70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Proza wygnania

Tymon Terlecki i Jerzy Stempowski mają szczęście do oddanych edytorów i znawców ich twórczości. To Ninie Taylor-Terleckiej, Jerzemu Timoszewiczowi i Andrzejowi Stanisławowi Kowalczykowi zawdzięczamy liczne wydania pism i listów tych dwóch mistrzów polskiej kultury.

Oczywiście można kręcić nosem, że wciąż nie ma wznowień tych czy innych ich tekstów, ale którzy z emigracyjnych eseistów (nie mówię o powieściopisarzach i poetach) mają równie bogate życie pośmiertne? Przecież oprócz rozmaitych edycji szkiców i esejów ukazały się już obszerne tomy korespondencji Stempowskiego (m.in. z Jerzym Giedroyciem, Marią Dąbrowską i Bolesławem Micińskim) oraz zbiory listów Terleckiego do Andrzeja Bobkowskiego i Józefa Wittlina. Trudno przecenić zasługi Niny Taylor-Terleckiej, wdowy po Tymonie Terleckim, która jest angielską polonistką i rusycystką zafascynowaną powojenną polską emigracją. Od wielu lat konsekwentnie bada XX-wieczną literaturę polską (zwłaszcza powstałą na wychodźstwie) i pieczołowicie porządkuje archiwum męża. Jest dziś chyba najlepszą znawczynią twórczości zimnowojennego polskiego Londynu.

*

Jerzy Stempowski, publikujący w „Kulturze” pod pseudonimem Paweł Hostowiec, był jednym z najwybitniejszych polskich eseistów XX w. Legendarna erudycja, która łączyła przywiązanie do kultury antyku z ciekawością dla literatury XX w., znajomość medycyny, rolnictwa i botaniki z miłością do muzyki, teatru i malarstwa, sentyment do Karpat Wschodnich z wdzięcznością dla ziemi berneńskiej, była jego znakiem rozpoznawczym, ale i piętą achillesową, bo zarażała niewiarą we własne możliwości pisarskie i paraliżowała ruch ręki. Na szczęście potrafił z tymi przeciwnościami walczyć, publikując najsłynniejsze teksty, takie jak Esej dla Kasandry, W dolinie Dniestru czy O współczesnej formacji humanistycznej. Eseistyczny idiom Stempowskiego wyróżniał się emocjonalną powściągliwością, niechęcią do wynurzeń i cywilizacyjnym pesymizmem. Ten rys jego pisarstwa budził zachwyt Miłosza, Herlinga-Grudzińskiego, Herberta czy Czapskiego, ale bywał też powodem uszczypliwości. Gombrowicz, który najwyraźniej miał z „niespiesznym przechodniem” na pieńku (wygląda na to, że z wzajemnością[1]), nie przebierał w słowach, gdy w liście do Giedroycia prezentował złośliwą korektę: „starokawalerskiej prozy pisarza o przesadnie renesansowym pseudonimie »Paweł Hostowiec« (dlaczego nie »Erazm z Rotterdamu«?)”[2]. W tym ataku jest, oczywiście, właściwa Gombrowiczowi dezynwoltura, ale trzeba przyznać, że czasem chciałoby się, by Stempowski osłabił melancholijną ironię i bardziej się odsłonił. Jego korespondencja pozwala niekiedy zaglądnąć przez firankę do szwajcarskiej samotni.

Duet z Tymonem Terleckim jest pod wieloma względami wyjątkowy, bo spotykają się dwie wyraziste osobowości, ludzie wielkiej kultury i niezawodnej mądrości. Wiele ich dzieli, bo Terlecki jest chrześcijańskim personalistą, Stempowski zaś wolterianinem, ale zbliża ich umiłowanie wolności, wielokulturowej tradycji jagiellońskiej i zdrowego rozsądku.

O Tymonie Terleckim, wyrafinowanym krytyku literackim, teatralnym i eseiście, tak pisał Stempowski w szkicu pomieszczonym w „Kulturze”: „Proza jego, nieco sucha w dotknięciu, lecz uderzająca w konstrukcji, nie przypomina niczym słowiańskiej gawędy. Wydaje dźwięk czystego intelektu. Wolna jest od zmysłowości, od leniwej radości widzenia i upojenia płynnym żywiołem słowa”[3]. Tę charakterystykę można odnieść i do samego Stempowskiego, ale Terlecki odwzajemnił się jeszcze piękniejszym portretem, który ukazał się w „Kulturze” jako pośmiertne wspomnienie. Padają tam słowa: „odrębnością pisanej polszczyzny Stempowskiego tak, zdawałoby się, na wskroś intelektualnej, w każdym atomie prześwietlonej myślą – jest podskórny prąd uczuciowy, kryptoliryzm. Urok estetycznej prozy płynie przede wszystkim z tego, co było jej ambicją i wolą: z jasności, ale nieraz również z tego, co było w niej tłumione, ściszone, wstydliwie ukryte: ze wzruszenia i śmiechu”[4]. Szkic ten otwiera tom omawianej korespondencji, nasycając jego karty szczególnymi tonami – dyskretnej serdeczności i dobroci.

Poznali się jeszcze w latach 30. w warszawskim Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej, gdzie obaj wykładali, ale ich stosunki nie były nigdy zażyłe. Cenili w sobie dojrzałość i szerokość myśli, niezawodny węch, pozwalający na odległość wyczuć czyjąś wybitność lub miałkość, lecz także bezinteresowne oddanie sprawie kultury polskiej, w czasach zimnowojennych dramatycznie zagrożonej. Ich listy dotyczyły najczęściej projektów, które miały ratować różne obszary emigracyjnej myśli i sztuki. Inicjatywa zawsze wychodziła od Terleckiego, który służył jako łącznik między konkurującymi ze sobą środowiskami. Był chyba najbardziej skutecznym ambasadorem polskiego Londynu wśród przyjaciół Jerzego Giedroycia. Nakłaniał też Stempowskiego do współpracy z Radiem Wolna Europa. W 1955 r. próbował go pozyskać do jury Nagrody Oddziałów Wartowniczych, która miała być przyznana najwybitniejszym kompozytorom emigracyjnym. Stempowski bardzo się opierał, przeczuwając, że będzie trudno zrównoważyć względy humanitarne (dramatyczna bieda niektórych kandydatów do nagrody) i estetyczne, co mimowolnie wywoła

środowiskowe animozje. Ostatecznie po wymianie wielu listów wycofał swoją osobę i zasugerował, że dużo lepiej sprawdzi się jako juror Witold Małcużyński. Jego obawy po części okazały się słuszne, bo salomonowa decyzja, by wyróżnić kilka osób, nikogo nie zadowoliła, ale była przynajmniej próbą podbudowania morale wysadzonych z siodła kompozytorów.

*

Chyba najcenniejsze informacyjnie listy dotyczą wydania pod redakcją Tymona Terleckiego dwóch tomów monografii Literatura polska na obczyźnie 1940–1960 (tom 1 – 1964, tom 2 – 1965). Jak większość prac pionierskich dzieło miało swoje słabości, ale pierwsze recenzje były tak dalece nieprzychylne, że Terlecki czuł się zdruzgotany. Nie chodziło mu o zranioną miłość własną, ale poczucie, że nikt nie docenił potężnego, bezinteresownego i właściwie beznadziejnego (jeśli brać pod uwagę tzw. sukces wydawniczy) trudu autorów, którzy na przekór powszechnej obojętności chcieli opisać twórczość polskich wygnańców. Po wielu namowach udało się przekonać Stempowskiego, by napisał do „Wiadomości” recenzję, która brałaby książkę w obronę. Jego szkic w końcu się ukazał (w roku 1967) i nobilitował lekceważoną monografię, ale ciekawsze są dla mnie jego listy, w których kreśli uwagi na marginesie Literatury polskiej na obczyźnie 1940–1960. Warto przytoczyć choćby cierpką wzmiankę o mglistości kryteriów oceny sztuki współczesnej: „Giergielewicz miał przed sobą całą Arkę Noego pełną poetów najróżniejszych obrządków i podzielił ich na grupy według cech zewnętrznych i tematów. Poeci (…) nie będą z tego zadowoleni. Odniosą wrażenie, że Giergielewicz pomija ich samą esencję (…). Tego jednak żadną miarą nie można uniknąć, chyba tylko uciekając się do języka ezoterycznego, rodzaju alogicznego bełkotu, jakim krytycy i »profesorowie« przywykli teraz mówić o malarstwie abstrakcyjnym, aby nie urazić tej mafii ikonoklastów”[5].

Korespondencja pisarzy daje wgląd nie tylko w ich pasje i zatrudnienia, ale też w otchłanie. Stempowski przyznaje się w 1954 r. do dwuletniego okresu paraliżującej depresji, kiedy przestał nawet otwierać listy, które dostawał. Terlecki wspomina w roku 1950 o nerwicy serca, której przyczyn upatruje w angielskim klimacie, ale i w materialnej biedzie. Jednak smutki i nędza nieczęsto przewijają się przez ich korespondencję. Autorzy taktownie omijają te naturalne dla nich tematy, choć przecież co najmniej do połowy lat 50. żyli w biedzie, a Stempowski dodatkowo borykał się z depresyjną samotnością. Terlecki notuje we wspomnieniu, że podczas kilkudniowego pobytu w Monachium Stempowski zakładał garnitur na piżamę, bo najwyraźniej po kilku dniach zabrakło mu bielizny na zmianę.

Książka ma przede wszystkim wartość historyczną, bo pozwala zobaczyć emigracyjną codzienność Terleckiego i Stempowskiego. Wiele też mówi o ich literackich gustach, które doceniały nie tylko Szekspira i Horacego, ale też Conrada, Wierzyńskiego i Mrożka. Zaskoczeniem była dla mnie wzmianka Stempowskiego o znajomości z Zygmuntem Kałużyńskim, który w latach 50. służył „niespiesznemu przechodniowi” jako źródło informacji o krajowym środowisku teatralnym. To miła niespodzianka dla kogoś, kto pamięta Kałużyńskiego jako bohatera Dziennika 1954 Tyrmanda. Walorem nadrzędnym tomu jest oczywiście jasna i wytworna polszczyzna. Warto jej posmakować, bo działa zaraźliwie.

_

[1] J. Giedroyc, J. Stempowski, Listy 1946–1969, oprac. A.S. Kowalczyk, t. 1, Warszawa 1998, s. 155.

[2] J. Giedroyc, W. Gombrowicz, Listy 1950–1969, oprac. A.S. Kowalczyk, Warszawa 2006, s. 568.

[3] J. Stempowski, Książki, ludzie, kulisy, w: tegoż, Szkice literackie, t. 2: Klimat życia i klimat

literatury 1948–1967, oprac. J. Timoszewicz, Warszawa 1988, s. 185–186.

[4] J. Stempowski, T. Terlecki, Listy 1941–1966, oprac., przypisy i posłowie N. Taylor-Terlecka, Warszawa 2015, s. 17.

[5] Tamże, s. 159.

 

Jerzy Stempowski, Tymon Terlecki

Listy 1941–1966

oprac., przypisy i posłowie: Nina Taylor-Terlecka,

Wydawnictwo Więź, Warszawa 2015, s. 255

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata