fot. Krzysztof Żukowski/Forum
z Januszem Czapińskim rozmawia Elżbieta Kot grudzień 2020

Kołowrotek szczęścia

Gdy zbadano zwycięzców loterii i sparaliżowane ofiary wypadków samochodowych, okazało się, że już po kilku miesiącach od tych wydarzeń ich poziom zadowolenia z życia wracał niemal do poprzedniego stanu. Niezależnie od okoliczności możemy zachować równowagę ducha i przynajmniej umiarkowane poczucie szczęścia.

Artykuł z numeru

Szczęście – to skomplikowane

Czytaj także

z Władysławem Stróżewskim rozmawia Michał Jędrzejek

Światłocień

Czym z punktu widzenia psychologii jest szczęście?

Poczucie szczęścia jest jedną z dość powszechnie wykorzystywanych miar szerszego zjawiska, którym jest dobrostan psychiczny. Różnie się go definiuje, ale niemal we wszystkich definicjach owo poczucie szczęścia się pojawia. Oprócz tego na dobrostan składa się też zadowolenie z życia oraz bilans emocjonalny – wszystko jedno, czy dnia, czy tygodnia, a nawet całego życia – z przewagą doznań pozytywnych. Pojęcie szczęścia zdaniem niektórych obejmuje również szereg cech osobowości, np. cnoty, siłę charakteru itd. Definicje dobrostanu psychicznego są bardzo zróżnicowane, ale w sumie sprowadzają się do jednego – do pozytywnej postawy wobec własnego życia.

W psychologii, podobnie jak w filozofii, wyróżnia się hedonistyczne i eudajmonistyczne koncepcje szczęścia.

Szczęście w rozumieniu Arystotelesowskim, eudajmonistycznym, to wykorzystanie w życiu wszystkich lub większości swoich potencjałów, z którymi przychodzimy na świat, natomiast w ujęciu hedonistycznym chodzi o przewagę przyjemności nad przykrościami, kolekcjonowanie tego, co nam sprawia frajdę, radość. Różnica w obu podejściach jest istotna, jednak mają one wspólny punkt dojścia, czyli to, jak patrzymy na swoje życie i jak je oceniamy.

Eudajmoniści gotowi są nawet cierpieć za sprawę, jeśli mają szczytny cel, po to, by móc, uruchamiając swoje potencjały intelektualne, emocjonalne czy zawodowe, osiągnąć to, co sami definiują jako pełne, satysfakcjonujące życie. Hedoniści też do tego dążą, ale inną drogą, nie są gotowi się poświęcać. Oczywiście nie ma stuprocentowych eudajmonistów i hedonistów, hedoniści również mają wykraczające poza kolekcjonowanie przyjemności cele życiowe, tylko tak je wyznaczają, żeby nie wymagały szczególnego poświęcenia. A eudajmoniści też lubią zjeść dobry obiad.

Czy któraś z tych postaw jest skuteczniejsza w osiągnięciu tego, co nazywamy szczęściem? Po lekturze Pańskiej książki Psychologia szczęścia odniosłam wrażenie, że jednak optuje Pan bardziej za podejściem eudajmonistycznym.

Bo ono zakłada większą wrażliwość na to, co wykracza poza nasze indywidualne życie. Ta postawa jest z natury bardziej prospołeczna. Znowu odwołując się do Arystotelesa – chodzi o kultywowanie cnót, zwłaszcza takich jak odwaga, miłość, życzliwość wobec innych. Nie mogę jednak powiedzieć, że kategorycznie wolę eudajmonistów od hedonistów. Te różnice nie pozwalają nam stwierdzić, że jedni są lepsi, a drudzy gorsi.

A na czym polega stworzona przez Pana „cebulowa teoria szczęścia”?

Początki badań nad dobrostanem psychicznym były związanie z pomiarami o charakterze hedonistycznym − mierzono temperaturę emocji, zadowolenie z życia i poczucie szczęścia, o inne stany w zasadzie nie pytano. Dopiero gdy pojawiły się koncepcje szczęścia eudajmonistycznego – pierwszą stworzyła Carol Ryff – zaczęły się pomiary innych od hedonicznego wymiarów jakości życia, ale pozostają one w mniejszości. W dalszym ciągu przeważają bowiem badania jednowymiarowe, na skali przyjemnie–nieprzyjemnie, zadowolony–niezadowolony.

Doszedłem do wniosku, że psycholodzy wpadli w pułapkę, która nie pozwala na znalezienie odpowiedzi na wiele istotnych pytań, dlatego zaproponowałem „teorię cebulową” zakładającą istnienie kilku warstw szczęścia. To, czy uznajemy nasze życie za udane, niezależnie od tego, czy hołdujemy eudajmonizmowi, czy hedonizmowi, jest związane ze spontanicznym i automatycznym dążeniem do równowagi ducha, niezależnie od okoliczności. Ja to nazwałem „atraktorem szczęścia”, ale można mówić po prostu o woli życia. Większość ludzi w wyniku ostrej selekcji naturalnej rodzi się z całkiem silną wolą życia, choć występują tu także różnice jednostkowe. Wola życia jest stuprocentowo uwarunkowanym genetycznie, czyli wrodzonym, elementem dobrostanu. I ona jest pierwszą, najgłębszą z warstw owej cebuli.

Poza tym wszyscy kolekcjonujemy różne doświadczenia życiowe, które docierają do naszej świadomości w postaci bilansu dobrych i złych przypadków. I tym zajmowała się większość badaczy dobrostanu psychicznego. Ja nazwałem ten zbiór, środkową warstwę cebuli, „ogólnym dobrostanem subiektywnym”. O nim mówimy, gdy ktoś nas pyta albo sami zadajemy sobie pytanie, czy jesteśmy zadowoleni z życia i w jakim stopniu.

I wreszcie jest wymiar, który można nazwać potokiem bieżących doświadczeń – może nam się powodzić lub nie: finansowo, w pracy, w małżeństwie, możemy być zadowoleni lub nie z dzieci, z miejsca zamieszkania itd. Po angielsku to się nazywa domain satisfactions – zadowolenie z poszczególnych aspektów życia.

Jakie są zależności między tymi trzema warstwami szczęścia?

Część środkowa, czyli dobrostan subiektywny, jest nieustannie pod naciskiem dwóch pozostałych – wola życia przywraca nas do przyzwoicie pozytywnego poziomu („nie martw się”, „jutro będzie lepiej”), a z kolei potok codziennych doświadczeń od czasu do czasu przesuwa nas w kierunku krańca negatywnego. Na przykład, gdy już naprawdę nie wiedzie nam się w robocie, jesteśmy szykanowani przez przełożonych, nie mamy dobrych relacji z kolegami, może to zacząć rzutować na nasz ogólny stosunek do życia i doprowadzić do konkluzji, że wiedziemy marne życie – chociaż mamy dobrą żonę czy męża, i to nas ratuje, bo nie pozwala nam się całkiem ześliznąć w czarną dziurę nieszczęścia. Ale nawet jeśli na jakiś czas te bieżące doświadczenia powodują obniżenie zadowolenia z życia, wszyscy możemy jednak liczyć na to, że atraktor szczęścia prędzej czy później, a raczej prędzej, pozwoli nam się przystosować do tych warunków, przywróci nam uśmiech na twarzy i pozytywne spojrzenie w przyszłość.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Wola życia zawsze zwycięża?

Ludzie się oczywiście różnią tym, jak wysoko na skali dobrostanu mają możliwy do osiągnięcia poziom zadowolenia. Jednak 80% ludzi na świecie, jak pokazują ankiety, lokuje się na pozytywnej stronie skali. Również badania sprawdzające, jak długo trwa negatywny okres po złych doświadczeniach, dowodzą, że człowiek bardzo szybko się adaptuje i staje na nogi nawet po tak traumatycznych doświadczeniach jak śmierć partnera lub dziecka (nawiasem mówiąc, adaptacja do wdowieństwa trwa dłużej niż do życia po utracie dziecka).

Jednak − co może wielu ludzi zmartwić − równie krótko trwa adaptacja do sytuacji pozytywnej. Na przykład jeśli chodzi o związki małżeńskie, najwyższe poczucie szczęścia ludzie osiągają tuż przed zawarciem ślubu i tuż po nim, a już po dwóch latach wraca ono do przypisanego im normalnego poziomu. W słynnych badaniach Janoff-Bulman, Coatesa i Brickmana, określających poziom zadowolenia z życia zwycięzców loterii pieniężnych i sparaliżowanych ofiar wypadków drogowych, wykazano, że po kilku miesiącach od tych wydarzeń wskaźnik ich zadowolenia z życia zbliżył się do wskaźnika osiągniętego przez osoby z grupy kontrolnej, czyli wrócił niemal do poprzedniego poziomu. Badacze nazwali to „hedonicznym kołowrotkiem”.

Są jednak takie wydarzenia, gdzie nie doświadczamy pełnej adaptacji – np. po rozwodzie nie wraca się do poprzedniego poziomu poczucia szczęścia. Nie do wszystkiego równie łatwo się adaptujemy, i to jest zagadka, przed którą stoją badacze – czy ten atraktor szczęścia przestał być wydajny, został uszkodzony przez jakieś wydarzenia? Ja bym jednak oczekiwał, że po wszystkich wydarzeniach życiowych wrócimy do równowagi.

Czyli dążymy do homeostazy i to jest optimum, skrajności są zbyt wyczerpujące. Czemu w takim razie w psychologii mówi się o szczęściu, czy nie wystarczy pojęcie zadowolenia? W potocznym rozumieniu, a także w literaturze szczęście kojarzy się z czymś wyjątkowym.

Rzeczywiście w języku polskim szczęście kojarzy się z euforią – ale raczej gdy mówimy o pełni szczęścia. Gdy zaś mówimy o szczęśliwym życiu, to chyba nie mamy przekonania, że to jest coś tak ekstra, iż niewielu ludzi jest w stanie je osiągnąć.

84% Polaków deklaruje, że są przynajmniej dosyć szczęśliwi – czyli patrzą na swoje życie w umiarkowany sposób. Tylko ok. 10% deklaruje, że są bardzo szczęśliwi.

Podobnie uważają mieszkańcy innych krajów, mówiący innymi językami i posługujący się inną definicją szczęścia. Ja nie fetyszyzuję tego terminu, staram się badać dobrostan psychiczny Polaków za pomocą wielu miar. Jedną z nich jest ocena własnego życia w siedmiopunktowej skali od „Moje życie jest wspaniałe” do „Moje życie jest okropne”. Inni badacze, żeby ominąć problem różnych konotacji związanych z danymi terminami, posługują się miarą, która nazywa się „drabiną Cantrila”, od nazwiska jej twórcy – to drabina z dziesięcioma szczeblami, najwyższy to „Najlepsze życie, jakie mogę sobie wyobrazić”, a dół to „Najgorsze życie, jakie mogę sobie wyobrazić”. I ludzie potrafią zaznaczyć ten właściwy szczebelek.

Atraktor szczęścia to czynnik, na który nie mamy zupełnie wpływu – czyli tak naprawdę niewiele możemy zmienić w sobie, do czego namawiają nas różni coache, książki i poradniki szczęśliwego życia.

Różni autorzy różnie szacują siłę genetycznej determinanty naszego poczucia szczęścia. Jeden z nich, David Lykken, pisał wręcz o stuprocentowej roli genów. Potem się z tego wycofał. Większość badań genetyków behawioralnych – najczęściej są to badania na bliźniętach jedno- i dwujajowych, podzielonych jeszcze na wychowywane razem i osobno − nie pokazuje, że to jest aż tak silna determinacja. Niemniej większość prac dowodzi, że geny są najsilniejszym czynnikiem, tłumaczą od ponad 50% do 80% różnic w poczuciu szczęścia. Chodzi o same geny, a także o ich warianty, które warunkują nie tylko poczucie szczęścia, ale także silnie skorelowane z nim cechy osobowości, jak ekstrawersja czy neurotyzm.

Przyjmijmy więc, że z potencjalnym dobrostanem psychicznym się rodzimy i z tym nic nie możemy zrobić. To znaczy – możemy go podnieść, ale tylko chwilowo, np. zażywając amfetaminę. Możemy go też trwale obniżyć, przez regularne nadużywanie alkoholu, narkotyków lub stosowanie nieodpowiedniej diety. Dieta i substancje psychoaktywne mają wpływ na nasz dobrostan jako drugie po genach. Dopiero na trzecim miejscu są relacje społeczne i pieniądze. W odniesieniu do tych dwóch ostatnich czynników zależność idzie w obu kierunkach – pieniądze mogą nas przybliżyć do osiągnięcia wrodzonego potencjalnego poczucia szczęścia, lecz to, w jakim stopniu się bogacimy, zależy od tego, na ile jesteśmy zadowoleni z życia. Innymi słowy – szczęśliwym więcej się w życiu udaje.

Z moich badań, czyli Diagnozy społecznej prowadzonej od 2000 r. w dwuletnich odstępach czasu na tych samych gospodarstwach domowych i ich członkach, wynika, że osoby bardzo szczęśliwe mają dwadzieścia razy większe szanse na znalezienie sobie stałego partnera niż osoby niezbyt szczęśliwe. Niezbyt szczęśliwi, którzy nigdy nie byli w stałym związku, mają niemal zerowe prawdopodobieństwo na to w ciągu najbliższych sześciu lat. A spośród bardzo szczęśliwych singli 25% stworzy w tym czasie stabilny związek.

Szczęście jest nie tylko efektem tego, jak nam się układa, ale też kapitałem, który przynosi nam dalsze zyski.

!–widoczny:2021-12-01–>

Jak rozumiem, Pan Profesor jest sceptyczny wobec kursów czy treningów bycia szczęśliwym? Wydaje się, że ostatnio jest ich coraz więcej.

Są autorzy, którzy nie negując wpływu genów, badają pozostałą część uwarunkowań, kładąc nacisk np. na styl życia albo na to, czy praktykujemy postawy i zachowania takie jak grzeczność bądź wybaczanie innym. Czołową postacią spośród tych, którzy mówią, że nasze poczucie szczęścia zależy od nas, od tego, jak żyjemy, jest Sonja Lyubomirsky, która ocenia ten udział na 40%. Do tej pory nie ma solidnych badań, które pokazywałyby, jak trwałe są efekty tzw. praktyk szczęściodajnych. Sama Lyubomirsky podaje jako najdłuższy czas ich trwania dwa tygodnie. To oczywiście znacznie dłużej, niż trwa efekt po zażyciu amfetaminy, ale trudno powiedzieć, na ile możemy w sposób trwały, zmieniając swoje zachowania, podnieść dobrostan psychiczny. Dlatego w zakończeniu swojej książki odwołuję się do bohatera Opowieści wigilijnej Dickensa, Scrooge’a, i stwierdzam, że niezależnie od tego, jak genialny byłby coaching, któremu by się poddał (o ile by się na to zdecydował), to mało prawdopodobne, żeby nagle zaczął miłować dzieci sąsiadów i przyjaźnie się odnosić do innych. Wątpię w to.

Chciałam wrócić jeszcze do satysfakcji cząstkowych, które wpływają na nasze poczucie szczęścia. Czy poza dietą, relacjami i pieniędzmi któreś jeszcze odgrywają szczególną rolę? Na przykład zdrowie?

Niektóre z czynników wiążących się ze szczęściem są skorelowane ze sobą. Zdrowie – tak, ale ono łączy się z naszym stylem życia, w tym również z dietą, ćwiczeniami fizycznymi. To nie są czynniki izolowane.

Niemal wszyscy badacze podkreślają, że szczęściodajne jest małżeństwo i że osoby w stałych związkach są szczęśliwsze, i to znacznie, od samotnych, owdowiałych lub rozwiedzionych. Lecz ja z kolei dowodzę w Diagnozie społecznej, że osoby żyjące w małżeństwie były szczęśliwsze od pozostałych co najmniej 6 lat przed jego zawarciem. I to zwiększało ich szanse na znalezienie partnera i na szczęśliwy związek.

Mimo iż większość polskich (i nie tylko) matek i ojców twierdzi, że dzieci są najważniejszym, obok udanego małżeństwa, warunkiem szczęścia, współczesne badania w zasadzie nie dostarczają żadnego przekonującego dowodu na to w dłużej perspektywie. Potwierdzają tylko, że dzieci dają szczęście w okresie po narodzeniu. Niektóre badania wskazują wręcz na pozytywny wpływ bezdzietności na dobrostan psychiczny.

Nie ma jednoznacznej bezpośredniej zależności między występowaniem takich czynników, jak: bogactwo, kultura i cywilizacja, w których się żyje, miejsce zamieszkania, inteligencja, styl życia czy wiara i praktyki religijne, na nasz dobrostan psychiczny. One mają znaczenie w połączeniu z innymi.

A czy istotna dla szczęścia jest satysfakcja z wykonywanej pracy?

We wszystkich ludziach jest apetyt, żeby osiągnąć coś znaczącego w życiu, i to przesądza o tym, czy uznajemy swoje życie za udane – w tym zakresie istotne znaczenie ma praca zawodowa. Były takie badania budżetu czasu ludności przeprowadzone przez GUS – na próbie 40 tys. osób w wieku od 10 lat. Trochę maczałem w nim palce, bo przeforsowałem dołączenie do dzienniczka, który wypełniali respondenci, pytania, czy to, co w danym czasie robili, było przyjemne, nieprzyjemne czy neutralne. Na tej podstawie można było obliczyć afektywny bilans doby Polaka – na ile przyjemnie spędzał czas w dniach wypełniania dzienniczka. Okazało się, że najprzyjemniej czas spędzały zarówno w dni robocze, jak i weekendy dwie grupy najmniej zadowolone ze swojego życia, czyli bezrobotni i emeryci.

I jak to można wytłumaczyć?

Czym innym jest zaspokajanie hedonicznego apetytu, a czym innym podsumowanie swojego życia w odpowiedzi na pytanie, czy jest się z niego zadowolonym. Nawet gdy miło spędzamy czas, to do poczucia szczęścia potrzebna jest jeszcze z satysfakcja z tego, czego dokonaliśmy – i tu ważnym czynnikiem może być praca zawodowa. To nie jest zresztą tylko polska specyfika, po raz pierwszy takie wyniki badań uzyskano w USA.

Gdzie wedle badań plasują się Polacy, jeśli chodzi o poczucie szczęścia?

W sondażach np. Gallupa czy World Values Survey jesteśmy niżej niż kraje skandynawskie i chyba nie osiągniemy ich poziomu, ale też wyżej niż mieszkańcy krajów Europy Południowej – Włosi, Grecy (także ci sprzed kryzysu), Hiszpanie i Portugalczycy.

Generalnie rozkład poczucia szczęścia jest równoleżnikowy – im bliżej równika, tym mniejsze zadowolenie z życia − i różni autorzy wskazują różne czynniki jako odpowiedzialne za ten stan rzeczy, np. klimat, cywilizację, kulturę. Ale na pewno w krajach Północy, gdzie w czasie ewolucji naszego gatunku były śniegi, mrozy, trudne warunki życia, proces selekcji naturalnej był bardziej radykalny niż tam, gdzie jedzenie rosło na drzewach. Przetrwali ci, którzy odznaczali się szczególnym hartem ducha, motywującym do zachowań ochronnych i ekspansywnych. To może być jedno z wyjaśnień.

Inne jest takie, że w krajach Północy trudne warunki sprzyjały wzmocnieniu czegoś, co można nazwać kapitałem społecznym, bo trudno było w pojedynkę zbudować solidny dom. Nieprzypadkowo wskaźniki zaufania społecznego są najwyższe w krajach nordyckich. Mieszkańcy Północy zbudowali sobie cywilizacyjne protezy dla podtrzymywania odpowiedniego poziomu zadowolenia z życia – są bogaci, dobrze ułożeni społecznie, ufają sobie. Bezpośredni wpływ ciepłego klimatu na nasze samopoczucie jest pozytywny, dlatego mieszkańcy chłodniejszych krajów lubią jeździć na wakacje nad Morze Śródziemne, ale przełożenie na poczucie szczęścia mają tylko w połączeniu z dobrymi warunkami ekonomicznymi.

W potocznym odbiorze nadal nacje południowe kojarzą się ze szczęściem i radością życia, a Skandynawowie z ponuractwem i depresją.

Te stereotypy wynikają z przywiązywania zbyt dużej wagi do czegoś, co jest kulturowo uwarunkowaną ekspresją emocji. Ona inaczej wygląda we Włoszech, a inaczej w Skandynawii.

Jakie są jeszcze inne częste „błędy”, które popełniamy w ocenie własnego i cudzego szczęścia i nieszczęścia?

Istnieje coś takiego jak złudzenie patetyczne, któremu wszyscy ulegamy. To przecenianie psychologicznych efektów nieszczęść i niepowodzeń spotykających innych ludzi. Ono działa jak ostrzeżenie, jak czarny punkt przy drodze: nie rób tego, zwolnij, może się przebadaj, nie psuj sobie relacji z innymi. Mówimy tu o złudzeniu, bo badania pokazują nam, o czym już wspominałem, że po doświadczeniu czegoś okropnego ostatecznie wrócimy do równowagi. Żałoba, nawet po takim doświadczeniu jak śmierć dziecka, w większości wypadków trwa tyle ile kulturowo przypisany jej okres, czyli około roku albo nawet krócej.

Złudzenie postępu hedonicznego, któremu także większość z nas ulega, to przekonanie, że jeśli będziemy mieli czegoś więcej albo będziemy mieli coś bardziej kolorowego, to będziemy szczęśliwsi. To się sprawdza, jednak tylko na krótko. Owo złudzenie jest korzystne, bo mobilizuje do aktywności, ale z jednym wyjątkiem – jego efektem ubocznym są zmiany klimatyczne i zanieczyszczenie środowiska, wynikające z pazernego kapitalizmu, w którym wszyscy chcą mieć więcej

Właśnie − czy współczesna kultura, która skupia się na generowaniu nowych potrzeb, nie sprawia, że jesteśmy mniej szczęśliwi niż nasi przodkowie? Może jednak zewnętrzne satysfakcje zaczynają odgrywać większą rolę niż kiedyś?

Nie jest tak, że nowe potrzeby, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie szybko ich zaspokoić, czynią nas mniej szczęśliwymi. Atraktor szczęścia gwarantuje nam, że się jakoś przystosujemy do tej sytuacji. Groźne są efekty, o których wspomniałem – konsumpcjonizm, produkowanie coraz większej liczby coraz mniej trwałych rzeczy itd. Na dłuższą metę niemożność zaspokojenia potrzeb nie wpływa na kondycję psychiczną ludzi. Pod warunkiem że zaspokojone zostały potrzeby podstawowe – biologiczne i bezpieczeństwa. Tak samo moim zdaniem pandemia nie odbije się naszej psychice. Możemy być przez jakiś czas zszokowani, jak po śmierci kogoś bliskiego, ale w końcu się przystosujemy

Czytaj także

Światłocień

Z jednej strony mamy wizję Stevena Pinkera, że żyjemy w najlepszym z dotychczasowych światów. Z drugiej, ponieważ wiemy o nim więcej niż nasi przodkowie, zdajemy sobie sprawę, jak wszystko jest ze sobą połączone, złe wiadomości do nas szybko docierają i mamy też większą świadomość własnego negatywnego wpływu na świat – czy to nie jest przyczyną rosnącej liczby przypadków depresji, która staje się chorobą cywilizacyjną? Jesteśmy mniej szczęśliwi i dlatego też tego szczęścia bardziej poszukujemy.

Nie wierzę w znaczący wzrost zachorowań na depresję. Wierzę w obniżenie progu wrażliwości na różnego rodzaju symptomy chorób afektywnych i w to, że jest coraz więcej rozpoznań depresji. Ktoś ma kłopoty z zasypianiem albo traci apetyt i obawia się, że zachorował na depresję. Udaje się do odpowiedniej poradni, wypełnia kwestionariusz określający skalę depresji i wychodzi, że jest osobą depresyjną. Jego przodek, który mógł mieć przez jakiś czas nawet dwa razy więcej symptomów depresji, nie wypełniał takiego kwestionariusza i w konsekwencji nigdy nie trafił do statystyk zachorowań. Ludzie Zachodu bywają dziś przewrażliwieni na punkcie własnej kondycji, fizycznej i psychicznej. Wierzę w choroby cywilizacyjne, ale to są choroby innego rodzaju – np. choroby układu krążenia, poważne alergie. Choroby psychiczne, jak schizofrenia, a także choroba afektywna dwubiegunowa, są w ogromnej mierze uwarunkowane genetycznie i cywilizacja nie ma na nie żadnego wpływu.

Czyli konkluzją naszej rozmowy nadal mogłyby być rady, które daje Pan w zakończeniu swojej książki – jeśli chcesz być szczęśliwy, wpasuj się w środowisko, w którym żyjesz, albo zmień je na takie, które odpowiada twojej kulturze i nawykom, oraz – unikaj pułapek hedonicznych obiecujących natychmiastową poprawę nastroju. Reszta to geny i los.

Moje myślenie poszło bardziej w kierunku eudajmonizmu – spróbuj przedefiniować swój scenariusz życia tak, aby wydobyć z niego wszystko, co można nazwać cnotą. Nie bądź zawzięty w relacjach z innymi, nie bądź fundamentalistyczny, łatwiej wybaczaj, bądź bardziej elastyczny i wyrozumiały. To sprawi, że dokonując na łożu śmierci rachunku sumienia, będziesz mógł powiedzieć: „Przynajmniej dla innych byłem dobry”.

Kup numer