70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Biblioteka Narodowa

Znak od Opatrzności

Trudno się oprzeć wrażeniu, że Świątynia Opatrzności Bożej stała się nie tyle wotum dziękczynnym, ile raczej pomnikiem Ecclesia triumphans, pieczęcią Instytucji pragnącej unaocznić swoją władzę nad państwem, społeczeństwem i jednostką, ich małość wobec jej potęgi.

A może Bóg sobie mnie upatrzył na ateistę?

Stanisław Jerzy Lec

 

Pięćset, 31 października 1517 r., pewien augustianin przybił na drzwiach kościoła w Wittenberdze kartkę z tezami, które chciał przedyskutować w gronie uczonych teologów. Gorszył go nade wszystko masowy handel odpustami, czyli kupczenie zbawieniem wiecznym. Nikomu nieznany zakonnik ośmielił się wystąpić przeciwko całej potędze Kościoła, na którego czele stał wówczas papież Leon X. Trzy wieki później Heinrich Heine tak opisał to nierówne starcie: „Leon X, wykwintny Florentczyk, uczeń Poliziana, przyjaciel Rafaela, grecki filozof w potrójnej koronie (…), Leon de Medici – jakże musiał go śmieszyć biedny, cnotliwy, prostoduszny mnich, któremu uroiło się, że Ewangelia jest Wielką Kartą chrześcijaństwa (…). Być może nawet nie zrozumiał, o co chodziło Lutrowi, jako że nazbyt był podówczas zajęty budową Bazyliki Piotrowej, a jej koszty pokrywano właśnie z pieniędzy pochodzących ze sprzedaży odpustów, tak iż to w istocie grzech dostarczał środków do budowy tego kościoła, który w ten sposób stał się niejako monumentem uciech zmysłowych, podobnie jak owa piramida, zbudowana przez pewną egipską kurtyzanę za pieniądze zarobione na prostytucji. O tym to domu Bożym można by z większą jeszcze słusznością niż o katedrze kolońskiej twierdzić, iż zbudowany został przez szatana”.

 

Zapomniana (szczęśliwie) lekcja wieży Babel

Zapewne bazylice można by też „z większą jeszcze słusznością” nadać imię analogiczne do tego, jakie Goethe nadał katedrze kolońskiej, nazywając ją „nadreńską wieżą Babel”. Wieża Babel – symbol ukaranego zuchwalstwa. Ludzkość szybko jednak zapomniała widowiskową nauczkę, udzieloną jej w 11. rozdziale Księgi Rodzaju. Na szczęście! Lepiej też chyba, że i papież Leon X nie wziął sobie do serca pewnej budującej legendy o św. Tomaszu. Ponoć ów patron sceptyków i architektów zawędrował kiedyś aż do Indii, gdzie niejaki król Gundafor zlecił mu wzniesienie pałacu. Gdy ujrzał wykreślone przez apostoła, olśniewające rozmachem plany, powierzył mu na ich sfinansowanie ogromną kwotę pieniędzy. Tomasz, jak przystało na dobrego chrześcijanina, rozdał je wszelako ubogim, kupując sobie w ten sposób „pałac w niebiesiech” – co prawda, na koszt klienta, ale średniowieczni hagiografowie nie zawracali sobie głowy takimi detalami. Najdziwniejsze, że Gundafor nie tylko nie usmażył defraudanta we wrzącym oleju, ale niezwłocznie nawrócił się na chrześcijaństwo. Czy i Leon X (wraz ze swymi poprzednikami i następcami) powinien był pójść za przykładem świętego? Takie dylematy lepsze świadectwo wystawiają wrażliwości moralnej pytających niż ich wrażliwości estetycznej. I lepiej chyba pozostawić je teologom moralistom.

Budowniczowie wież Babel nie mieli łatwo. Dzisiejszy turysta spogląda na średniowieczne katedry z niemym podziwem. A specjaliści daremnie próbują rozwikłać tajemnicę megalitów ze Stonehenge i konstrukcji sklepień gotyckich. Przypominając zarazem o wcale nierzadkich katastrofach budowlanych, niweczących uparte wysiłki dawnych architektów. Jakaż to siła popychała człowieka do tych nad-ludzkich trudów?

„Każda wieś – zapisał Georg Christoph Lichtenberg w jednym ze swoich Brulionów – ma swą piramidę: wieżę kościelną. (…) Dlaczego wznosi się tak wysokie budowle? Z pewnością nie tylko z powodu dzwonów. To próżność, zmieszana z religią, a może i z zabobonem jest tym, co je zrodziło, podobnie jak piramidy Egiptu”. Religia, zabobon, próżność. Czyli osobliwa mieszanka pokory i pychy. Bo zapewne była w niej wola zasłużenia sobie na aplauz Tego, który zasiadał w loży honorowej theatrum mundi. I o którym sądzono, że wielką przyjemność sprawia mu widok ascety spędzającego całe lata na wysokim słupie. Można więc było przypuszczać, że z podobną satysfakcją śledził On wysiłki swych wyznawców, wznoszących na Jego cześć niemal gołymi rękami budowle sięgające nieba. Ale pobożnej chęci przypodobania się Najwyższemu Widzowi towarzyszyło zapewne także pragnienie podziwu współczesnych oraz wiecznej pamięci potomnych, i to także tej grzesznej żądzy rozgłosu zawdzięczamy dziś możliwość zrobienia sobie selfie na tle katedry Notre-Dame. Przeczyłaby temu co prawda anonimowość pierwszych architektów średniowiecznych, ale przecież to nie oni byli tu najważniejsi: nie wiadomo, kto zaprojektował chór katedry w Saint-Denis, otwierający historię gotyku, ale wiadomo, kto mu za to zapłacił.

To właśnie nad-ludzkość trudu włożonego we wzniesienie owych budowli sprawia, że wciąż imponują i imponować będą zawsze. Bez względu na to, ile zła i grzechu tkwi w ich fundamentach, ile krwi i potu wsiąkło w otaczającą je ziemię. I nawet ktoś, kto nie podziela już wiary w Tego, którego chwałę rzekomo miały głosić, kornie pochyli przed nimi czoła, bo wie, że to dzięki nim rodzaj ludzki postąpił spory krok naprzód oraz że bez nich nie byłoby i hotelu, w którym znajduje się jego klimatyzowany pokój. W końcu nawet Pan, mieszający języki budowniczym wieży Babel, przyglądał się ich dziełu z nietajoną zawiścią: „Teraz już dla nich nic nie będzie niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić”.

 

Beton i grzech

Budowla taka jak świątynia opatrzności bożej nie zaimponuje już nikomu. Ot, oblicza się to i owo za pomocą komputerów, stawia dźwigi, leje beton w zbrojenia i po sprawie. By zrobić wrażenie, trzeba dziś wspiąć się znacznie wyżej: Burdż Chalifa w Dubaju liczy sobie 828 m. Albo przynajmniej znacznie głębiej sięgnąć do kieszeni: replika Bazyliki św. Piotra w Yamoussoukro na Wybrzeżu Kości Słoniowej pochłonęła 300 mln dolarów, co dla tego ubogiego afrykańskiego kraju nie było kwotą bagatelną (dla porównania: Świątynia Opatrzności Bożej kosztowała do tej pory „zaledwie” 220 mln, i to złotych). Świat miał więc temat do rozmyślań, gdy w 1990 r. ten pomnik bezguścia, głupoty i rozrzutności święcił osobiście – choć ponoć z niejakim zakłopotaniem – sam Jan Paweł II.

Ale przecież i w Świątyni pozostało coś z dawnych budowli, wznoszonych pod niebiosa: pozostał grzech.

Jej dzieje najtrafniej opisał w wizji zaiste profetycznej autor Fausta w IV akcie II części dzieła. Oto Cesarza, który właśnie odniósł zwycięstwo nad rywalem do tronu, odwiedza Arcybiskup. W oczach duchownego zwycięstwo monarchy skażone jest niestety pamięcią o niezbyt chwalebnym pakcie, zawartym przezeń w jakiejś Magdalence z wysłannikami nieczystych mocy: Faustem i Mefistofelesem – to oni za pomocą bezbożnych sztuczek czarnoksięskich przyczynili się walnie do tryumfu sojusznika. Hierarcha daje wszakże do zrozumienia, że i on, i Bóg wielkodusznie zapomną o tym drobnym uchybieniu, jeśli władca, „Uderzywszy się w piersi jeden grosik wdowi / Ze swych skarbów nieczystych [odda] Kościołowi”. Po czym tak konkretyzuje swoje oczekiwania:

 

„Tamte wzgórza przestronne, tamte, gdzie na warcie

Obok twego namiotu stały moce czarcie,

A ty księciu kłamstw chętnie udzielałeś ucha,

Na zbożny cel ofiaruj, jak poucza skrucha,

Z górskim zboczem, gęstymi lasami pokrytym,

I z odzianym zielenią łąk obfitych szczytem,

Z rybnymi jeziorami, z których w dół bezlikiem

Zbiega, spiesznie się wijąc, strumyk za strumykiem,

Z polem wreszcie, z pastwiskiem wśród doliny płaskiej:

Okaż skruchę, a wtedy znów dostąpisz łaski”.

 

Skruszony Cesarz wyraża oczywiście zgodę i sugeruje powołanie Komisji Wspólnej, która wszystko załatwi, jak należy:

 

„Do głębi mnie przeraża błędu mego brzemię;

Sam w stosownych granicach wyznacz ową ziemię.

(…)

Przedstaw (…) akt formalny, a ja, w imię Boże,

Podpis pod darowizną dla Kościoła złożę”.

 

To jednak oczywiście dopiero początek. Pamięć o zwycięstwie należy uczcić wzniesieniem stosownego wotum dziękczynnego. Tu hierarcha popada w stan wzniosłego rozmarzenia:

„Już widzę okiem ducha, jak się

wznoszą mury,

Już i słońce poranka wyzłociło chóry,

Na planie krzyża wielka budowla

powstawa,

Wzdłuż i wzwyż na uciechę wiernym

rośnie nawa”.

 

Gdy już Cesarz pokornie przystał na wszystkie arcybiskupie propozycje nie do odrzucenia, duchowny żegna się i wychodzi, ale synowska uległość monarchy zachęca go do powrotu:

 

„A też do tego dzieła dołożysz

w dodatku

Wieczysty dochód z czynszów,

z dziesięcin,

z podatku.

Bo to troskliwy zarząd i koszt

utrzymania

Niemałe, jak wiadomo, nakłady

pochłania.

Żeby się posuwała w pustkowiu

robota,

Z własnych łupów wojennych

dorzucisz też złota.

Niech wspomnę też, że tutaj z daleka,

to pewna,

Nazwozić trzeba wapna, kamieni

i drewna.

Podwody chłopi dadzą, jak im rzec

z ambony,

Że kto słucha Kościoła, ten będzie

zbawiony”.

 

Także na to władca godzi się ochoczo w nadziei, że zaskarbi sobie życzliwość Arcybiskupa oraz jego kolegów i że może wreszcie pozbędzie się nienasyconego natręta. Ale oczywiście hierarcha w chwilę potem znów energicznie puka do jego drzwi – miano „wyciskarki do cytryn”, którym dowcipny lud warszawski ochrzcił swój nowy kościół, z pewnością nie pochodzi jedynie od charakterystycznego kształtu budowli.

Właśnie takie wyrachowanie współczesnych polskich polityków jest owym grzechem, który wzniósł w dużej mierze i stołeczną Świątynię.

Wątpliwe, czy nasi władcy, tak lekką ręką przelewający dziesiątki milionów na jej budowę, kierowali się rzeczywiście wdzięcznością dla Najwyższego.

Bardziej prawdopodobne, że tę hojność napędzała nadzieja, iż – jeśli wolno strawestować niemieckiego Wieszcza – „naród na nich głos odda, jak mu rzec z ambony, że kto ich popiera, ten będzie zbawiony”. Ale z ambon i tak ostatecznie wskazano hojniejszych sponsorów.

 

Masońskie początki, lecz koniec żałosny

Grzech, który legł u podstaw bazyliki Piotrowej, śmiało można nazwać „grzechem błogosławionym”. Bo jego owocem stała się budowla zdumiewająca swoją urodą, estetycznym wysmakowaniem i śmiałością rozwiązań technicznych. Jeśli Heine nie mylił się, pisząc, że kościoły takie wznosi szatan, to Piekło zadało sobie w tym wypadku sporo trudu. Budowy Świątyni Opatrzności nie uznano tam chyba za projekt aż tak wielkiej wagi. Szpetota tego gmachu daje do myślenia. W swej zasadniczej formule nawiązuje on co prawda do, rzec można, archetypu świątyni zaprojektowanej na planie centralnym: wielościanu bądź walca, symbolizującego świat ziemski, przykrytego kopułą niebios. Ta formuła korzeniami tkwi z jednej strony w dawnych wyobrażeniach o legendarnej świątyni Salomona, z drugiej, w tradycji świątyń antycznych, której zwieńczeniem był rzymski Panteon. I to z tych dwóch źródeł czerpali zapewne inspirację także ci, którzy jako pierwsi rzucili w XVIII w. pomysł wzniesienia w Warszawie nowego kościoła.

Wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu pierwotnie kościół ów wcale nie miał być „wotum” wdzięczności za przyjęcie Konstytucji 3 maja. Już bowiem w latach 70. Stanisław August Poniatowski nosił się z zamiarem zbudowania w Ujazdowie kościoła na planie centralnym. Było to dziwne, bo król nie był monarchą aktywnym na polu budownictwa sakralnego. „Stanisław August – pisał w połowie XIX w. Franciszek Maksymilian Sobieszczański – tylko do świeckich budowli całą obracał staranność; dlatego, gdy wytworne pałace i inne publiczne budowle, najokazalszemi są dotąd z czasów jego dobrego gustu zabytkami, architektura kościelna w porównaniu z innemi prawie żadnego nie okazuje postępu”. Znamienne, że prace projektowe nad nową świątynią zbiegają się w czasie z przystąpieniem króla do warszawskiej loży masońskiej Przyjaciół Doświadczonych. Z masonerią Poniatowski zetknął się już podczas podróży po Europie w latach 1753–1754, niewykluczone, że został wówczas nawet przyjęty do jednej z lóż angielskich. Warto też odnotować, że jego europejskie wojaże pokrywają się w czasie z wielką fascynacją rekonstrukcjami świątyni Salomona, zwłaszcza w środowiskach wolnomularskich, wyprowadzających swoją genezę od Hirama, jej legendarnego architekta. Co ciekawe, niektóre projekty kościoła, wykonane po roku 1780 przez Jakuba Kubickiego – też zresztą masona – w ogóle nie przewidywały zwieńczenia budowli… krzyżem.

Przyjęcie Ustawy Rządowej daje pretekst do przerzucenia ciężaru budowy na całe społeczeństwo. Ale i Deklaracja Stanów Zgromadzonych z 5 maja 1791 r., ogłaszająca zamiar wzniesienia świątyni wotywnej, zawiera – jak wskazał na to Paweł Borecki – sformułowania co najmniej zastanawiające. Nie mówi się tam o „Bogu”, lecz o „Najwyższym Rządcy”, a sam kościół ma być poświęcony „Najwyższej Opatrzności”, nie zaś „Opatrzności Bożej”. To język charakterystyczny dla lóż masońskich – ich członkowie byli na ogół wyznawcami uniwersalnej „Religii, co do której wszyscy ludzie są zgodni”, wzmiankowanej w wolnomularskiej Konstytucji Jamesa Andersona z 1723 r. Także chrześcijański symbol Opatrzności, powstały stosunkowo późno, bo pod koniec wieku XVII, jest – jak zauważa Borecki – „w praktyce identyczny z wolnomularskim symbolem Świetlistej Delty, umieszczanym w lożowych siedzibach zawsze na Wschodzie loży, tuż nad fotelem Czcigodnego i wyobrażającym w pierwszej kolejności znaczeń właśnie Wielkiego Budowniczego Świata”. Kościół ów miał być zatem raczej ponadwyznaniową świątynią Opatrzności pojmowanej nie w sensie katolickim jako Boża opieka nad człowiekiem, lecz jako bezosobowa „Najwyższa Mądrość”, utożsamiana z „Rządcą” czy „Budowniczym” świata.

Zrealizowana koncepcja Świątyni z pozoru nawiązuje do idei zawartej w projektach Kubickiego, tzn. do idei świątyni na planie centralnym, przykrytej kopułą. Okazuje się jednak, że ten uniwersalny schemat, u XVIII-wiecznego projektanta urzekający elegancją proporcji i subtelnością form, „przetłumaczony” na bryłę z betonu, staje się własną karykaturą. Tak jak stał się nią w projekcie Große Halle Alberta Speera, monstrualnego gmaszyska pomyślanego jako centrum przyszłej stolicy świata, Germanii, które miało symbolizować panowanie Tysiącletniej Rzeszy nad zniewolonym przez nią światem. Mocno przesadzone były chyba zachwyty nad odrzuconym projektem Władysława Budzyńskiego, nazywanym z kolei przez niektórych „kretowiskiem” albo „kurhanem”, bo też nie każdemu musiały się podobać budowle

wkopane nieco sztucznie w zielone wzgórze, na którym miała się znaleźć osobliwa konstrukcja, symbolizująca „światłość ducha”, ni to kwiat, ni kryształ, zwieńczona „na siłę” kompletnie niepasującymi do niej krzyżami. Ale było coś, co korzystnie go odróżniało od projektu Wojciecha i Lecha Szymborskich: wola zharmonizowania kościoła z otoczeniem, stworzenia czegoś na kształt parku publicznego, miejsca, w którym nie tylko oczekuje się od ludzi, że będą służyć Bogu, reprezentowanemu przez Instytucję, lecz które chce służyć także im, wreszcie usunięcia z założeń budowli wszelkiego dążenia do dominacji nad tłumem wiernych i nad otoczeniem, które tak wyraziste jest w gmaszysku Świątyni, przytłaczającym widza masywnością, ogromem i betonowym chłodem. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Świątynia stała się nie tyle wotum dziękczynnym, ile raczej pomnikiem Ecclesia triumphans, pieczęcią Instytucji pragnącej unaocznić swoją władzę nad państwem, społeczeństwem i jednostką, ich małość wobec jej potęgi.

Czy tak być musiało? Niekoniecznie. Gdy w 1982 r. gen. Jaruzelski rzucił pomysł wzniesienia pomnika Matki Polki, szybko wytłumaczono mu – choć czasy nie sprzyjały polemikom z generałami – nonsensowność budowy kolejnego monumentu. I tak „pomnik” stał się nowoczesnym wysokospecjalistycznym szpitalem. Takim centrum medycznym mogło stać się przecież i „wotum narodowe”. Szpitalem, który leczyłby najtrudniejsze przypadki bez względu na posiadane przez chorych uprawnienia, zajmował się terapią chorób rzadkich, będących zmorą państwowego systemu opieki medycznej, wykonywał najtrudniejsze, pionierskie zabiegi, kształcił najwyższej klasy specjalistów, a wreszcie wyznaczał pewne standardy etyczne opieki nad chorym i jego rodziną. Chyba nie kłóciłoby się to z chrześcijańskim rozumieniem „Bożej Opatrzności” jako troski o dobro człowieka? Niechby na jego terenie znalazła się i kaplica nawiązująca do projektów Kubickiego, byle ekumeniczna, a jeszcze lepiej: ponadwyznaniowa, bo twórcy polskiej niepodległości, za którą chciano Świątynią wyrazić narodową wdzięczność, nie byli wszak wyłącznie katolikami. Wypadłoby jeszcze drożej, to fakt, ale i społeczeństwo pewnie chętniej dokładałoby się do takiego dzieła. Szpital „Najwyższej Opatrzności” – może warto by wówczas powrócić do tej nazwy – nie dzieliłby, ale łączył Polaków o różnych światopoglądach, bo można sobie świetnie wyobrazić, że pieniądze na jego budowę i wyposażenie zbieraliby i księża podczas nabożeństw, i wolontariusze WOŚP. Nie byłoby nic nagannego w dotowaniu go ze środków publicznych, co pozwoliłoby uniknąć gorszących wybiegów prawnych, które miały uzasadnić zakazane oficjalnie finansowanie obiektu kościelnego z kasy państwowej. Nikt nie mówiłby o „wyciskarce”, a tak pomyślane „wotum” miałoby szanse stać się pomnikiem chrześcijaństwa w jego jedynej jeszcze naprawdę wiarygodnej postaci: chrześcijaństwa rozumianego nie jako zbiór archaicznych dogmatów, podlanych sosem megalomanii narodowej, lecz jako wpisany w kulturę europejską – zdaniem wielu właśnie pod wpływem etyki nowotestamentowej – moralny imperatyw, by czynić świat bardziej przyjaznym człowiekowi. Ale Inwestor miał inne plany i inną wizję Świątyni.

Powie ktoś, że Kościół nigdy nie był wcieleniem pokory, co uwidaczniało się i w kształcie jego budowli: „Katedra – pisał Auguste Rodin – pięła się w górę, by dominować nad miastem, skupiającym się wokół niej niczym pod jej skrzydłami”. I jak ona nad miastem, tak sam Kościół dominował nad całym ówczesnym życiem, o czym pamiętali wszyscy, zawsze i wszędzie. Pewnie dlatego cały wysiłek budowniczych obrócony był na to, by – jak dopowiada chwilę potem Rodin – ciężar budowli „złagodzić”, przekonać widza, że ma przed sobą nie kamienną masę, lecz materię uplecioną z koronek, raczej go olśnić, niż przytłoczyć. „Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie” (Mt 11, 30). Dziś, gdy to „skupianie się pod skrzydłami” Kościoła staje się coraz mniej oczywiste, rodzi się najwyraźniej w tymże Kościele pragnienie, by z nieco mocniejszym naciskiem przypomnieć, że nadal te skrzydła ma i chętnie je nad społeczeństwem rozpostrze. Bez względu na to, czy ono samo tego pragnie czy też nie.

 

Nowa reformacja?

Heinrich Heine był zdania, że to właśnie budowa Bazyliki Piotrowej stała się – choćby pośrednio – czynnikiem, który wyzwolił proces reformacji. Czy wzniesienie Świątyni Opatrzności zainicjuje w Polsce analogiczny bieg zdarzeń? Na reformację już za późno. Tę, która rozpoczęła się 500 lat temu, przegapiliśmy z kretesem. Był ponoć taki moment, że królowi Zygmuntowi Augustowi towarzyszyło podczas katolickich nabożeństw ledwie kilku senatorów, bo pozostali byli już innowiercami. Wkrótce jednak wszystko wróciło do stanu poprzedniego.

Ale czy naprawdę chcielibyśmy dziś jakiejś reformacji? Reformatorzy to zwykle posępni fanatycy, w których gorzeje ogień prawdziwej wiary, gotów palić wszystko (i wszystkich – w końcu to Kalwin kazał spalić Miguela Serveta), czasem groźniejsi przez to od szczęśliwie otłuszczonego już nieco duchownego establishmentu, zainteresowanego głównie spokojnym konsumowaniem dóbr, jakie mu gwarantuje uzyskana pozycja społeczna. Czy rzeczywiście chcielibyśmy zamienić arcybiskupa X (albo nawet arcybiskupa Y!) na jakiegoś Lutra, który by nazywał rozum „nierządnicą szatana”, nawoływał do „rozgniatania” intelektualistów „jak pluskwy” (taki pomysł miał wittenberski zakonnik w sprawie Erazma z Rotterdamu), „palenia synagog”, likwidacji gospodarki opartej na kredycie, a na dodatek uważał, że „pospólstwem trzeba rządzić przemocą”? Może więc nie „reformacja”, tylko „reforma”? Być może tych, którzy uwierzyli w przemiany zainicjowane przez dobrego papieża Franciszka, nie należy namawiać, by „porzucili wszelką nadzieję”, jednak fiasko owych nieśmiałych modyfikacji widać już gołym okiem. Ecclesia semper reformanda okazuje się – jak większość formacji wzniesionych na fundamencie autorytarnej władzy – ecclesia irreformabilis. Współczesna polska „reformacja” może przybrać tylko jedną postać: laicyzacji.

Laicyzacja nie ma dobrej prasy. I to nie tylko wśród biskupów i aktywistów katolickich, zawiązujących stowarzyszenia „do zwalczania ateizacji Polski”. Przestrzegają przed nią i sami „laiccy” intelektualiści, jak redaktor wielkiej gazety „liberalnej”, który wyraził kiedyś pogląd, że o tym, co dobre i złe, przeciętny Polak może się dowiedzieć tylko w kościele. To jednak nic nowego: także XVIII-wieczni warszawscy masoni, kreślący plany ponadwyznaniowej Świątyni Najwyższej Opatrzności, w Konstytucji przeznaczonej dla wszystkich stanów zapisali bez niedomówień, że religią „panującą” będzie „wiara święta rzymska katolicka”, a „przejście od wiary panującej do jakiegokolwiek wyznania jest zabronione pod karami apostazji” – intelektualiści nie lubią, gdy lud zaczyna rezonować. Czy słusznie?

Tenże „lud”, czy nazwiemy go „owczarnią” czy „społeczeństwem”, nie ma zbyt wielu powodów, by podzielać lęki swoich intelektualistów i pasterzy. „W ogólnoświatowym badaniu Gallupa z 2012 r. – pisze Janusz A. Majcherek w Bogu bez znaczenia – prawie wszystkie kraje o najwyższym odsetku osób wierzących plasują się w grupie najbiedniejszych i najbardziej zacofanych, natomiast prawie wszystkie o najwyższym odsetku ateistów należą do najbogatszych lub najszybciej się rozwijających”. Nie ulega też wątpliwości, że laicyzacja sprzyja pokojowi wewnętrznemu, bo w społeczeństwach zsekularyzowanych nieuniknione spory polityczne mają charakter bardziej merytoryczny, podczas gdy sprzężone z religią, nabierają ostrości i pchają niekiedy całe kraje w kierunku zimnej bądź gorącej wojny plemiennej, jak ta, która toczy się dziś i w Polsce.

Malaryczna gorączka, trawiąca polską demokrację, wylęgała się w dużej mierze w murach polskiego Kościoła, który dawno przestał być „przestrzenią wolności” – tak Kościół sprzed 1989 r. nazywał Jan Paweł II – a stał się czymś wręcz przeciwnym: punktem zbornym tych, którzy tę wolność chcą współobywatelom zabrać.

Na pewno też do wolności nie wychowuje, albowiem jej esencją jest zdolność do krytycznego myślenia. Tymczasem Kościół nie potrzebuje rezonerów, lecz wiernych, tzn. ludzi, którzy wierzą. Wiara zaś na ogół nie najlepiej się komponuje z krytycznym myśleniem, bo oznacza przyjęcie czegoś za prawdziwe na mocy zaufania autorytetowi. A to właśnie zdrowa nieufność wobec wszelkiej auctoritas jest tym, co z poddanych czyni obywateli, jej deficyt z kolei sprawia, że wyborcy na powrót przeobrażają się w wyznawców – tym razem wyznawców jakiejś Partii i jakiegoś „Naczelnika”.

Po ćwierćwieczu polskiej demokracji znaleźliśmy się w dziwnym państwie, bardzo bliskim już marzeniom o „katolickim państwie narodu polskiego”, rządzonym przez monarszą parę: Jezusa i Marię, reprezentowanych wszelako na co dzień przez „prawdziwych Polaków katolików”. To państwo, w którym przymusu praktyk religijnych w szkołach i urzędach nawet się już nie ukrywa, religijna oprawa uroczystości państwowych nikogo już nie razi, w którym instytuty medycyny sądowej potwierdzają prawdziwość „wydarzeń eucharystycznych”, a coraz liczniejsi egzorcyści wydają wysokonakładowy miesięcznik. Pieczęcią, pomnikiem i twierdzą tego narodowego katolicyzmu jest właśnie Świątynia Opatrzności. Ale może stanie się także znakiem tejże Opatrzności albo wedle gustu: Boga, Losu, Przeznaczenia, Historii, napominającym, by zawrócić z tej drogi, posępnym memento przypominającym nieustannie, w jakim żyjemy kraju.

I że coś wypadałoby z tym zrobić.

 

Korzystałem m. in. z:

P. Borecki, Historia pewnej świątyni – historią pewnych idei, „Ars Regia. Czasopismo Poświęcone Myśli i Historii Wolnomularstwa” 2010, nr 12/19, s. 39–49.

T. Cegielski, Świątynia jerozolimska w nowożytnej tradycji ezoterycznej oraz na gruncie wolnomularstwa, w: Jerozolima w kulturze europejskiej, Warszawa 1997, s. 421–432.

J.W. Goethe, Faust, tłum. A. Pomorski, Warszawa 2006.

I. Grzesiuk-Olszewska, Świątynia Opatrzności i dzielnica Piłsudskiego: konkursy w latach 1929–1939, Warszawa 1993.

J. Hani, Symbolika świątyni chrześcijańskiej, tłum. A.Q. Lavique, Kraków 1998.

L. Hass, Wolnomularstwo w Europie Środkowo-Wschodniej w XVIII i XIX wieku, Wrocław 1982.

H. Heine, Z dziejów religii i filozofii w Niemczech, tłum. T. Zatorski, Kraków 1997.

M. Jankowska, Świątynia Opatrzności ku czci Konstytucji 3 Maja, Warszawa 1991.

K. Karaskiewicz, Świątynia Opatrzności Bożej. Dzieje idei i budowy, Kraków 2011.

M. Kitchen, Speer: Hitler’s Architect, Llandysul 2015.

S. Lorentz, Architektura Wieku Oświecenia w świetle przemian w życiu gospodarczym i umysłowym, „Biuletyn Historii Sztuki” 1951, R. 13, nr 4 (tam także cyt. z F.M. Sobieszczańskiego).

J.A. Majcherek, Bóg bez znaczenia, Warszawa 2015.

A. Rodin, Les cathédrales de France, Paris 1921.

Cytaty z Biblii za wydaniem Brytyjskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego, Warszawa 1975.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter