Ilustracja: Ewelina Karpowiak fot. dzięki uprzejmości Moniki Świerkosz
Monika Świerkosz grudzień 2021

Oszustwo wielkiej sztuki

Stanisława Przybyszewska jest pisarką na przemian zapominaną i przypominaną – zjawia się na moment wśród żywych, dyskutowana, ważna i obecna, po czym wraca niczym duch na marginesy kanonu.

Artykuł z numeru

Przyjemność w czasie niepokoju

Czytaj także

Dariusz Rosiak

Pieszo przez Afganistan

Tak było, gdy w latach 80. w Transgresjach Maria Janion odczytała na nowo tragiczne i krótkie życie międzywojennej pisarki, tworzącej monumentalne dramaty o rewolucji francuskiej w nędznym baraku Gimnazjum Polskiego w Wolnym Mieście Gdańsku. Sukcesy adaptacji Sprawy Dantona – najpierw teatralnej, potem filmowej w reżyserii Andrzeja Wajdy – wzmocniły jeszcze wyobrażenie o Przybyszewskiej jako „zapomnianym geniuszu”. Połączenie wielkości i cierpienia, tragicznej wzniosłości ze zwykłym skandalem obyczajowym (ekscentryczna morfinistka, będąca nieślubnym dzieckiem legendy Młodej Polski – Stanisława Przybyszewskiego, oraz lwowskiej malarki – Anieli Pająk) okazało się atrakcyjną kulturowo kliszą do opowiadania o losie kobiety pisarki. Kliszą, która ostatecznie uczyniła z niej bardziej postać z mrocznej baśni („Samotnica z Białej Wieży”) niż wielką pisarkę.

Stało się tak również dlatego, że poza znanymi wersjami Sprawy Dantona i innych rewolucyjnych dramatów Przybyszewska zostawiła po sobie wiele nieukończonych, dziwacznych opowiadań, które wielbicielom i wielbicielkom jej „geniuszu” przyniosły rozczarowanie. Wydawały się kiczowate, bo przedstawiały wielkomiejski świat nowoczesnych kobiet i mężczyzn pretensjonalnie i nierealistycznie – jakby kopiowały filmowe fabuły czy tandetne powieścidła. Uznane za świadectwo artystycznej porażki, utwory te przeleżały w poznańskim Archiwum PAN do czasu, gdy za sprawą zespołu edytorskiego Dagmary Binkowskiej zaczęły stopniowo ukazywać się nakładem Fundacji Terytoria Książki.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Rzeczywiście, aby dostrzec oryginalność i wartość tych tekstów, trzeba zrozumieć konwencję, w jakiej zostały napisane. Przybyszewska w prozie szukała możliwości połączenia nowoczesnego i klasycznego, masowego i elitarnego, konformistycznego i przewrotnego. Marzyła o stworzeniu powieści popularnej w fabule, doskonałej w formie, która wyrażałaby treści filozoficzne, postępowe i buntownicze. Jako zapalona kinomanka czerpała inspiracje z ówczesnego filmu – zarówno awangardowego (w odmianie niemieckiej i radzieckiej!), jak i hollywoodzkiego. Innego patrzenia uczyła się też od kubistów, konstruktywistów czy nowych realistów (Neue Sachlichkeit). Nie chciała być po prostu realistką – kochała sztuczność, ale dążyła do złapania „ducha swoich czasów”. Przybyszewska bardzo szybko zrozumiała, że nowoczesność będzie epoką ruchomych obrazów, symultaniczności, wielości perspektyw, bo tylko tak uda się uchwycić to ambiwalentne, potworne i wspaniałe zarazem oblicze nowego świata: świata miast, maszyn i mas. Celowała w formę przypominającą powieść filmową lub powieść malarską, samodzielnie zmagając się z innym niż w dramacie sposobem komponowania. Uwielbiała remaki: przepisywała znane, często błahe fabuły i – jak scenarzystka – montowała je na nowo, osadzając najczęściej w ulubionej poetyce kina noir. W usta bohaterów wkładała swoje obserwacje na temat eksploatacyjnej natury kapitalizmu, traumy Wielkiej Wojny czy roli sztuki. Nie była zadowolona z efektów i choć nie przestawała pracować, wielu tekstów nigdy nie ukończyła, traktując je jak wprawki przed podjęciem ważniejszych tematów (planowała powieść o procesach czarownic z Labourd). Czytając prozę Przybyszewskiej, patrzymy nie na dzieło w tradycyjnym sensie, lecz na wielkie laboratorium procesu twórczego. Niektórych może to rozczarowywać, mnie nie przestaje fascynować.

Ukończona w 1928 r. powieść Twórczość Gerarda Gasztowta jest napisaną na nowo wersją Krzyku Stanisława Przybyszewskiego. Opowiada ona historię młodego malarza, który w dążeniu do realizacji założeń prawdziwej sztuki zderza się nieustannie z kruchością własnej kondycji i prekarnością otaczającego go świata. Błądzący mrocznymi uliczkami miasta Gasztowt nie przypomina zdystansowanego od tłumu modernistycznego flâneura, lecz raczej bezdomnego trampa – włóczęgę, który z empatią przygląda się miejskiej biedocie: upijającym się robotnikom, wyniszczonym pracą urzędnikom i prostytutkom, zależnym od władzy alfonsów. Jego rozważania dotyczące prawdy sztuki i prawdy życia, a także wolności artystycznej mieszają się z nieludzkim obrazem świata pełnym wyniszczonych i zniewolonych ludzi, których instynkt przetrwania przeczy wszelkiej logice. On sam również kieruje się biologicznym odruchem podtrzymywania życia mimo wszystko, gdy rzuca się na pomoc kobiecie Tamarze, która skacze z mostu, nie mogąc dłużej znieść własnej nędzy.

Te prekarne sceny miejskie odtworzone przez Przybyszewską w przededniu wielkiego kryzysu lat 30. z przejmującą grozą przeplatają się z psychodelicznymi halucynacjami i racjonalistycznymi, niemal „traktatowymi” dialogami postaci na temat sztuki i wolności. Twórczość Gerarda Gasztowta – zapożyczona w tematach i motywach literatury młodopolskiej – jest jednak osobliwym studium artystycznego demonizmu. To, co szczególnie zapada w pamięć, to przewijające się przez całą powieść opisy różnych form przemocy fizycznej (włączając w to przemoc seksualną) i psychicznej, jakiej (rzekomo) domaga się od twórców wielka sztuka. Co niezwykle ciekawe, największym apologetą filozofii tworzenia, opierającej się na sadomasochistycznej relacji „pana i niewolnika”, jest tu Oscar Wilde. Niczym Mefistofeles zwodzi on, uwodzi i oszukuje Gasztowta, który zaczyna wierzyć w jego okrutną wizję geniuszu domagającego się zawsze ofiar.

Podobnie jak Faust, bohater Przybyszewskiej w swoich snach o potędze będzie musiał poświęcić miłość i kobietę. Ostatecznie obudzi się z nich otoczony roztrzaskanymi resztkami tego, co było mu bliskie, piękne, żywe. Okrucieństwo, które miało dowieść jego geniuszu, pozbawiło go talentu, czyniąc twórcą bezpłodnym. Powieść kończy się jednak sceną, w której Gasztowt próbuje tak „oczyścić pamięć”, by zachować złudzenie, że roztrzaskany świat można jeszcze posklejać. Tak właśnie Przybyszewska kwestionuje artystyczną i etyczną wartość modernistycznego modelu wielkiej sztuki, pokazując jednocześnie jego „narkotyczną”, autodestrukcyjną siłę. Siłę, którą poznała osobiście i przed którą samą siebie nie obroniła.


Stanisława Przybyszewska

Twórczość Gerarda Gasztowta

pod red. Dagmary Binkowskiej, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2019, s. 246

Kup numer