fot. Celestino Arce/Nur/Getty
Kamil Fejfer czerwiec 2022

Załamanie trendów

Apostołowie nowego optymizmu głoszą, że świat jest coraz lepszy, a historia pokazuje, że dawni prorocy apokalipsy zazwyczaj się mylili. Problem w tym, że wystarczy, aby mieli rację tylko raz.

Artykuł z numeru

Moje duchowe miejsce

Czytaj także

Kamil Fejfer

Wielka rezygnacja

Zmarły kilka lat temu profesor zdrowia publicznego, popularyzator nauki i statystyki Hans Rosling podczas swoich wykładów zwykł zadawać audytorium kilkanaście pytań. Odnosiły się one do niezwykle zróżnicowanych kwestii: średniej oczekiwanej długości życia na świecie, trendów wzrostu populacji, tendencji odnoszących się do liczby śmierci spowodowanych klęskami żywiołowymi, dostępności do elektryczności, skolaryzacji wśród dziewcząt w biednych krajach, prognoz wzrostu (lub spadku) globalnej średniej temperatury do 2100 r. i skali skrajnej biedy na świecie w ostatnich kilku dekadach. Pytania były przeprowadzane w formie testu z trzema odpowiedziami, spośród których tylko jedna była prawdziwa.

Z wyjątkiem odpowiedzi na przedostatnie pytanie (średnia globalna temperatura do roku 2100 niemal na pewno wzrośnie) zazwyczaj znaczna większość publiki Roslinga się myliła. A badacz miał okazję przeprowadzać podobne testy nie tylko na uczelniach, lecz również podczas publicznych wystąpień dla zwykłych, zainteresowanych światem ludzi. Przemawiał przed szefami korporacji, przedstawicielami rządów i biznesmenami. Okazywało się, że wszyscy oni niewiele wiedzieli o świecie.

Swoimi obserwacjami Rosling podzielił się w książce Factfulness. Dlaczego świat jest lepszy, niż myślimy, czyli jak stereotypy zastąpić realną wiedzą. Zauważył w niej, że w przypadku wielu pytań ludzie odpowiadali gorzej niż szympansy. Skąd takie porównanie? Ponieważ losowa trafność w teście jednokrotnego wyboru z trzema opcjami – a prawdopodobnie właśnie losowo odpowiadałby szympans – wynosiłaby mniej więcej 33%. W grupie badanych przez Roslinga poprawność odpowiedzi dla wielu pytań zaskakująco często wynosiła mniej niż 30%. Ludzie myśleli, że świat jest znacznie gorszy niż w rzeczywistości.

Przewidywalna długość życia jest zróżnicowana na całym świecie, ale średnio wynosi ona ok. 70 lat (i niemal wszędzie się wydłuża, również w krajach najbiedniejszych). W najuboższych krajach ok. 60% dziewczynek kończy szkołę podstawową. Liczebność populacji osiągnie w 2100 r. ok. 9–11 mld i albo się na tym poziomie ustabilizuje, albo będzie malała. Mimo wzrostu liczby ludności na świecie i częstszego występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych (globalne ocieplenie!) liczba ofiar tego typu kataklizmów spada. W jakimś stopniu dostęp do elektryczności ma ok. 80% ludzi na świecie. A skrajne ubóstwo w ostatnich dekadach znacznie się ograniczyło.

Powody do optymizmu

Hans Rosling był uważany za przedstawiciela nurtu tzw. nowych optymistów. Inni przedstawiciele tego prądu to choćby Steven Pinker, autor głośnej książki Nowe oświecenie, i Max Roser, współtwórca platformy Our World in Data zbierającej dane o megatrendach z całego świata. Wśród innych nowych optymistów można wymienić pisarza i popularyzatora nauki Matta Ridleya i historyka gospodarki i libertarianina Johana Norberga.

Dziennikarz „The Guardian” Oliver Burkeman w swoim tekście z 2017 r. Is the world really better than ever? (Czy świat ma się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej?) pisze, że początek nowego optymizmu można datować na 2006 r. i TED-owy wykład Roslinga pod wymownym tytułem The best stats you’ve ever seen (Najlepsze statystyki, jakie kiedykolwiek widziałeś).

I rzeczywiście, jeżeli spojrzymy w dane, od dekad mieliśmy do czynienia z niezaprzeczalnym postępem. Przytłaczająca większość statystyk, jakie możemy kojarzyć z jakością życia, się poprawiała. Wzrastała średnia oczekiwana długość życia, spadała liczba osób głodnych, rósł dobrobyt, poprawiały się dostęp do opieki medycznej, skolaryzacja, wyszczepialność. Nie był to tylko statystyczny artefakt fałszujący rzeczywistość, bo wynikający z tego, że bogatym bardzo się poprawiało, a biedni nadal biednieli. Poprawiało się również tym najbiedniejszym, choć – co warto zaznaczyć – sytuacja najbogatszych ulegała szybszej zmianie na lepsze. To właściwa konsekwencja rozwarstwienia ekonomicznego – zjadanie coraz większych kawałków metaforycznego tortu dobrobytu przez zamożnych. Mimo to, jak pisał swoim tekście w „The Guardian” Burkeman, według sondażu przeprowadzonego przez YouGov w 2015 r. 65% Brytyjczyków i 81% Francuzów uważało, że świat zmierza w złym kierunku. Tylko że – poza wyżej wymienioną kwestią klimatu – to po prostu nie jest prawda, a przynajmniej prawdą nie było.

Burkeman cytował wspomnianego już Maxa Rosera, ekonomistę z Oxfordu: „Liczba ludzi w ekstremalnym ubóstwie spadła od wczoraj o 137 tys.”. Tak zdaniem Rosera mogłyby każdego dnia przez ostatnich 25 lat wyglądać nagłówki gazet (dokładniej: przez ostatnich 25 lat do momentu, kiedy Roser pisał te słowa, kilka lat temu).

Kiedy zaczyna się skrajne ubóstwo?

Te wszystkie dobre wiadomości nie znaczą jednak, że lokalnie nie mieliśmy do czynienia z pewnymi krokami wstecz. Nie ma możliwości, żeby na świecie poprawiało się absolutnie wszystkim. Czy to z powodu indywidualnych nieszczęść, czy z powodu lokalnych zapaści branż.

Naturalnie więc nowi optymiści doczekali się opozycji. Przybrała ona różne formy, a pierwsze mniej groźne skrzydło ataku reprezentuje np. lewicowy intelektualista Jason Hickel. W przetłumaczonym na język polski przez Huberta Walczyńskiego, a opublikowanym na łamach magazynu „Kontakt” tekście Czy kapitalizm wyciąga ludzi z biedy? Hickel pisał:

„Wszystko to [kryzys finansowy 2008 r., bezrobocie, polityka zaciskania pasa – przyp. aut.] złożyło się na bezprecedensowy atak na dominujący neoliberalny konsensus, a gdzieniegdzie – na sam kapitalizm, którego społeczna wiarygodność zaczęła się załamywać. Na scenę wkroczyli lewicowi politycy, tacy jak Bernie Sanders, Elizabeth Warren czy Jeremy Corbyn. Obiecywali, że na poważnie zajmą się problemem nierówności. (…)

Ale druga strona nie spała. Miliarderzy, eksperci i komentatorzy zaczęli nakręcać nową narrację. To wszystko ściema, mówili. Spójrzcie trochę szerzej, a zobaczycie że postęp humanitarny tak naprawdę przyspiesza. Poprawia się oczekiwana długość życia, spada śmiertelność niemowląt, osiągamy imponujące efekty w zapobieganiu chorobom i – co najważniejsze – globalne ubóstwo znika w zaskakującym tempie. Kraje ubogie doganiają bogate, a świat nigdy nie miał się lepiej”.

Główny zarzut Hickela nie odnosił się do samych danych, ale był natury politycznej: nowi optymiści to opłacani przez miliarderów strażnicy neoliberalnego status quo. Część entuzjastów nowego optymizmu to bez wątpienia liberałowie, jak choćby wspomniany, związany z libertariańskim think tankiem Cato Institute Johan Norberg. Jednak to nie oznacza, że cały ruch wyznaje tego typu poglądy. Nawet jeżeliby tak było, to nie podważa wartości danych, o których mówią nowi optymiści.

Wątpliwość Hickela należy potraktować jako po części chybioną, ponieważ jeśli przeczytamy książkę Factfulness Roslinga i zapoznamy się z okraszonymi eleganckimi wykresami artykułami Maxa Rosnera zamieszczonymi na platformie Our World in Data, to nie znajdziemy w nich przesadnego „neoliberalnego odchylenia”. Odnajdziemy tam za to sporo pochwał mądrych regulacji i silnych instytucji. Sam Rosling zresztą chwalił w książce swoją socjaldemokratyczną ojczyznę Szwecję. Pisał, że dzięki jej powszechnej opiece zdrowotnej mógł zostać wyleczony jako dziecko z poważnej choroby, a dzięki publicznej edukacji i szkolnictwu zdobył świetne wykształcenie.

Jak ocenić same te dane? Hickel punktuje również – i to już zarzut merytoryczny – założoną linię granicy skrajnego ubóstwa. W wielu grafikach na wspomnianej platformie Our World in Data granica skrajnego ubóstwa jest wyznaczona na poziomie 1,9 dolara dziennie na osobę według kursu amerykańskiej waluty z 2011 r. Jednak Hickel słusznie twierdzi, że osoby żyjące za 3 dolary dziennie również są skrajnie ubogie. Nawet jeśli uznamy, że linia 1,9 dolara nie jest odpowiednim kryterium, to fakt, że coraz mniej osób na świecie utrzymuje się za tak skandalicznie niski dochód, jest bezsprzecznie pozytywny. Nawet jeśli skrajnym ubóstwem jest życie za 3 dolary dziennie, to oczywiste, że życie za jeszcze mniej jest jeszcze gorsze. A jeśli jest gorsze, to oznacza, że spadek odsetka osób dysponujących takim dochodem należy uznać za postęp.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Ale to nie koniec. Max Roser i Esteban Ortiz-Ospina w dużym opracowaniu na temat światowej biedy przedstawiają statystyki, z których wynika, że zmniejsza się nie tylko odsetek osób żyjących poniżej 1,9 dolara dziennie. Zmniejsza się również odsetek osób żyjących za mniej niż 3,2 dolara dziennie. Tak przynajmniej było do 2017 r. (to najświeższe dane zamieszczone w artykule). Jeszcze w 2000 r. na świecie ponad połowa ludzkości żyła za dochód mniejszy niż 3,2 dolara dziennie po kursie z 2011 r. W 2017 wkaźnik ten wynosił 24%. Przy znacznym spadku odsetka osób w skrajnej biedzie rósł jednocześnie odsetek tych, którzy żyli za 10 lub więcej dolarów dziennie. W roku 2000 było to 23% ludzkości, a w 2017 już 38%.

Dochód to tylko jedna z bardzo wielu zmiennych, o których mówią nowi optymiści. Hickel pomija (być może z uwagi na niewielką objętość jego eseju w porównaniu do książek autorów, których krytykuje) wiele innych niezaprzeczalnie pozytywnych trendów: wyszczepialności, długości życia, dostępności do wody pitnej, do elektryczności czy spadającą liczbę ofiar katastrof naturalnych.

Czarny łabędź

Z nieco innej strony Roslinga i spółkę krytykował David Runciman, politolog z uniwersytetu w Cambridge. Tonując pozytywne oczekiwania na łamach „The Guardian”, stwierdził, iż: „Myśl, że następny kryzys finansowy w świecie tak zglobalizowanym i tak silnie uzależnionym od technologii może się wymknąć spod kontroli, nie jest myślą irracjonalną. I myśl ta sprawia, że dość trudno jest być beztroskim optymistą”.

To prawda, że świat jest coraz lepszy, a historia pokazuje, że dawni prorocy apokalipsy zazwyczaj się mylili. Problem w tym, że wystarczy, aby mieli rację tylko raz. Tu dochodzimy do ważniejszego oponenta nowych optymistów niż Hickel i Runciman. Przeciwko ich obserwacjom występuje… sama rzeczywistość, a mówiąc bardziej poetycko: „czarne łabędzie”.

„Czarny łabędź” to kategoria rozpowszechniona w publicznym dyskursie przez ekonomistę i filozofa Nassima Taleba. Myśliciel tym terminem nazywa zjawiska nieprzewidziane, które zmieniają bieg historii. Jednym z „czarnych łabędzi” były zamachy na World Trade Center z 11 września 2001 r. W zasadzie nikt poza niektórymi analitykami amerykańskiego wywiadu się ich nie spodziewał. Sygnały od wywiadu zostały jednak zlekceważone przez samo kierownictwo służb, lecz zostawmy złośliwości na boku. Niektórzy za takiego „czarnego łabędzia” uznali pandemię koronawirusa. To właśnie ona zwiastowała pierwszą w ostatnich latach „korektę trendów”, jak powiedzieliby ekonomiści, tak zachwalanych przez nowych optymistów.

Co ciekawe, sam Nassim Taleb nie uznaje pandemii za „czarnego łabędzia”. Dlaczego? Ponieważ – jak zauważa – naukowcy od lat ostrzegali, że takie zjawisko może się pojawić. Przedsmak mieliśmy już w postaci epidemii SARS w 2003 r., choć w tamtym przypadku zakończyło się na „zaledwie” kilkuset przypadkach śmiertelnych. Wirus SARS-Cov-2, wywołujący chorobę COVID-19, według oficjalnych danych do początku kwietnia 2022 r. pochłonął już życie ponad 6 mln ludzi, a zarażonych zostało ok. 0,5 mld. Mówimy oczywiście o oficjalnych, zaraportowanych danych, należy jednak pamiętać, że skala zgonów może być zaniżana przez państwa rozwijające się, które nie posiadają odpowiedniej infrastruktury zdolnej do szczegółowego raportowania przyczyn śmierci. Jeśli zaś chodzi o liczbę zakażonych, to wystarczy przypomnieć problemy z adekwatnością testowania w Polsce, aby wyobrazić sobie możliwe rzeczywiste liczby.

Zarówno Rosling, jak i Pinker uzasadniali swój optymizm sukcesywnym wzrostem średniej oczekiwanej długości życia. Widać to również w wykresach przywoływanej wielokrotnie platformy Our World in Data. Do roku 2019 uśredniona oczekiwana długość życia we wszystkich niemal rejonach świata rosła nieprzerwanie od początku XX w. (z niewielkim jej spadkiem w Afryce na początku lat 90.). Tyle tylko, że na platformie nie ma jeszcze danych, które oddawałyby obraz COVID-owego świata, bo pandemia na dobre jest z nami od pierwszego kwartału 2020 r.

Istnieją już jednak badania, które przybliżają zależność między oczekiwaną długością życia w COVID-owym świecie. Matthew Limb na stronie „The BMJ”, jednego z najważniejszych czasopism medycznych na świecie, pisze, że w 2020 r. oczekiwana długość życia spadła w aż 24 na 38 państw OECD. Największe spadki zanotowały następujące kraje: Stany Zjednoczone (1,6 roku per capita), Hiszpania (1,5 roku), Litwa i Polska (1,3 roku) oraz Belgia i Włochy (po 1,2 roku). We Włoszech, Polsce, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii oczekiwana długość życia cofnęła się do poziomu z 2010 r.

Autor pisze, że COVID-19 przyczynił się do zwiększenia o 16% liczby śmierci w 38 krajach OECD w 2020 r. i w pierwszej połowie 2021 r. (do tego momentu były zbierane dane). W krajach zrzeszonych w organizacji wirus spowodował aż 2,5 mln nadliczbowych zgonów w porównaniu do poprzednich pięciu lat. Pandemia miała również wpływ na zwiększenie skali niezdrowych nawyków wśród ludzi. Przyczyniła się do wzrostu palenia, nadużywania alkoholu oraz otyłości. Inny artykuł z tego samego czasopisma, streszczający wyniki badań przeprowadzonych pod kierownictwem Nazrula Aslama, stwierdza, że w przebadanych 37 krajach sumaryczna liczba utraconych w wyniku pandemii lat życia wyniosła… 28 mln. Właśnie o tyle lat w sumie dłużej żyliby ludzie, gdyby nie pandemia.

Inflacyjne tąpnięcie

Koronawirus to nie tylko tragedie w postaci nadliczbowych zgonów. To również gospodarcze perturbacje związane głównie z lockdownami. Zamykanie z tygodnia na tydzień całych sektorów gospodarki wywoływało potężne fale uderzeniowe, które wędrowały po całym systemie, zrywając łańcuchy dostaw, dezorganizując produkcję i podbijając ceny.

Kiedy byliśmy zamknięci, przenosiliśmy dużą część naszego życia społecznego do sieci. To wzmogło popyt na urządzenia elektroniczne: laptopy, tablety, komputery. Do produkcji tych rzeczy potrzebne są m.in. półprzewodniki. Już przed pandemią fabryki tych podzespołów działały na najwyższych obrotach. Na marginesie można dodać, że było to związane z jednym z opisywanych przez nowych optymistów trendów bogacenia się biednych. Ci, kiedy zaopatrzyli się już w podstawowe dobra, takie jak ubrania i szczelny dach nad głową, częściej chcieli korzystać z konsumenckiego świata: kupować telewizory, zmywarki i gadżety. Mieliśmy więc do czynienia z klasycznym nienadążaniem podaży za popytem (nie da się zbudować fabryki półprzewodników w kilka tygodni!). Ceny elektroniki wzrosły, dokładając się do inflacji, która jest obecnie globalnym problemem.

To oczywiście nie była najważniejsza przyczyna wzrostu cen towarów i usług. Bardziej istotny okazał się skokowy wzrost cen energii. Kiedy gospodarki zaczęły się otwierać, zaowocowało to ogromnym globalnym boomem inwestycyjno-produkcyjnym. Duża część tego boomu była udziałem Chin, które chciały możliwie szybko odbudować swoją pozycję po kryzysie COVID-owym. Wzrost inwestycji zaś wymagał energii, m.in. gazu. Ten był w ogromnych ilościach zasysany zwłaszcza przez wspomniane wyżej, wygłodniałe wzrostu Chiny. I znów pojawia się napięcie na linii podaż–popyt i idący za tym wzrost cen.

Do tego dochodzi tzw. odłożony popyt, czyli zachomikowane oszczędności. Mogła sobie na to pozwolić głównie bogatsza część społeczeństwa, która przestała wydawać na wakacje. Kiedy kolejne sektory zaczęły się otwierać, gotówka wartkimi strumieniami popłynęła do gospodarki. Wracające na rynek pieniądze pozwoliły usługodawcom podnosić ceny i odbijać sobie fatalne miesiące zamknięcia, a to zaowocowało inflacją.

Zerwane łańcuchy dostaw, rosnące ceny energii, zwłaszcza gazu, powodowana tym inflacja – wszystko to doprowadziło do załamania części pozytywnych trendów gospodarczych.

Skala utraconego rozwoju

Według artykułu autorstwa grupy ekspertów pod kierownictwem Caroliny Sánchez-Páramo zamieszczonego na stronie Banku Światowego COVID-19 spowodował wzrost nierówności i pogłębienie się ubóstwa na świecie. „W 2021 r. średnie dochody osób z dolnych 40% globalnego rozkładu dochodów są o 6,7% niższe niż w przypadku prognoz sprzed pandemii” – czytamy w tekście. To skala utraconych szans. A jaka jest skala utraconych dochodów?

W latach 2019–2021 średni dochód najbiedniejszych 40% społeczeństwa spadł o 2,2%. Dla porównania: średni dochód najzamożniejszych 40% również spadł, lecz o 0,5%. To oczywiście oznacza wzrost nierówności.

Dlaczego biedniejsi tracili więcej? Ponieważ to osoby z reguły gorzej wykształcone, nierzadko pracujące w usługach. I w związku z tym częściej traciły pracę w trakcie lockdownów.

Wróćmy na chwilę do kategorii najbardziej skrajnego ubóstwa, a więc życia za mniej niż 1,9 dolara dziennie. Według Banku Światowego ok. 97 mln ludzi wpadło pod ten próg z powodu pandemii. Przed koronawirusem w skrajnym ubóstwie żyło ok. 700 mln ludzi. Oznacza to, że skrajne ubóstwo mierzone tą miarą wzrosło globalnie z 7,8% przed pandemią do 9,1% obecnie. Podobny wzrost dotyczy problemu głodu. Według Jacka Nicasa, dziennikarza „The New York Times” powołującego się na dane ONZ, w wyniku pandemii przybyło na świecie ok. 90 mln głodujących osób. Przed pojawieniem się koronawirusa szacowało się ich liczbę na 720 mln. Dodatkowo aż 163 mln osób dotkniętych gospodarczymi skutkami koronawirusa żyją obecnie za mniej niż 5,5 dolara dziennie. Spadła również mediana środków przeznaczanych na konsumpcję – z 7,15 dolara dziennie przed pandemią do 6,8 dolara w 2020 r. Swoją drogą – i tutaj do momentu pandemii widać było postęp.

Wojna pogłębia kryzys

Czytaj także

Wielka rezygnacja

Kiedy zaczęliśmy się otrząsać z szoków pandemii, nadleciał drugi „czarny łabędź”, czyli rosyjska inwazja na Ukrainę. Niektórzy znów mogą podważać niespodziewany charakter zdarzenia, bo przecież amerykański wywiad ostrzegał przez planami Kremla (i tu, w przeciwieństwie do ataku na WTC, zadziałał wzorcowo), jednak tak naprawdę mało kto spodziewał się pełnoskalowej wojny obejmującej cały kraj. Co przyniosła wojna na Ukrainie w perspektywie globalnej? Nastąpiło wzmocnienie poprzednich trendów: od inflacji po głód.

Wspomniałem już, że najważniejszą zmienną, która miała wpływ na wysoką przedwojenną pocovidową inflację, była cena energii. Rosja jest jednym z największych światowych eksporterów zarówno gazu, jak i ropy. Agresja na Ukrainę spowodowała niestabilność na rynkach paliw kopalnych, co podbiło ceny surowców. Wyższe ceny ropy i gazu wpływają z kolei na całą światową gospodarkę, ponieważ ta jest nierozerwalnie związana z konsumpcją energii. Współczesne społeczeństwa po prostu nie mogą się bez niej obyć.

Drugi biegun kryzysu to sytuacja żywnościowa.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer