski, Joseph Conrad, Tomasz Mann czy Milan Kundera. Tak jak Bal Debiutantek oznacza wprowadzenie w tzw. dobre towarzystwo, początek kariery w wyższych sferach, tak książkowy debiut ma być początkiem drogi do świata określonej kanonicznej wielkości (z zaznaczeniem, że chodzi o ten jeden „właściwy” kanon). Takie ujęcie sprawy to prosty przepis na katastrofę.

Czekamy na debiut

Tyle wyznań pisarza. Któż by nie chciał żyć jak pączek w maśle! A wiadomo, że udaje się to zaledwie niektórym, i to zwykle nie tym, którzy marzą o znalezieniu się w towarzystwie Conrada.

Kokosy zbijają mistrzowie i mistrzynie powieści gatunkowych, autorzy i autorki kryminałów oraz romansów. Jak żyć z takim poczuciem niesprawiedliwości, gdy „prawdziwa sztuka” nie wygrywa w rynkowych zawodach?

Może i czasem jeden z drugim maruda wspomni o tym, że i porządny warsztat się liczy, że literatura popularna pełni różne funkcje i zaspokaja różne potrzeby, a pieklenie się w niczym nie pomaga – chyba że w budowaniu barier komunikacyjnych i uprzedzeń. Sukcesy twórców powieści gatunkowych wydają się zwyczajną koleją rzeczy. Potransformacyjna kultura polska długo leczyła rany po kolejnych wstydach: lata 90. napędzane były pragnieniem „wyrównania poziomu” i upodobnienia się do zachodnich, czyli lepszych, twórców, wzorców. W ten sposób, jakby za jednym machnięciem ręki, odrzucone zostały wypracowane tradycje i zerwana ciągłość artystyczna (awangarda również poszła w odstawkę, nie wytrzymując konkurencji w zestawieniu z rozrywką), abyśmy mogli nadrobić „wstydliwe” braki w przestrzeni popkultury. Nagle, ni stąd, ni zowąd, okazało się, że nowe obyczaje nie służą rozwijaniu i pielęgnowaniu różnorodności ani indywidualności. Palące potrzeby osiągnięcia niedostępnych przez całe dekady dóbr sprowadziły niebezpieczeństwa innego typu. Gdy już obłowiliśmy się w te wszystkie dżinsy, auta, kolorowe torby i napoje w plastikowych butelkach, poczuliśmy brak tego, co wcześniej uznaliśmy za mało wartościowe. Naśladownictwo jako strategia rynkowa przyniosło polskie wersje przygód Bridget Jones i polskie wersje czarnego kryminału, ale to wciąż jakby mało. Coraz wyraźniejsze były głosy domagające się „prawdziwej” literatury – tylko mało kto wiedział, czym ona naprawdę jest. Zwolennicy jasno określonej klasyki okopali się mocno i nie chcieli mieć nic wspólnego z powoli, acz nieuchronnie starzejącymi się łobuzami opromienianymi blaskiem „Lampy”. Środowiskowe podziały prawie uniemożliwiły wymianę informacji, za to sprzyjały kwaśnym minom i krzywym spojrzeniom.

Kulturotwórcza moc opowiadania

Coś musiało zacząć się zmieniać. Może nie radykalnie, może już po przepracowaniu relacji między centrum a pograniczami. Jedenaście lat temu ruszyły we Wrocławiu prace nad Międzynarodowym Festiwalem Opowiadania. Pomysł był prosty i nieoczywisty zarazem: przez kilka jesiennych dni pisarze i pisarki z różnych miejsc świata spotykają się we Wrocławiu, żeby ze sobą podyskutować i czytać swoje teksty. Właśnie tego elementu – porozumienia, czytania i słuchania siebie nawzajem – brakowało wtedy i dzisiaj nadal brakuje najbardziej. MFO daje szansę wyjątkową – dzieje się w jego ramach coś, co granice tekstu drukowanego przekracza. Opowiadanie bowiem to nie tylko krótka forma, ale czynność jednocząca w dość tajemniczy, ale i wyraźny sposób. Trochę spektakl, trochę spotkanie z autorem / autorką ulubionych utworów, trochę wyprawa w nieznane, ponieważ MFO mocno stawia na debiuty. W tym wypadku „debiuty” znaczą przekłady tekstów autorów i autorek z innych języków, pierwsze tłumaczenia, nawiązywanie porozumienia między nieoczywistymi „centrami” kultury opowiadania. Małe formy nadają się do tego znakomicie – są jak podróżny bagaż, który umożliwia brawurową, choć krótką wyprawę (następnym razem może zostanę na dłużej). Towarzystwo Aktywnej Komunikacji, które za MFO stoi, nie załamuje rąk, nie narzeka na trudności, tylko co roku organizuje spotkania trudniących się opowiadaniem, stawia również na „średnie” i „małe” języki, nie zafiksowało się na prestiżu i hierarchii. I jak na tym wychodzi? Odnosi sukcesy nieprzeliczane na dobra materialne. Kto jesienią 2014 r. słyszał czytającą Han Kang, ten wie, o czym mowa. Drobna, niegłośna, skupiona na szczególe proza zrobiła piorunujące wrażenie, a cichy głos autorki wymusił uwagę wszystkich zgromadzonych w sali kina Nowe Horyzonty. Ciche to nowe głośne, a małe to nowe duże? To dopiero rewolucja, która nie polega na detronizacji i przejmowaniu władzy, ale na nowym myśleniu o wartościach. Nieprzemocowe, oparte na porozumieniach i spotkaniach działania MFO godzą w zasady tzw. wolnego rynku i przynoszą wiele nadziei. Tej jesieni odbędzie się kolejny zjazd tych, którzy w opowiadaniu chcą uczestniczyć.

Przy MFO ukazują się książki zbiorowe debiutujących polskich autorów i autorek. Antologia towarzysząca jubileuszowemej, dziesiątej edycji Festiwalu Nowe marzy kolejny raz postawiła na siłę wyobraźni. Natasza Goerke, Marta Mizuro i Dariusz Sośnicki (redaktorzy książki, opiekunowie całej grupy debiutantów) podkreślili we wstępie do książki, że wyobraźni nie da się „nauczyć” na kursach kreatywnego pisania. Wyobraźnia przekracza granice gatunku, naraża nawet na ryzyko, ale ten rodzaj przygody wydaje się czymś najcenniejszym. W takim pisaniu nie chodzi wcale o to, by wygrać nagrodę, by wedrzeć się na okładki najbardziej poczytnych pism (choć jeśli się to uda, to dlaczego nie…); próbuje ono zwrócić uwagę na wartość pozornie „nieopłacalnych” działań. Wszak to nie system nagród jest kulturotwórczy, nie wskazywanie zwycięzców i zwyciężczyń przynosi długoterminowe zyski, ale działanie skupione na kreatywności. Wypracowane w ten sposób obyczaje aktywizują wiele sfer życia i na nie promieniują, wpływają nie tylko na dosłownie literackie gry i zabawy.

Kultura specjalistów skazana jest na izolację i sprzyja utrwalaniu stereotypu oświeconej elity i zapóźnionych mas.

MFO żywo reaguje na te niepokojące zjawiska, łowi opowiadających „przed debiutem” i daje im papierową trybunę (podobną taktykę stosuje pismo „Chimera”, które co roku ogłasza konkurs na opowiadanie i wydaje osobny numer złożony z wyróżnionych tekstów). Jeden z autorów antologii Nowe marzy, Kuba Wojtaszczyk (twórca opowiadania Przemyt kotów przez granice miasta), zdołał wykorzystać swoją szansę. Chwilę po Festiwalu zdążył wydać swoją pierwszą powieść Portret trumienny (Simple Publishing, 2014), którą przyciągnął uwagę krytyków i krytyczek. Wojtaszczyk potrafi mieszać elementy powieści gatunkowej (dreszczowiec co się zowie) z powieścią obyczajową. Jego niewielka powieść nie tylko stanowi świadectwo wolności od kategorycznego podziału na literaturę wysoką i niską; więcej nawet: można czytać ją jak dowód, że taki podział byłby dzisiaj sztuczny, a nawet groziłby osunięciem się w patos. Powieść Wojtaszczyka o rozprawie z klasowym wstydem w konwencji gore prowokuje do dyskusji, raczej stawia pytania, niż za wszelką cenę próbuje udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Autor Portretu trumiennego nie jest osamotniony ani nie jest też pionierem wykorzystywania elementów i konwencji horroru. Niekwestionowanym mistrzem w tej dziedzinie jest Łukasz Orbitowski, autor Widm, nadal niedocenionej przez krytykę, a przecież jednej z najlepszych polskich powieści nowego tysiąclecia. Trzeba też (koniecznie!) wskazać autorkę olśniewającego (choć mrocznego, oczywiście) debiutu, czyli Przypadku Alicji. Aleksandra Zielińska wydała swoją pierwszą powieść w serii Archipelagi Wydawnictwa W.A.B. należącego do Grupy Foksal. Nic tylko pogratulować wydawnictwu nosa i odwagi. Ta bardzo krakowska książka (odważni mogą próbować urządzić sobie wycieczkę po mieście śladami tytułowej bohaterki), rodzaj powieści inicjacyjnej, jeszcze narobi zamieszania. Zielińska „przepisuje” historię Alicji, która zamiast w Krainie Czarów ląduje w koszmarze. Falująca granica między normą a nienormalnością, trauma, przemoc, tabu przeklętego stanu błogosławionego, bunt przeciwko tzw. właściwym rozwiązaniom, konsekwencje rodzinnej emancypacji, rozprawa z rolami społecznymi, szaleństwo jako rodzaj deklaracji niepodległości i krew w roli najlepszego środka czyszczącego – Zielińska nie patyczkuje się z nikim i niczym, łapie wielogłową hydrę lęku w jednej, nie tak znowu obszernej powieści. Oby Przypadek Alicji poradził sobie dobrze, oby był czytany i dyskutowany, a nawet obsypywany wszelkimi możliwymi nagrodami.

Fantazja, bo fantazja jest od tego

Jednym z najgłośniejszych debiutów początku 2015 r. jest zbiór opowiadań (a jakże! oczywiście, że opowiadań) Weroniki Murek Uprawa roślin południowych metodą Miczurina (Wydawnictwo Czarne, 2015). Wydawca Uprawy…, przodownik na rynku tzw. literatury non- -fiction, nie zasypia gruszek w popiele i szuka talentów na własną rękę. Robi to przede wszystkim w ramach organizowanych we własnym zakresie warsztatów pisania. To rodzaj szkoły, przygody, ale i okazja do wyłowienia takich jak Murek osób. Takich, czyli nielękających się wyzwań, przed jakimi fiction stawia. Logika książki Murek (nie trzeba zalewać słowami, choć nadmiar wciąż zdaje się robić gdzieniegdzie niezłe wrażenie) jest nieoczywista. Kto oczekuje gładkiej opowieści, ten na pewno, czytając Uprawę…, zmęczy się i spoci. Kto zaś podejmie wyzwanie i spróbuje odrzucić klucze, które już ma w kieszeni, nie tylko nie straci czasu i energii na złość, że „nic tu nie pasuje”, ale i może poczuje frajdę czytania wbrew zasadom prawdopodobieństwa, da się wyprowadzić ponad rzeczywistość i dzięki tej wyprawie zrozumie ową rzeczywistość (czy też siebie) lepiej. Sama autorka niespecjalnie ma ochotę mówić o sobie, przez co wytrychy biograficzne też odpadają; mało o niej wiadomo, prawie nic. Mierzyć się z tekstem bez wsporników, podpowiedzi i przypisów – to niemal zapomniane przyjemności, prawie jak te z czasów Fractali Nataszy Goerke.

Wydawnictwo Czarne sprezentowało nam równo rok temu głośny debiut-nie-debiut. Guguły Wioletty Grzegorzewskiej tak były właśnie prezentowane, jakby świeżynka miała większą siłę atrakcyjności (trochę w myśl pierwszej zasady handlowców: jeśli opiszemy produkt jako nowość, to sprzeda się, choć wcale nowością nie jest). Grzegorzewska była już po debiucie nie tylko poetyckim, ale i prozatorskim. Cóż jednak z tego, gdy jej wcześniejsze książki ukazywały się nakładem wydawnictw o nikłej albo nawet żadnej mocy oddziaływania na rynek. W przypadku Wydawnictwa Czarne jest na szczęście inaczej i dzięki niemu dostaliśmy zbiór opowiadań (czy też „minipowieść w opowiadaniach”), który mocno namieszał w najnowszej polskiej literaturze. Zdaje się, że „właściwy” debiut Grzegorzewskiej przetarł drogę kolejnym takim, niekoniecznie rokującym sukces, książkom.

W te „drugie” debiuty ubiegły rok obfitował. W tym miejscu trzeba wspomnieć o Oknach Anny Arno (Fundacja „Zeszytów Literackich”, 2014). Znana i ceniona tłumaczka (ma w dorobku znakomite przekłady rozpraw Daniela Arrasse’a dla wydawnictwa DodoEditor), historyczka sztuki, krytyczka literatury i poetka wreszcie weszła w świat w nowej, ale chyba właściwiej sobie roli. Okna, niewielki zbiór miniatur poetyckich, wywołały dyskusję prawie światopoglądową. Empatia i estetyzm nie zawsze idą w parze; podglądactwo (ma wszak solidne tradycje literackie) wydaje się dość podejrzane. Jedynie przejmujące studium odmian samotności, jakimi są Okna, nie budzi żadnych zastrzeżeń. Nie można się chyba bardziej cieszyć niż wtedy, gdy książki oddychają w twórczym sporze i pokazują, że rama tekstu to ledwo początek. Prawdziwa przygoda zaczyna się na własną czytelniczą rękę.

Żal tylko ogromnie, że nadal przepadają książki tak wyjątkowe jak Alicyjka Liliany Hermetz (Nisza, 2014). Ten potężny debiut nie otrzymał medialnego wsparcia, podobnie jak wydana wcześniej (w 2013 r., również przez Niszę) książka Anny Augustyniak Kochałam, kiedy odeszła. Zauważono ją dopiero przy wsparciu autorytetu, Piotra Śliwińskiego, który w II połowie 2014 r. nawoływał do zainteresowania tą „przeoczoną” książką. A że dyktatura „nowości” nadal trzyma się mocno, na niewiele się chyba ten apel zdał. Gdyby tak udało się wrócić do myślenia o książkach jako o tym, co nie traci przydatności do spożycia…

Debiutować czy nie debiutować?

Przywołany już Piotr Śliwiński w odpowiedzi na artykuł Pawła Potoroczyna nie zostawia miejsca na niedomówienia. „Debiutuj, nie bądź psem Luriego”, pisze w felietonie zamieszczonym w dodatku „Tygodnika Powszechnego” (37/2014). Nikt nie mówi, że będzie łatwo, ale największą możliwą krzywdą jest, zdaniem Śliwińskiego, dać wybić sobie z głowy marzenia. „Nowe marzy”, „marzyć od nowa”, „republika marzeń” – jak spadać, to z wysokiego konia, a jeśli żałować, to tylko tego, co się zrobiło.

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter