Monika Świerkosz kwiecień 2022

Polskie fantazje kolonialne

Mistyfikacja została zaplanowana w sposób niemal doskonały – antologia „poezji murzyńskiej” Niam niam rozesłana na uniwersytety i do redakcji czasopism doczekała się kilku pochlebnych recenzji.

Artykuł z numeru

Neuronauka i neurobzdury

Czytaj także

Dariusz Rosiak

Wieczna pętla czasu?

Pamięci bell hooks

 

Literatura nierzadko stawała się sceną dla spektakularnych mistyfikacji – zmyślone biografie nieistniejących pisarzy i pisarek, recenzje z nigdy nienapisanych książek, anonimowe i rubaszne pastisze znanych arcydzieł, parodie popularnych romansów, opowieści o tajemniczych manuskryptach znajdowanych pod drzwiami czy w wannie. No i oczywiście przekłady… pozbawione swoich oryginałów.

Po co tak ostentacyjnie zamieniać sztukę w sztuczkę? Dla żartu? Dla pokazania stylistycznego mistrzostwa? Dla przypomnienia, że literatura to nie tyle odwzorowanie rzeczywistości, ile raczej jej przekształcanie aż poza granice wiarygodności?

Z pewnością w tych grach ze słowem chodzi o zamanifestowanie potęgi fikcji i przyjemności płynącej z jej wytwarzania. Ale chodzi też o pokazanie swojej władzy nad wyobraźnią innych i nad kulturowym kodem, za pomocą którego się porozumiewamy.

O tej mistyfikacji przeczytałam pierwszy raz w książce Doroty Wojdy Polska Szeherezada, zaś Henryk Markiewicz uznał ją za najzabawniejszą w historii polskiego dwudziestolecia. Oto w 1923 r. ukazuje się antologia przekładów „poezji murzyńskiej” Niam niam, sygnowana nazwiskami dwóch poetów wadowickiej grupy „Czartak” – Edwarda Kozikowskiego i Emila Zegadłowicza. Swoim formatem i kolorem okładki przypomina kartę menu. Umieszczony wewnątrz czarno-biały frontyspis przedstawia siedzącą „Murzynkę” z okrągłym brzuchem, wydatnym nagim biustem i dużymi kolczykami. Jej zwierzęca twarz nasuwa mgliste skojarzenia z komiksami dla dzieci i obiegowymi wyobrażeniami na temat sztuki prymitywnej. Tomik wierszy poprzedza „antropologiczna” przedmowa dotycząca ogólnych cech „poezji murzyńskiej”, zamyka zaś krótki słowniczek zawierający nieprzetłumaczalne określenia funkcjonujące w życiu codziennym Niamitów.

Dowiadujemy się z  nich, że poezja ta jest szczera, prosta, pełna bólu i  radości, „ponura, barwy krzepnącej krwi, niesamowita, jak oczy kobry”, jej rytm jest rwany, raz „gorączkowy”, to znów „leniwy jak »fale zaglinionej rzeki«”. Wiersze ukazują pracę, zwyczaje i przesądy, nocne lęki i cielesne przyjemności plemienia kanibali: taniec, jedzenie, seks, polowanie. Widzimy w nich chaty, pnącza (yams), rzekę, a także trumbasze (dzidy), brzuchy i cycki, słyszymy wycie pantery i złowrogi odgłos much tse-tse. Powraca w nich postać ojca i kochanki (Syme), a także tajemnicze wyobrażenie fetysza (oonn).

„kto czekać mnie w gęstwinie yams (…)

przecież to – syme: u-aaa-yaa

co cycków długich nosić wory – /zaloty/

karra-karra – dzidy i trumbasze

na mułach wskok wyprzedzić karawanę –

a potem krwią zabarwić w koło lotny piasek

i tuman kurzu wzbić z pod kopyt ponad łanem /wyprawa/”.

Mistyfikacja została zaplanowana w sposób niemal doskonały – antologia rozesłana na uniwersytety i do redakcji czasopism doczekała się kilku pochlebnych recenzji. Jedynie prof. Sinko (ten sam, który posłużył Gombrowiczowi w Ferdydurke za prototyp dogmatycznego Pimki) zwęszył jakiś podstęp. Niam niam serwuje wszystko, czego oczekujemy od „sztuki murzyńskiej” – obraz prymitywnej i jednocześnie lirycznej, bo oddanej rytuałom kultury, w której życie wypełniają praca w polu, polowanie, jedzenie, seks i taniec. Jej fraza jest śpiewna, melancholijna i rytmiczna zarazem, pełna dźwięcznych powtórzeń, onomatopei i animalistycznych metafor. Gramatyka uproszczona, ale przekonująca przez proste skojarzenie z Sienkiewiczowskim „Kali jeść, Kali pić”. Tylko gdzieniegdzie pojawiają się egzotycznie brzmiące (i nieprzekładalne) słowa, które dodają całości odpowiedniego smaku. W istocie antologia przyrządzona została jak doskonałe danie kuchni afrykańskiej, serwowane w eleganckiej restauracji na zachodzie Europy, która w owym czasie przeżywa fascynację l’art negre.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Jaki sens mogła mieć ta prowokacja w Polsce lat 20. XX w. – kraju, który odzyskał dopiero co niezależność państwową, który sam siebie postrzegał jako ofiarę imperialnej polityki zaborców? Bezpośrednim celem Czartakowców była polemika z futurystami, którzy próbowali zrehabilitować postać proletariusza za pomocą figury dzikiego i wyzwolonego z reguł cywilizowanego świata „Murzyna”. Ich prymitywizm ignorował jednak – zdaniem Kozikowskiego i Zegadłowicza – rodzime tradycje obecne choćby w kulturze góralskiej. Przejęte z Zachodu „czarne maski” były sztuczne i przesłaniały „białe twarze” polskich chłopów z  ich dzikością i sztuką. Żeby zdemaskować tę maskaradę i jednocześnie wypromować swoją wersję prymitywizmu, Czartakowcy odtworzyli doskonale znany egzotyczny wizerunek „Murzyna” i posłużyli się nim w polemice literackiej jak „koniem trojańskim”. Cel był zatem krytyczny i świadomie obrany, więc co w tym uwiera?

„Nie zdemontujesz domu pana przy użyciu jego własnych narzędzi” – przypominała bell hooks, odnosząc się do słów Audre Lorde. Zabawa rasistowskimi stereotypami najczęściej umacnia fundamenty kolonialnej kultury, ironia, dystans, żart, choćby najbardziej wyrafinowane, nie uchronią nas przed „zjadaniem” tych doskonale wypreparowanych potraw. Jeśli chcemy wyjść poza kulturowy kanibalizm, musimy skończyć z prostymi analogiami i ciągłą reprodukcją wizerunków, które odtwarzają jedynie to, co swoje, obcość sprowadzając do jakiejś fantazji (pięknej czy ohydnej, wszystko jedno). Dlatego właśnie bell hooks z rezerwą przyglądała się teledyskom Madonny z seksownymi ciałami młodych czarnych mężczyzn, pełnym dumy i siły występom Beyoncé czy obrazom „czarnej przemocy” z filmów Tarantino i Spike’a Lee. W książce Black Looks nazwała swoją praktykę krytyczną „patrzeniem pod włos” (tak niedosłownie tłumaczę jej oppositional gaze).

Oglądana z  tej przekornej perspektywy antologia Niam niam przestaje być zabawną ciekawostką, a staje się częścią szerszego pola kultury, w którym kolonialne marzenia, ambicje i  kompleksy tworzą tożsamości nawet z dala od granic imperiów, w krajach bez kolonii. I nie jest to tylko kwestia ruchomej wyobraźni, ale również polityki, która robi z niej odpowiedni użytek. Działająca w Polsce od lat 30. XX w. Liga Morska i Kolonialna skutecznie rozbudziła przedwojenne sny o potędze – o zamorskim osadnictwie i pozbywaniu się z kraju elementów „obcych” („Żydzi na Madagaskar!”). Musimy pamiętać, że sny te są stale obecne w podszewce polskiej kultury i odżywają co jakiś czas, również za sprawą literatury.

Edward Kozikowski, Emil Zegadłowicz

Niam niam. Antologia poezji murzyńskiej

Wadowice 1923, s. 32

Kup numer