Dominika Słowik fot. NBC Universal / Getty
Dominika Słowik grudzień 2021

Ślady, dziury, działki

Czy istnieje w ogóle coś takiego jak prawo do przyjemności? A jeśli tak: kto nim zarządza? Kto je egzekwuje? Kto tworzy przyjemnościową legislatywę? Wreszcie: co jest przyjemnością, a co podstawową potrzebą?

Artykuł z numeru

Przyjemność w czasie niepokoju

Na zewnątrz pada deszcz, siedzę właśnie na czwartym piętrze biblioteki w Iowa City, ukryta w przytulnym kącie pomiędzy kilometrami książek, za szybą widzę korony ciemnozielonych wiązów, a szare smugi chmur na niebie przesuwają się tak szybko, że tylko o nich samych mogłabym napisać całkiem sporo słów.

Piję cappuccino z jednorazowego kubka, nierecyklingowalnego, bo to papier z domieszką plastiku, żeby nie przeciekało. Praktycznie nie do odzyskania. Śmieć, który przeżyje mnie po wielekroć. Kawa z wielkiej korporacji na „S”, bo akurat taką sprzedają w bibliotecznej kawiarni.

Zanim trafiłam na to czwarte piętro, wydałam w Polsce książkę, gdzie w nocie okładkowej przewijają się w różnych konfiguracjach terminy „katastrofa klimatyczna”, „antropocen”. Dwa dni po premierze wsiadłam kolejno do czterech samolotów (powinny być trzy, ale poranna mgła w Krakowie miała na ten temat inne zdanie) i gigantyczny ślad węglowy tej podróży mogłabym z łatwością wyliczyć na pierwszym lepszym ekokalkulatorze online.

Dzisiaj na śniadanie zjadłam awokado, do którego wyprodukowania potrzeba takich ilości wody, że nawet nie chcę o tym myśleć, ale w pokoju hotelowym bez dostępu do kuchni powoli kończą mi się inne bezmięsne opcje śniadaniowe.

Na wszystko mam zresztą dobre usprawiedliwienie: kubek wielorazowy mam, używam go chętnie, ale tutaj nie chcą mi do niego nalewać kawy. Samolotem staram się nie latać, jeśli nie muszę, no, ale na stypendium do USA statkiem przecież nie popłynę, tak?

Tak? Czy można żyć przyjemnie w czasach późnego kapitalizmu, kapitalocenu, antropocenu, zwał jak zwał? No oczywiście, że można. I to przyjemniej niż kiedykolwiek do tej pory w historii ludzkości. Ale czy się powinno? Czy to etyczne? Czy to właściwe?

Czy jeśli przyjemność będzie obciążana poczuciem winy, będę mieć do niej większe prawo?

Czy da się całkiem wyrzec przyjemności?

A jeśli się jej wyrzeknę, czy cokolwiek to zmieni poza moim własnym życiem?

Czy istnieje w ogóle coś takiego jak prawo do przyjemności? A jeśli tak: kto nim zarządza? Kto je egzekwuje? Kto tworzy przyjemnościową legislatywę?

Wreszcie: co jest przyjemnością, a co podstawową potrzebą?

I czy przyjemność może być podstawową potrzebą?

Na grubym minusie

Przede wszystkim ustalmy jedną sprawę od razu: nie ma etycznej konsumpcji we współczesnym kapitalizmie. I nie chodzi tylko o towary, ale także o konsumpcję doświadczeń. Jesteśmy zsocjalizowani do konsumpcji utożsamianej z przyjemnością i zasadnym pytaniem jest to, czy w dzisiejszym świecie da się w ogóle jedno od drugiego oddzielić.

To nie jest już nawet żadna deklaracja polityczna, lecz wyłącznie prosty fakt, zresztą całkiem nieźle przepracowany przez najbardziej kapitalistyczną z kapitalistycznych, bo amerykańską, popkulturę (uwaga, spoiler – jeśli nie widzieli Państwo komediowego serialu The Good Place, ale mają go w planach, lepiej omińcie następny akapit).

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

W The Good Place cały system eschatologiczny zostaje wywrócony do góry nogami, ponieważ jego podstawowe założenia dotyczące rozróżniania dobra i zła i tego, jaki wpływ na to rozróżnienie ma jednostka, nie przystają do skomplikowanych rynkowych relacji globalnego kapitalizmu. Każda czynność, którą wykonuje człowiek, jest obciążona etycznie siecią powiązań produkcyjnych, zależności politycznych i systemowych. W praktyce idzie to mniej więcej tak: w 1534 r. Douglas Wynegarr podarował swojej babci urodzinowy bukiet róż, które własnoręcznie zerwał. Otrzymał za to 145 punktów dobra. Punkty zebrane za życia decydowały o tym, czy Douglas po śmierci trafi do nieba czy do piekła. W 2009 r. Doug Ewing z Maryland również podarował swojej babci bukiet róż. Otrzymał za to jednak minus cztery punkty: kwiaty zamówił online przez telefon komórkowy wyprodukowany w jednym z krajów tzw. Globalnego Południa. Róże zostały wyhodowane przy użyciu toksycznych pestycydów. Kwiaty zrywali pozbawieni praw pracowniczych nielegalni imigranci. Następnie przetransportowano je tysiące kilometrów (ślad węglowy!). Jakby tego było mało, zysk ze sprzedaży trafił do korporacyjnego prezesa o rasistowskich poglądach, który wysyłał pracownicom niechciane zdjęcia swojego przyrodzenia…

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer