Maciej Topolski marzec 2021

Nie dotykać!

Książka Marty Smolińskiej Haptyczność poszerzona. Zmysł dotyku w sztuce polskiej drugiej połowy XX i początku XXI wieku skutecznie przekonuje, że prace z obszaru nauk humanistycznych są dzisiaj pisane językiem nie tyle nawet niezrozumiałym, ile kuriozalnym, przede wszystkim jednak że polska humanistyka nie jest gotowa do podjęcia refleksji nad dotykiem.

Artykuł z numeru

Michał Heller. Pytanie o Boga i ateizm

Czytaj także

Krzysztof Wołodźko

Polscy Żydzi komuniści. Wykorzenieni i wygnani

Wydana przez Universitas w serii „Ars Vetus et Nova” publikacja profesorki Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu jest nowatorska w polskiej humanistyce ze względu na sam temat – i to niestety jedyna zaleta tej publikacji. Zwrot zmysłowy, zapoczątkowany w latach 90. głównie przez kanadyjskich antropologów i antropolożki, którzy refleksję nad zmysłami – zarezerwowaną dotąd dla psychologii – uczynili przedmiotem badań historyków, kulturoznawców czy etnografów, nie spotkał się z większym zainteresowaniem polskich badaczy. Przyczyny tej sytuacji są złożone, jedną z najistotniejszych stanowi przywiązanie do kultury wizualnej, objawiające się popularnością badań nad różnorodnymi jej wytworami. Nowatorski charakter pracy poznańskiej badaczki dotyczy właśnie refleksji nad odmiennym, tzn. opartym nie na wizualnych, lecz dotykowych – a szerzej: wielozmysłowych – sposobach tworzenia wiedzy. Problem z podjęciem tej refleksji dotyczy użytego w rozprawie języka.

Przytoczę trzy fragmenty: „Problemy zdrowotne bardzo wnikliwie opisywał w listach do przyjaciół, a przy tym (…) był homoseksualistą, co wpłynęło na to, jak wielką przyjemność odczuwał, patrząc na wyrzeźbione męskie ciała” (s. 65); „Materia farb zostaje zatrudniona, by celebrować ów przepych biomorficznych form, a biała płaszczyzna płótna staje się niekiedy tłem do ich inwentaryzacji” (s. 117); „Percepcja ucieleśnia się i przypomina rodzaj guilty pleasure, gdy oko odpakowuje cukierka, oblizuje poszczególne słodycze, żuje gumę lub wgryza się w donuta, doznając przy tym pewnego zawstydzenia” (s. 122). Język, jakim posługuje się w Haptyczności rozszerzonej Marta Smolińska, jest przede wszystkim niezrozumiały – i nie chodzi o stopień skomplikowania wywodu. Bo czym jest tło inwentaryzujące biomorficzne formy? Czy istnieje percepcja inna od ucieleśnionej? Dlaczego żucie gumy ma powodować poczucie guilty pleasure?

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Wszystko to można by tak czy inaczej wyjaśnić w szerszym kontekście, problem w tym, że takiego kontekstu Smolińska nie tworzy. Poznańska badaczka łączy bowiem wszystko ze wszystkim bez objaśnienia, przytacza terminy, cytaty, teorie, przekształcając swój wywód w rodzaj pseudonaukowego patchworku (kilka lat wcześniej Agnieszka Jelewska w książce o podobnej tematyce, zatytułowanej Sensorium. Esej o sztuce i technologii, zrobiła dokładnie to samo). Oczywiście sam gest wprowadzenia do polskiej humanistyki nowych teorii czy nieznanych terminów jest istotny, jednocześnie zestawianie ich na zasadzie wolnych skojarzeń – w obrębie ogólnego tematu, którym jest sensualność – przyczynia się do powstania dyskursywnego bałaganu. Czym innym jest bowiem topologia zmysłów Michela Serresa, jeszcze czymś innym teorie filmoznawcze Laury U. Marks, a już kompletnie czymś innym są koncepcje psychoanalityczne Didiera Anzieu. Co więcej, autorka posługuje się kuriozalnymi, quasi-poetyckimi tworami językowymi (typu „oko haptycznego podmiotu (…) w przełyku”), błędnie tłumaczy terminy (le Moi-peau funkcjonuje w przekładzie jako „ego skóry”, nie zaś „skóra-ja”) czy wykazuje się niezdecydowaniem, alogicznością wywodu (w obrębie jednego akapitu można przeczytać, że haptyczny podmiot „nie musi być zatem tylko fałdą” i „jest czującą i myślącą fałdą”). Wszystko to każe zapytać, w jaki sposób praca ta przeszła przez proces recenzji, a następnie została opublikowana w takim kształcie.

W pewnym sensie książka Smolińskiej odzwierciedla też aktualną sytuację refleksji nad kulturą dotykową. Refleksja ta – co ukazują coraz liczniejsze prace naukowe z zakresu od architektury przez literaturoznawstwo po prawo – jest niezwykle obszerna, brakuje jej jednak ujęć scalających, oferujących wspólną nomenklaturę czy tworzących sieć operacyjnych pojęć. Powodem takiego stanu rzeczy jest z jednej strony nieobecność konkretnej dziedziny badań poświęconej dotykowi („antropologia taktylna nie istnieje”), z drugiej – przypisywana temu zmysłowi nieuchwytność oraz nieprzedstawialność (co może w pewnym sensie przekładać się na „rozproszony” charakter refleksji nad dotykiem).

Weźmy zresztą tytuł książki – Haptyczność pozszerzona. Słowa „haptyczność” i „taktylność”, jak słusznie zauważa autorka, pochodzą z dwóch różnych tradycji, odpowiednio greckiej i łacińskiej. Słowo „haptyczność” pochodzi od greckiego háptein, które oznacza „złapać”, „przymocować”, „wiązać” – i jest mocno zakorzenione w teorii sztuki (od Aloisa Riegla przez Gilles’a Deleuze’a po Marka Patersona). „Taktylność” ma jednak o wiele większy zasięg znaczeniowy – słowo to wywodzi się od łacińskiego tactus, które wskazuje nie tylko na zmysł dotyku, ale i szereg czynności z tym zmysłem związanych, a wskazanych przez znaczenie pokrewnych czasowników tango, tangere: „czuć”, „oddziaływać”, „nieść”, „dotrzeć”, „graniczyć”, „przylegać”, „uderzać”, „poruszać” itd. Określając ruch całego ciała, stany emocjonalne czy relacje przestrzenne, odpowiada w większym stopniu temu, co autorka określa jako wielozmysłowe doświadczenie dotykowe znoszące binarne opozycje natury i kultury, ludzkiego i zwierzęcego, podmiotowego i przedmiotowego etc. W tym kontekście trudno więc zrozumieć, dlaczego autorka książki utrzymuje podział na bierne „taktylne” i aktywne „haptyczne” doświadczenie.

To nie ostatni problem tej książki. Tytułowe „poszerzenie” polega tak naprawdę na drobnym przesunięciu: z haptyczności jako modalności wzroku na haptyczność rozumianą jako doświadczenie całego ciała. Ta dająca się streścić w jednym zdaniu idea jest rozwijana przez ponad 100 stron, a następnie – z lepszym lub gorszym skutkiem – aplikowana do analizy wybranych dzieł polskich artystek i artystów. Czy wnosi cokolwiek nowego do refleksji nad zmysłem dotyku? Śmiem wątpić.

*

Punkt wyjścia do myślenia o dotyku stanowi dzisiaj tekst Karen Barad On Touching – the Inhuman that Therefore I Am (O dotykaniu. Nieludzki więc jestem). Opublikowany w 2012 r. na łamach feministycznego czasopisma naukowego „differences”, napisany precyzyjną angielszczyzną łączącą odległe dziedziny wiedzy, traktuje o paradoksalnej fizyce dotykania, rozpatrywanej w mikro- i makroskali: tak jak atomy przyciągają się i nie są w stanie siebie dotknąć, tak samo ja nie jestem w stanie dotknąć innego, w tym tego innego, którym jestem sam. „Przyczyna, dla której biurko wydaje się twarde – wyjaśnia Barad, fizyczka i filozofka – futro kota miękkie, a (nawet) trzymanie kubka z kawą czy swojej dłoni możliwe, jest efektem elektromagnetycznego odpychania”. Mówiąc inaczej: dotyk, który ma przybliżać, oddala. Ukazuje swoją nieskończoną inność. Ten tekst nie traktuje o doświadczeniu ciała, tożsamości „ja” czy odbiorze i tworzeniu sztuki. Dotyczy dotykowej aktywności, która jest podstawą wszystkiego, co istnieje.

Marta Smolińska

Haptyczność poszerzona. Zmysł dotyku w sztuce polskiej drugiej połowy XX i początku XXI wieku

Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas, Kraków 2020, s. 398

Kup numer