Droga Liso, jeśli pozwolisz, chciałabym zapytać: ile masz lat?
Osiemdziesiąt.
To niewiarygodne!
Cóż, mnie samej trudno w to uwierzyć. A jednak noszę w sobie wszystkie wcześniejsze wieki. Kiedy ma się tyle lat, ile ja, żyje się w osobliwym półśnie, pośród przypadkowych wspomnień.
A jak się czujesz „w środku”? Ile tam masz lat?
To zależy – od pory dnia, od sytuacji. W tej chwili nie czuję się na swój wiek, przynajmniej mentalnie. W dużej mierze dlatego, jak sądzę, że lubię przebywać z młodymi ludźmi. Ale przecież doskonale wiem, że nie mam 20 lat. Mój umysł pracuje dziś inaczej, a ciało – tak kluczowe dla umysłu – również. Nie czuję się ruiną ani osobą zupełnie niesprawną, lecz pewne części mnie, choćby kończyny, bez wątpienia się zmieniają. Widzę to i czuję. Czasem coś mnie boli, uwiera.
Najbardziej jednak boli mnie obecny moment świata, w który weszliśmy, i to, co zostawiamy naszym dzieciom i wnukom. Nie o takiej przyszłości dla nich marzyłam. Jeśli sytuacja na to pozwala, staram się mimo wszystko zachować poczucie humoru. To bardzo pomaga.
Wydajesz się pełna życia.
Chyba wciąż jestem, przynajmniej czasami. Kiedy piszę albo pracuję, nie myślę o sobie. Znikam. A kiedy jestem z ludźmi – jak teraz, rozmawiając z Tobą – czuję się naprawdę żywa. Kontakt społeczny jest dla mnie wielkim źródłem energii.
Co jeszcze daje Ci siłę?
Czytanie. Pisanie. Przede wszystkim zaś ludzie – przyjaciele, i sztuka. I moje wnuki. Kiedy są w pobliżu, czuję się jednocześnie bardzo niemądra i bardzo żywa. Wspaniałe uczucie.
Znam to uczucie i też je uwielbiam. Byłaś w swoim życiu producentką filmową, nauczycielką akademicką, a przede wszystkim autorką ponad 20 książek. Co najbardziej lubiłaś w tych pracach,
w jaki sposób one Cię definiują?
Określanie siebie samej, autodefiniowanie siebie to jest zawsze coś w rodzaju ruchomego święta. Patrząc wstecz na minione dekady, sądzę, że fakt, iż nie pozostałam na jednej ścieżce zawodowej, uczynił mnie w pewnym sensie osobą „współczesną”. Nigdy zbyt wiele nie myślałam o swoich „planach” z wyprzedzeniem, raczej robiłam najlepiej, jak potrafiłam, to, w co akurat wpadłam…
a z perspektywy czasu mogę nadać temu wszystkiemu pewnego rodzaju spójność.
Pisanie, zainteresowanie literaturą i sztuką, a być może także skłonność do zmian, podszyta prawdziwą potrzebą samodzielnego zarabiania na siebie (a czasem i na całą rodzinę), określają większość tego, czym się zajmowałam. Na uniwersytecie szybko podjęłam pracę w dzienniku, a równolegle ze studiami redagowałam magazyn literacki. I w pewnym sensie od tamtej pory nieprzerwanie piszę, redaguję, publikuję, tworzę audycje – w taki czy inny sposób zajmuję się słowem.

