Ilustracja.: Paweł Smardzewski
Ryszard Ćwirlej kwiecień 2026

Kto ma w głowie olej…

Teofil uniósł kanapkę, żeby zagryźć, ale zrobił to tak niezgrabnie, że ryba zleciała mu na krawat, odbiła się i wpadła w przestrzeń między bluzą mundurową i koszulą. Próbował zetrzeć ślady sosu, ale wtarł je tylko głębiej. Gdy wezwał go porucznik Wróbel, nie było czasu na przebranie, musiał iść brudny. A teraz, gdy wyszedł po spotkaniu na korytarz, dostało mu się za ten krawat i rybę. O wódce, którą pewnie było od niego czuć, Wróbel nie wspomniał.

Artykuł z numeru

Pułapki samorozwoju

Pułapki samorozwoju

Czytaj także

Paweł Goźliński

Akademia Pisarska Znaku. Tańczący narrator

Ulica pachniała chlebem. Zapach był tak intensywny, że kolejarz Szczepan Fiołek pomyślał nawet, czy aby nie zawrócić i nie pójść do piekarni przy Małych Garbarach, tej, której komin był dobrze widoczny, bo zarys ceglanej bryły ostro kontrastował z niebem rozświetlanym pierwszymi promieniami budzącego się dnia. Gdyby był głodny, pewnie ten zapach wygrałby z jego dość słabą silną wolą. Na szczęście pół godziny temu zjadł dwie pajdy chleba, które żona posmarowała mu smalcem ze skwarkami, posoliła grubą solą i do tego podała kubek kawy zbożowej z mlekiem. Był więc objedzony i opity jak bąk i nic mu do szczęścia nie było więcej potrzeba jak papierosa.

Fiołek przystanął, sięgnął do kieszeni płaszcza i wydobył z niej paczkę sportów, i zaczął szukać zapałek, poklepując się po kieszeniach. Nie znalazł. Spojrzał przed siebie. Na chodniku nie było nikogo, od kogo mógłby odpalić. Pora była zdecydowanie za wczesna. O czwartej nad ranem po mieście nie jeździły jeszcze tramwaje, a i robotnicy spali we własnych łóżkach. Co innego kolejarze, bo im rytm wyznaczały godziny służby, dostosowane do rozkładu jazdy pociągów.

Po prawej, w kamienicy narożnikowej przy skrzyżowaniu z Bożniczą, był sklep monopolowy. Zdziwiony, dojrzał tam Żuka z plandeką i z opuszczoną tylną klapą. Drzwi do sklepu były szeroko otwarte. Zaciekawiony, podszedł bliżej. Stojąca na chodniku przy skraju jezdni latarnia, jedna z nielicznych na tej ulicy, była włączona i dzięki niej widać było wszystko dokładnie. Zobaczył na pace kilka skrzynek wódki. Zrozumiał więc od razu, w czym rzecz. To była nocna dostawa, żeby od rana spragnieni ludzie mogli nabyć tu towar pierwszej potrzeby.

W tej chwili ze środka wyszedł facet ubrany w marynarkę z lujówką na głowie. W dłoniach trzymał dwie skrzynki wódki. Ich spojrzenia się spotkały.

– Nastąp się pan, bo towar się roztrzaska – warknął chropowatym głosem i Fiołek odskoczył do tyłu.

Gość w czapce podszedł do samochodu i sprawnie wrzucił skrzynie na pakę. Odwrócił się do kolejarza i spojrzał na niego uważnie.

– No co, panie kolejarz, wypiłoby się flaszeczkę po służbie?

– Ja jestem dopiero przed – wyjaśnił Fiołek.

– No trudno – stwierdził konwojent. – Masz pan tu łyka na dobry dzień. – Chwycił butelkę Wyborowej, sprawnie zdarł aluminiowy kapsel i podał Fiołkowi.

– Ale ja chciałem ino ognia. – Kolejarz wskazał na trzymanego w dłoni papierosa.

– Pij, jak dają!

– Ale ja…

– Co jest? – usłyszał głos dochodzący ze sklepu. – Czego tam, Froncek? – powiedział ktoś głosem wysokim i lekko rozedrganym. Zaraz za dźwiękiem na ulicę wkroczył mężczyzna słusznej budowy ciała w podkoszulku i w berecie. W dłoniach trzymał trzy skrzynki.

– Kolejarz nie chce z nami wypić – powiedział chropowaty, wyjaśniając wątpliwości.

– Jak to? – zdziwił się wielki, stawiając towar na pace. – Z klasą robotniczą się pan nie napijesz? Gardzisz pan wódką chłopów i robotników? Pan kolejarz gardzi naszą ciężko zapracowaną wódeczką.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się