70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ilustracja: Ewelina Karpowiak

„Poddawanie” w wątpliwość

Zapewne w tej ankiecie pojawią się wzniosłe wypowiedzi o tym, że praca redaktora to towarzyszenie autorom i autorkom, wspieranie ich, myślenie o tym, o czym oni nie pomyśleli, szlifowanie diamentów, a także ich żmudne poszukiwanie w literackich złożach, aby pokazać je światu, samemu pozostając w cieniu.

To wszystko prawda i te aspekty pracy nad książką są często źródłem satysfakcji i spełnienia. Zawsze podziwiałam redaktorów, którzy potrafią np. wykreślić połowę książki, zasugerować dodanie lub usunięcie wątków, słowem: napisać ją na nowo. Sama takim redaktorem nie jestem, choć oczywiście zdarzały mi się daleko idące ingerencje w tekst. Mam jednak jakiś wewnętrzny szacunek dla autorów i przekonanie, że na ogół wiedzą, co chcą napisać, i jeśli jakąś książkę trzeba całkiem przepisywać, to jest w tym coś nieuczciwego względem czytelników i samego autora.

Nie wiem, jaki jest ideał relacji autor–redaktor. Najważniejsze chyba jest to, żeby obie strony podobnie postrzegały nawzajem swoje role. To zresztą zasada, która dotyczy stosunków międzyludzkich w ogóle, podobnie jak zasada wzajemnego zaufania. Jako redaktor zakładam, być może naiwnie, że autor bierze jednak odpowiedzialność za to, co napisał, i nie ma potrzeby sprawdzać go na każdym kroku, choć oczywiście czujność jest konieczna.

Niektórzy pisarze tworzą dzieła na tyle spójne i dobre, że potrzebują tylko kogoś, kto przeprowadzi książkę przez proces wydawniczy, inni potrzebują odbicia myśli i spojrzenia na ich książkę z zewnątrz, jeszcze inni wymagają współpracy na każdym etapie jej powstawania, a kolejni dostarczają „surówki”, którą redaktor musi dopiero obrobić i nadać jej ostateczny kształt. Sama nie rozstrzygnęłam kwestii, do którego momentu autor zasługuje na to miano, a od którego staje się nim także redaktor. Cały czas mam też wątpliwości, dlaczego akurat moje zdanie ma być rozstrzygające, przecież często to kwestia przypadku, kto redaguje daną książkę, inna osoba nałożyłaby na nią własne filtry i gusta i w efekcie powstałoby zupełnie inne dzieło. Zawodu redaktora nie można się moim zdaniem do końca nauczyć tak jak np. fachu inżyniera, podobnie nie wierzę w szkoły kreatywnego pisania, które mogą dać umiejętności w zakresie literatury gatunkowej, ale nie nauczą tworzenia dzieł, które zostawią trwały ślad w kulturze.

Czasami w chwilach zwątpienia zdarza mi się myśleć, że redaktor to taki niespełniony autor – sam nie napisze, a wydaje mu się, że wie, jak to robić. Aczkolwiek znam świetnych redaktorów, którzy zarazem są znakomitymi autorami. Częściej jednak staram się myśleć, że większość pisarzy, cechujących się jakąś, choćby minimalną, dozą narcyzmu, bez którego nie robiliby tego, co robią, potrzebuje życzliwego, ale obiektywnego filtra, reprezentującego ich przyszłych czytelników. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter