(fot. Piotr Wojnarowski / Forum)
Paweł Taranczewski listopad 2021

Stańczyk: wspomnienia poszarpane

W lipcu 2021 r. zmarł profesor Stanisław Rodziński, wieloletni rektor krakowskiej ASP, malarz, który poszukiwał w sztuce szyfrów transcendencji.

Artykuł z numeru

Oswajanie samotności

Poznaliśmy się w V LO im. Augusta Witkowskiego w Krakowie, które jeden z naszych profesorów złośliwie nazywał „ogólnikowokształcącym”. Do szkoły Staszek dostał się cudem. Opowiadał mi kiedyś, jak pod koniec lat 30. jego ojciec stał w Krynicy w kolejce do pijalni. Z tyłu za nim rozległy się okrzyki: „zabierzcie stąd tę Żydówę”. Julian Rodziński wyszedł z kolejki i zwrócił się do wyzywanej kobiety, mówiąc: „Proszę stanąć przede mną”. Po wojnie klasę wyzyskiwaczy należało unicestwić, dzieci burżujów nie powinny były się kształcić. Podanie Staszka o przyjęcie do liceum odrzucono. Był przecież synem właściciela sklepu przy pl. Mariackim i członka kongregacji kupieckiej. Ojciec wybrał się więc do pani dyrektor – komunistki (tak się określała), by spytać, z jakiego to powodu syn nie został przyjęty, skoro miał bardzo dobre świadectwo ze szkoły podstawowej. Podniosła głowę znad biurka i spytała: „Pan mnie poznaje? Krynica, lata 30. Pański syn jest przyjęty”. Staszek opowiadał dalej, że po latach w domu wypoczynkowym dla emerytowanych nauczycieli spotkał dawną panią dyrektor. Spytała go: „Ty, Rodziński, jesteś wierzący? Bo jak tak patrzę na te góry, to może i ja będę wierząca…”.

Cieszył się autorytetem w klasie. Mawiano: „stary Rodziński”. Nie bez przyczyny, doświadczył go los. Mieszkanie jego rodziców nachodziło UB, szukając ukrytego złota i dolarów. Przepiłowano w tym celu nawet nogi od stołu. Nękany Julian Rodziński zmarł przedwcześnie na zawał serca. Staszek z dnia na dzień musiał stać się dorosły. Został sam z matką i niepełnosprawną ciotką.

Od karykatur do malarstwa religijnego

W szkole Staszek rysował karykatury – dosadne, nigdy wulgarne. Zamieszczał je w nielegalnym szkolnym piśmie noszącym tytuł „Nuda Codzienna”, którego był redaktorem i wydawcą. Gazetka miała „rozbić atmosferę beznadziejności, jaka panowała na lekcjach”. Treści, które tam zamieszczał, z początkiem lat 50. mogły ściągnąć na niego ogromne kłopoty. Na szczęście nikt na niego nie doniósł. A „Nudę…” czytywali także nauczyciele.

Pod koniec szkoły malarstwo zbliżyło nas do siebie. Chyba w dziesiątej klasie Staszek powiedział do mnie mniej więcej te słowa: „Kończę z karykaturami, interesuje mnie malarstwo, będę zdawał na Akademię!”. W ostatnim roku przed maturą chodziliśmy do pracowni plastycznej międzyszkolnego Ogniska Pracy Pozaszkolnej. Bywali tam Allan Rzepka, Andrzej Łukaszewski, Olga Peczenko (później Srzednicka) i my. OPP prowadził malarz Tadeusz Barwecki. Pewnego dnia Staszek przyniósł do pracowni niewielki obraz: wnętrze z podłogą z desek w monookularnej perspektywie zbieżnej, być może z jakimiś elementami wyposażenia – nie pamiętam. Wewnątrz stał przeskalowany akt kobiecy w kolorze ultramaryny, przed aktem leżała piłka. „Namalowałem sakramencką abstrakcję!” – powiedział z dumą, choć obraz miał ton raczej surrealistyczny. Zainteresował się też w tym czasie ikonami, malował na desce postać Chrystusa. Szukał swojej drogi.

Staszek był głęboko religijny, świadczy o tym najlepiej jego późniejsze malarstwo. W czasach szkolnych nie chodziłem do kościoła, skłaniałem się ku gnozie, ale poważnie zastanowić się nad tym kazał mi banalny widok. Szedłem ulicą św. Anny w stronę Rynku, Staszek kroczył przede mną – nie widział mnie. Znalazłszy się przed kościołem, skręcił nagle w lewo, wszedł na schody i do wnętrza. Pomyślałem wtedy: jeżeli on tam wchodzi, to coś w tym być musi. Mocniej przyczynił się ten widok do mojego nawrócenia niż lekcje religii, które po Październiku wróciły na jakiś czas do szkoły.

Zdawaliśmy obaj na Akademię Sztuk Pięknych i dostaliśmy się. Pamiętam jego ówczesne fascynacje: malarstwo Tadeusza Makowskiego i Georges’a Braque’a. Stanowiły one przejawy jego dalszych poszukiwań – często po omacku, do czasu wejścia na drogę własną, malarstwa religijnego i pejzażowego.

Choć oczekiwałem, że po pierwszym roku obaj pójdziemy do pracowni mego ojca Wacława, Staszek wybrał studia pod kierunkiem Emila Krchy, malarza z pokolenia kapistów. Krcha był nauczycielem liberalnym, nie narzucał żadnej doktryny. Jeżeli np. prace studentów z pracowni Czesława Rzepińskiego były bliskie obrazom mistrza, u Krchy było to nie do pomyślenia. Panowała w niej raczej interakcja wpływów wzajemnych. Każdy malował tak, jak uważał za słuszne, jednak pod okiem profesora. Emil Krcha zaglądał do pracowni, pukał w sztalugi, rzucając krótkie uwagi typu: „Panie Waltoś, te biele” (Jacek nadużywał wówczas bieli). Jeśli jednak ktoś oczekiwał korekty, otrzymywał ją – i to bardzo wnikliwą. Trzon pracowni stanowili, obok wspomnianego Waltosia, Maciek Bieniasz i Zbylut Grzywacz – członkowie przyszłej grupy Wprost. Staszek był tam raczej samotną wyspą.

Nie wiem, kiedy wszedł na drogę ekspresyjnego pejzażu i scen wyraźnie religijnych, wiążących epokę Solidarności z czasami biblijnymi, ofiarę ks. Popiełuszki z Chrystusem. Widzę jednak, że ujęcie przez Staszka postaci ludzkiej zatoczyło koło. Satyryczne rysunki z „Nudy Codziennej” przekształciły się, nabrały ekspresji i dramatyzmu. Kpinę zastąpiło cierpienie. Pozostał jednak formalny rys energicznego prowadzenia kreski. A także trafność charakterystyki postaci, która zawsze ujawnia to, co według Staszka ma wyrazić: ból, cierpienie zadawane Chrystusowi na Krzyżu lub sercu Matki przeszytej mieczem – każdej matki, której syna mordują. Znamienne, że malował jedynie Ukrzyżowania, nie widziałem scen Narodzenia, Zmartwychwstania, Wniebowstąpienia…

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Źródeł pejzażu upatrywałbym w pagórkowatym krajobrazie Sądecczyzny, w starej zabudowie okolic Nawojowej: domach z bali sosnowych z obórką pod jednym dwuspadowym dachem, stodółką i stajnią. Staszek nie malował jednak nastrojowych pejzaży. Falujący krajobraz zrośnięty z budownictwem nabierał w jego obrazach rysów tragicznych. Wieś, którą kochał, na jego obrazach umiera, zapowiada koniec jego świata. To wieś po II wojnie światowej, przed tej wsi ostateczną zagładą dzisiaj.

Rozmowy przy herbacie

Po studiach, dwudziestoparoletni, opisałem wizyty, jakie składałem Staszkowi w jego mieszkaniu przy Starowiślnej. Skracam, ale brzmiało to mniej więcej tak.

Jest w Krakowie ulica niepodobna do innych. Ulica bez końca, brudna i ponura, po obu jej stronach ciągną się nieprzerwane mury niewysokich kamienic z poobtłukiwanymi z tynku fasadami, wystarczająco jednak masywnych, aby przesłaniać niebo. Mieszkanie Stasia znajdowało się już bliżej Wisły, w oficynie domu numer 60. Prowadziła do niej brama cuchnąca zapachami kuchni i zabezpieczona na noc zasuwaną kratą. Podwórko było dzielone z sąsiednią kamienicą, na jednej z części zalegały bale nadgniłego drewna. Przechodząc do bramy w oficynie, zawadzało się wzrokiem o nasyp kolejowy, po którym z hukiem przelatywały pociągi relacji Kraków–Przemyśl, wstrząsając podstawami kamienicy. Okna mieszkania Stasia wychodziły na podwórko, więc przechodząc przez nie, spoglądałem odruchowo w górę, jakby sprawdzając, czy gospodarz jest w domu. Mieszkanie dzielił z dokwaterowaną sublokatorką, z którą dzięki taktowi państwa Rodzińskich stosunki były poprawne. Każdą wizytę należało zapowiedzieć telefonicznie, Staś nie lubił, kiedy nachodzono go niespodziewanie, wyczuwało się wówczas, że jedynie toleruje obecność intruza. Zapowiedziany mogłem się spodziewać łaskawego przyjęcia, będąc pewnym że Staszek sam otworzy drzwi i powita mnie z uśmiechem. Po zręcznym wyminięciu paru szaf i powieszeniu okrycia na wieszaku, w drugim jakby hallu, przez półotwarte drzwi widziałem dwie kobiety siedzące przy okrągłym stole: jedną z nich była matka Stasia, drugą ciotka. Przechodziliśmy do pokoju obok, stanowiącego zarazem jego pracownię. Tam można było wyczuć Stasia lepiej niż gdziekolwiek indziej. W tym miejscu stawał się w pełni sobą. Gospodarz i otoczenie dopełniały się. Było tam wiele przedmiotów, które lubił i zbierał: książki, fotografie wielkich polityków, papieży, świętych, artystów i innych wybitnych ludzi, reprodukcje rysunków i obrazów ulubionych malarzy, a także płótna kolegów. Staszek wtapiał się w tę aurę, ona w niego. Potrzebował jej tak bardzo, że wyjeżdżając na dłużej z miasta, zabierał ze sobą przedmioty do niej odsyłające.

Lubiłem odwiedzać Staszka. Dużo rozmawialiśmy. Kiedy jednak ja widziałem wiele aspektów zagadnienia i możliwych jego rozwiązań, Staszek miał prostszą wizję świata. Interesowałem się filozofią, on nie bardzo. Moje dzielenie włosa na czworo nużyło go i denerwowało. Powtarzał: „Paweł, proszę, nie nudź, tyle razy ci to mówiłem”.

Odwiedzałem Staszka, pragnąc wejść w atmosferę, której potrzebowałem także ja, bo mnie regenerowała. Z lubością przewidywałem nieszczęścia i klęski, przejmowałem się zasłyszanymi hiobowymi wieściami i różnymi głupstwami. Zanudzałem tym Staszka, który nie znosił mojego czarnowidztwa i skutecznie je rozpraszał. U niego oddychałem aurą pogodną. Staszek, mimo rzeczywistych kłopotów, humoru nie tracił, a nawet to, co było naprawdę groźne, starał się umniejszyć pozornym lekceważeniem. Nawet, gdy nie było tematu do rozmowy, lubiłem po prostu tkwić w oknie jego pracowni, widok był pełen melancholii.

Ten pokój nie miał jakiegoś wyraźnego centrum. Można było siedzieć przy biurku, które powstawało przez opuszczenie klapy znajdującej się w ścianie szafki na książki, i przeglądać szkicowniki gospodarza, można było przysiąść na tapczanie, podziwiając półkę przyścienną, długą i niewysoką, zapełnioną książkami i czasopismami, można było również patrzeć na sztalugi ze stojącym na nich zwykle obrazem – skończonym lub w trakcie malowania.

Staszek chętnie pokazywał swe obrazy, lubił o nich opowiadać, a także słuchać uwag, które uważał za istotne. Nie był na krytykę impregnowany – wyjaśniał, że praca nie jest jeszcze skończona, że to i owo trzeba jeszcze zmienić. Nie przyjmował jedynie krytyki uderzającej w założenia obrazu, w samą ich artystyczną podstawę. Mimo wysuwanych zarzutów, obrazy te podobały mi się. Podziwiałem świadomość zamierzenia, pewność i konsekwencję jego realizacji, śmiałość położenia farby, nieliczenie się z przedmiotem, swobodę interpretacji motywu, tragiczną wizję świata. Rozmowa przy obrazach kończyła wizytę. Staszek przyjmował po południu i kiedy chował płótna, godzina była już późna.

Wizytom towarzyszył rytuał parzenia herbaty i delektowania się nią. Lubił, aby napój był świeżo zaparzony i aromatyczny, wsypywał więc suche i nierozwinięte listki herbaty do naczynia z dużą i otworków, umieszczanego nad czajnikiem z wrzącą wodą. Listki powoli rozwijały się, nie tracąc jednak nic z zawartego w nich aromatu i barwy. Następnie przekładał rozwinięte i napęczniałe już listki do czajniczka, takiego zwyczajnego, jakiego używają wszyscy, i zalewał je niewielką ilością wrzącej wody. Odrobinę przygotowanej esencji wlewał Staś do szklanki wody, tyle jednak, aby kolor był w sam raz: ani za ciemny, ani zbyt jasny.

Sympatie i antypatie

Był Staszek związany wiele lat z „Tygodnikiem Powszechnym”, pisywał głównie krytyki wystaw malarstwa. Myślałem wówczas – za Gombrowiczem – że pierwszorzędnych malarzy drugorzędnych wolno lekceważyć. Pytałem Staszka: „Czemu omawiasz twórczość malarzy słabych, nieznanych?”. „Właśnie dlatego, że są nieznani, a czy słabi, nie jest pewne” – odparł.

Kochał „Tygodnik” i siedzibę redakcji przy Wiślnej 12. Angażował się politycznie po linii pisma. Postawa Staszka: amalgamat katolicyzmu, współpracy z „Tygodnikiem”, działalności w opozycji (już w 1977 r. sygnował deklarację Towarzystwa Kursów Naukowych, uczestniczył w Ruchu Kultury Niezależnej, publikował w prasie podziemnej i w paryskiej „Kulturze”, aktywnie uczestniczył w pracach ZPAP), predestynowała do wejścia w Solidarność. Ruch ten i związek zawodowy pochłonął go. Był w niego ciałem i duszą zaangażowany.

Pozycja Staszka w Krakowie rosła, jej ukoronowaniem był późniejszy już rektorat w ASP (1996–2002). Nie dziwne więc, że w przyciągał uwagę „Spółdzielni Ucho” – tak nazywał ów Urząd. Opowiadał później o „rozmowach” w lokalu Spółdzielni: „Jak tam wchodziłem, nie wiedziałem, czy wyjdę”. Przesłuchiwano go wielokrotnie, a raz jeden, w maju 1986 r., aresztowano na 48 godziny.

Staszek wzdychał z goryczą: „W jakich to czasach przyszło nam żyć?”. Myślał nie tylko o czasach komuny, bo trząsł się z oburzenia, gdy młodzi lustratorzy różnych profesji, pozbawieni niezbędnego historykowi esprit de finesse, oskarżali ludzi o kolaborację, nie rozumiejąc kompletnie sytuacji, w jakiej tamci się znajdowali. Tak samo reagował, gdy z jakichś mętnych powodów lub bez nich, atakowano akowców, twórców Solidarności, pisarzy, księży, „Tygodnik Powszechny”.

W ostatnich latach rozmawialiśmy często przez telefon. Omawialiśmy ostatnie wydarzenia, politykę wewnętrzną i wschodnią, poruszaliśmy wszystkie burzliwe kwestie: protestów kobiet, LGBT, parad równości, czyszczenia i prostowania historii.

Staszek był zawiedziony rozwojem sytuacji w Polsce. Zwolennik Mazowieckiego, Geremka i Bartoszewskiego, bolał nad zmierzchem ducha pierwszej Solidarności, sporami wewnętrznymi, samobójczą wojną na górze, atakowaniem tego, co było mu drogie. Biadał, gdy Kościół, opoka Solidarności i ruchu oporu, objawił swe inne oblicze i a magna parte episcoporum przyjął sposób myślenia Radia Maryja.

Głupota atakujących, antyczna stultitia, doprowadzała go do pasji. „Interesowałem się polityką – mówił – teraz mam do niej wstręt”.

Dlaczego Stańczyk?

Wspomnienia zatytułowałem imieniem: Stańczyk. Pamiętam naturalnie o krakowskich stańczykach, jednak Staszka widzę dziś poprzez malarstwo Jana Matejki, którego obrazy podziwiał, choć się nimi nie inspirował. Wspomnienia moje skupia Stańczyk taki, jakim widział go Matejko: Stańczyk jako wyrzut sumienia, moralista… Wedle Matejki był to mąż przenikliwy, refleksyjny i przewidujący – przygnębiony wieścią o upadku Smoleńska, beztroską dworu królowej Bony. Ależ to właśnie Staszek świadom wagi wydarzeń i indolencji rządzących!

Nieufny i przewidujący dalszy tok dziejów Stańczyk z Hołdu pruskiego, świadom złudności gestu Albrechta Hohenzollerna, to przecież Staszek mąż polityczny, widzący złą wiarę podpisujących „porozumienia” z Kościołem, ze strajkującymi robotnikami, z Solidarnością.

Ale i Stańczyk błazen udający ból zębów na Rynku krakowskim; wesołek bawiący się z Gamratem; dworzanin u stóp monarchy patrzący ironicznie na pompę towarzyszącą zawieszeniu dzwonu Zygmunta, nasłuchujący czegoś przez trąbkę przy prawym uchu, z muszlą zrobioną z dłoni przy lewym. Staszek drwiący i pełen gorzkiego humoru.

Choremu już Staszkowi, opowiadałem dowcipy. Uwielbiał szmoncesy, które mu czytałem. Cenił dowcipy rosyjskie i polskie – zwłaszcza polityczne. Lubił rosyjskie powiedzonko: и смешно, и страшно (zabawne i przerażające). Słuchając dowcipów i anegdot, np. o audycjach Radia Erywań śmiał się do rozpuku; było смешно, naprawdę jednak страшно.

Staszek-Stańczyk – mędrzec, moralista, polityk, wesołek, dowcipniś, kawalarz. Staszek do szpiku kości krakauer, uwielbiający ironię Roberta Musila z Człowieka bez właściwości i humor, który uwiecznił Jaroslav Hašek w przygodach Szwejka. Staszek uradowany tym, że dyrektor V LO zawiesił nad biurkiem akt założycielski szkoły podpisany przez Najjaśniejszego Pana, czyli cesarza Franciszka Józefa, no bo władza w Warszawie, to żadna władza… Staszek płodny pisarz – świadczy o tym bibliografia jego tekstów.

Przede wszystkim jednak Staszek malarz, którego ogromne dzieło jest szyfrem transcendencji – transcendencji tragicznej.

Kup numer