Izraelski artysta Yuval Robichek stworzył wymowną ilustrację przedstawiającą ludzi na bieżniach w siłowni. Wszyscy wyglądają podobnie – mają smukłe sylwetki, skupione twarze i nie nawiązują ze sobą kontaktu. Za szybą budynku, na ławce, widzimy natomiast dwie przytulone osoby. Choć nie są idealne – mają nieco większe brzuchy – sprawiają wrażenie szczęśliwych. Internet pełen jest dziś podobnych, ironicznych wobec samorozwoju, obrazków. A ludzie coraz częściej zwracają się w stronę zwykłości, normalności, przeciętności.
Myślę, że po raz kolejny zgubiliśmy gdzieś zdrowy rozsądek. W socjologii posługujemy się metaforą wahadła – jeżeli pójdziemy w jedną stronę za daleko, zacznie się ono wychylać w drugą.
Samorozwój, z którego zrobiliśmy bat na własne tyłki, zaczął wydawać się czymś przesadnym. W konsekwencji uznaliśmy, że sam w sobie nie jest w porządku – i to jest właśnie przechył w tę drugą stronę. A przecież wiele rzeczy w życiu zależy od tego, czy coś robimy czy nie; czy na coś zwracamy uwagę czy nie; czy swój czas poświęcamy realizowaniu celów czy raczej temu, żeby było nam dobrze tu i teraz.
Samorozwój oznacza też sensowne „branie się za siebie”?
Tak, kierowanie własnym życiem i budowanie wewnątrzsterowności. Natomiast obecne czasy bardzo sprzyjają temu, by brać to, co jest dostępne już teraz – nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów, bo zapewne i tak ich nie osiągniemy. Taki styl życia charakteryzuje społeczeństwa dobrobytu. Kiedy ów dobrobyt został już osiągnięty przez naszych rodziców i środowisko, w którym żyjemy,
w części klas społecznych pojawia się próżniactwo.
Nie muszę już robić pewnych rzeczy. Mogę zajmować się tym, co sprawia mi przyjemność: jeść smaczne posiłki, oglądać dobre filmy, spędzać miło czas. Nie potrzebuję chodzić na siłownię ani wyznaczać sobie celów w rodzaju „przeczytam 52 książki w roku”.
To przestaje być potrzebne, ponieważ obecny standard mojego życia jest dla mnie w pełni wystarczający. Demonstracyjne odcinanie się od „bata samorozwoju” ma pokazać, że stać mnie na to, by w tym wyścigu nie uczestniczyć. Można powiedzieć, że to jeszcze wyższa forma snobowania się.
Co widać także w popularnych wyprowadzkach na wieś, za którymi stoi motywacja: jestem przemęczona miejskim gwarem i wyjeżdżam do idyllicznej krainy „świętego spokoju”. Często jednak okazuje się, że to, co zwyczajne i normalne, zaczyna przeszkadzać – kogut zbyt wcześnie pieje, bydło głośno ryczy, pszczoły mogą użądlić, obornik sąsiada brzydko pachnie, a maszyny rolnicze spowalniają ruch na drogach.
Ten obornik bywa głównym zarzewiem konfliktów między rolnikami a nowo przybyłymi na wieś. Takie osoby niejednokrotnie przyjeżdżają z kompletnym niezrozumieniem tego, co się wokół nich dzieje, a jednocześnie próbują narzucić własny styl życia, zamiast dostosować się do lokalnych realiów. Nie ma tu mowy o przeciętności – raczej o przekonaniu, że własny model życia powinien stać się obowiązujący dla innych, tych przeciętnych. Takie zachowania dotyczą jednak małej części społeczeństwa. Według szacunków Eurostatu klasa średnia wyższa – niemająca problemów finansowych – to ok. 10%.

