Ilustracja: Ewelina Karpowiak
Elżbieta Kot luty 2020

„Poddawanie” w wątpliwość

Zapewne w tej ankiecie pojawią się wzniosłe wypowiedzi o tym, że praca redaktora to towarzyszenie autorom i autorkom, wspieranie ich, myślenie o tym, o czym oni nie pomyśleli, szlifowanie diamentów, a także ich żmudne poszukiwanie w literackich złożach, aby pokazać je światu, samemu pozostając w cieniu.

Artykuł z numeru

My, rodzice osób LGBT+

My, rodzice osób LGBT+

To wszystko prawda i te aspekty pracy nad książką są często źródłem satysfakcji i spełnienia. Zawsze podziwiałam redaktorów, którzy potrafią np. wykreślić połowę książki, zasugerować dodanie lub usunięcie wątków, słowem: napisać ją na nowo. Sama takim redaktorem nie jestem, choć oczywiście zdarzały mi się daleko idące ingerencje w tekst. Mam jednak jakiś wewnętrzny szacunek dla autorów i przekonanie, że na ogół wiedzą, co chcą napisać, i jeśli jakąś książkę trzeba całkiem przepisywać, to jest w tym coś nieuczciwego względem czytelników i samego autora.

Nie wiem, jaki jest ideał relacji autor–redaktor. Najważniejsze chyba jest to, żeby obie strony podobnie postrzegały nawzajem swoje role. To zresztą zasada, która dotyczy stosunków międzyludzkich w ogóle, podobnie jak zasada wzajemnego zaufania. Jako redaktor zakładam, być może naiwnie, że autor bierze jednak odpowiedzialność za to, co napisał, i nie ma potrzeby sprawdzać go na każdym kroku, choć oczywiście czujność jest konieczna.

Niektórzy pisarze tworzą dzieła na tyle spójne i dobre, że potrzebują tylko kogoś, kto przeprowadzi książkę przez proces wydawniczy, inni potrzebują odbicia myśli i spojrzenia na ich książkę z zewnątrz, jeszcze inni wymagają współpracy na każdym etapie jej powstawania, a kolejni dostarczają „surówki”, którą redaktor musi dopiero obrobić i nadać jej ostateczny kształt. Sama nie rozstrzygnęłam kwestii, do którego momentu autor zasługuje na to miano, a od którego staje się nim także redaktor. Cały czas mam też wątpliwości, dlaczego akurat moje zdanie ma być rozstrzygające, przecież często to kwestia przypadku, kto redaguje daną książkę, inna osoba nałożyłaby na nią własne filtry i gusta i w efekcie powstałoby zupełnie inne dzieło. Zawodu redaktora nie można się moim zdaniem do końca nauczyć tak jak np. fachu inżyniera, podobnie nie wierzę w szkoły kreatywnego pisania, które mogą dać umiejętności w zakresie literatury gatunkowej, ale nie nauczą tworzenia dzieł, które zostawią trwały ślad w kulturze.

Czasami w chwilach zwątpienia zdarza mi się myśleć, że redaktor to taki niespełniony autor – sam nie napisze, a wydaje mu się, że wie, jak to robić. Aczkolwiek znam świetnych redaktorów, którzy zarazem są znakomitymi autorami. Częściej jednak staram się myśleć, że większość pisarzy, cechujących się jakąś, choćby minimalną, dozą narcyzmu, bez którego nie robiliby tego, co robią, potrzebuje życzliwego, ale obiektywnego filtra, reprezentującego ich przyszłych czytelników.

Praca redaktora prowadzącego, zajmującego się tekstem i mającego za zadanie doprowadzić do wydania książki, na ogół pozostaje w cieniu, jak mówi branżowe powiedzenie – dostrzega się go dopiero, gdy popełni błąd. Bardziej doceniana staje się rola redaktora nabywającego, który wyszukuje lub wymyśla książki i znajduje dla nich autorów. Często te dwie funkcje wykonuje jedna osoba, choć w ostatnich latach w Polsce oraz częściej się je oddziela. Redaktor nabywający to ów poławiacz pereł, który czasami ma szansę jako pierwszy zachwycić się jakimś debiutem albo umożliwić polskiemu czytelnikowi kontakt z wybitnym dziełem z zagranicy. Spoczywa też na nim jednak większa odpowiedzialność – to on ma za zadanie przekonać do wydania książki kolegów z wydawnictwa i zarazić ich swoim entuzjazmem, godząc się zarazem z ryzykiem porażki – z jednej strony, że książka nie wypali, z drugiej – że odrzuci coś, co później odniesie sukces. To on ma nawiązać pierwszy kontakt z autorem, doprowadzić do zawarcia umowy, a potem pielęgnować tę relację, by zatrzymać go w swoim wydawnictwie – a to czasem bywa niełatwe. We współczesnej branży wydawniczej zadania redaktora nie ograniczają się jednak do pracy z tekstem i autorem. Ma on być zarazem marketingowcem, handlowcem, księgowym, menadżerem projektu, czasami grafikiem, działać na rzecz książki w mediach społecznościowych. Musi być na bieżąco z aktualnymi trendami i technologiami i umieć wyszukiwać rzeczy oryginalne, a zarazem trafiające do szerokiego odbiorcy.

I to jest chyba w tym zawodzie najtrudniejsze – my, redaktorzy, staramy się posiąść te wszystkie umiejętności, ale to nieuchronnie prowadzi do tego, że książka staje się produktem podobnym do wszystkich innych, który w podobny sposób musi przebić się na rynku. Coraz trudniej podejmować odważne decyzje i wydawać rzeczy ambitne, skoro trzeba pilnować budżetu, rynek wydawniczy staje się coraz bardziej wymagający, a w rankingach królują książki, które już stały się bestsellerami gdzie indziej, zjawiska sezonowe oraz produkty książkopodobne.

Na szczęście są jednak redaktorzy i wydawcy działający wbrew temu prądowi oraz tacy, którzy starają się zachować równowagę między tym, co wydają tylko dla zarobku, a tym, co uważają za naprawdę wartościowe. W tytule tego tekstu jest wyrażenie, które pojawia się nawet u dobrze piszących autorów. Plenię je z zapałem, ale odzwierciedla ono dobrze obecny stan mojego ducha. Czasami chcę się poddać i ogarniają mnie wątpliwości, ale dla tych, choćby nielicznych, chwil kiedy udaje się odkryć jakiegoś autora, kiedy przy lekturze przeżywa się momenty wzruszenia albo grozy, kiedy ma się okazję zetknąć z niezwykłymi ludźmi albo uda się wydać (i sprzedać) książkę mówiącą o jakimś ważnym problemie – warto być redaktorem.

Kup numer