fot. AP Photo/Francisco Seco
Wojciech Surówka OP kwiecień 2022

Imperium 3.0

Putin prawdopodobnie nie ma światopoglądu. Ocenianie jego działań przez pryzmat faszyzmu czy też jakiejkolwiek innej ideologii świata zachodniego jest bezproduktywne. Do osiągnięcia postawionego sobie celu wcale nie potrzebował żadnej filozofii.

Artykuł z numeru

Neuronauka i neurobzdury

Niezwykle trudno analizować podłoże ideowe działań Władimira Putina, kiedy rosyjskie rakiety spadają na ukraińskie miasta, w których żyłem. Mieszkają w nich ludzie, z którymi się przyjaźnię. W  ostatnim czasie czytaliśmy tak wiele komentarzy, usiłujących wyjaśnić nam, co ma Putin w głowie, że zaczynamy się w tym wszystkim gubić. Dlatego najpierw trzeba zadać sobie fundamentalne pytanie: co jego wojska robią w Ukrainie? Przecież Ukraina to nie Rosja. A następnie: jaki cel Putin stawia sobie? Jakimi środkami skutecznie od wielu lat do niego dąży? I jakie czynniki sprzyjają osiągnięciu tego celu?

Cel Putina

W  2005  r. Putin wystąpił przed Zgromadzeniem Federalnym z dorocznym orędziem o stanie państwa, w którym stwierdził, że „rozpad ZSRR był nie tylko największą katastrofą geopolityczną XX w., ale również prawdziwym dramatem dla Rosjan”. Putin nie dąży jednak do prostej restauracji Związku Radzieckiego. Nie jest on w żadnym sensie konserwatystą. Putin jest imperialistą i właśnie marzenie o imperium popycha go do działania.

Podczas jednej z rozmów organizowanych w Castel Gandolfo przez Jana Pawła II Leszek Kołakowski został zapytany przez któregoś z uczestników spotkania, czy uważa, że sowiecka Rosja była haniebną przerwą w chwalebnych dziejach Rosji czy raczej ich kontynuacją. O ile dobrze pamiętam stanowisko samego Kołakowskiego, odpowiedział, że w tym wypadku mieliśmy do czynienia z ciągłością, a nie z zerwaniem. Rosja przeszła jedynie od białego do czerwonego caratu, czyli od białego do czerwonego imperium.

Od 1999 r., czyli od dojścia Putina do władzy, obserwujemy prawdziwość tezy o płynnym przechodzeniu od czerwonego imperium do imperium 3.0. Na ten fakt zwrócił uwagę w 2014 r. Aleksander Kwaśniewski podczas swojego wystąpienia na szczycie Yalta European Strategy w Kijowie. Niespodziewanie zaśpiewał hymny Związku Radzieckiego i Rosji. „Rosja – wyjaśniał zaskoczonym słuchaczom – może zmieniać wiersze, słownictwo, ale nigdy nie zmienia muzyki”.

I choć nie do końca wiadomo, jak traktować ten „żart” byłego prezydenta Polski, to jest w nim pewna prawda – Rosja z kraju postimperialnego staje się krajem neoimperialnym.

Paweł Rojek w wydanej w 2014 r. książce Przekleństwo imperium. Źródła rosyjskiego zachowania postawił tezę przeciwną. Twierdzi, że to, czego doświadczamy w ostatnich latach w Ukrainie, nie świadczy o neoimperialnym przebudzeniu Moskwy, ale raczej o jej postimperialnym skurczu. Niestety, ten skurcz trwa zbyt długo i nic nie wskazuje na to, by miał się zakończyć. W ostatnich latach w samej Rosji najbardziej popularne były dwie tendencje opisujące przyszłość państwa. Związane są one z Aleksandrem Duginem i Władisławem Surkowem. Dugin to ekscentryczny ideolog neoeurazjatyzmu, który jawnie przyznaje się do inspiracji faszystowskich. Surkow natomiast był przez wiele lat naczelnym politechnologiem Kremla, który sformułował głośną doktrynę suwerennej demokracji, będącą oficjalną ideologią pierwszych lat rządów Putina. Zdaniem Rojka polityka Kremla oscyluje obecnie pomiędzy „imperializmem” Dugina, który głosi konieczność budowy kontynentalnego imperium, zdolnego rzucić wyzwanie całemu zachodniemu światu, a „suwerenną demokracją” Surkowa, który chciałby z Rosji uczynić silne państwo narodowe, będące gospodarczą potęgą i atrakcyjnym partnerem dla innych demokracji. Obie wizje są silnie antyzachodnie, jednak „żądza władzy i pieniędzy na razie wydaje się wciąż silniejsza niż pragnienie eurazjatyckiego imperium” (s. 105).

Rosjanie odziedziczyli po Mongołach pojęcie granicy jako bariery, której nie wolno przekraczać ani w jednym, ani w drugim kierunku. Nie ulega wątpliwości, że takie pojmowanie granicy, uzupełnione o elementy religijne skupione wokół idei „czystości wiary”, kształtowały izolacjonistyczną postawę przywódców Księstwa Moskiewskiego. Kluczowe znaczenie miały dwie idee: zbieranie ziem ruskich oraz religijna racja budowania imperium. Z tego powodu w 2018 r. pisałem, że „nie mogę zgodzić się z Pawłem Rojkiem, (…) który twierdzi, że Rosja »przechodzi na pozycje skrajnie izolacjonistyczne«, co oznacza, że »jest to ostateczny koniec rosyjskiego imperializmu«. Nic – ani na niebie, ani na ziemi – na to nie wskazuje”. Jest dokładnie odwrotnie, niż twierdzi Rojek: neoimperializm staje się coraz mocniejszy. Nawet jeśli założymy, że Putin zdecydował się na budowanie państwa narodowego, jest to mimo wszystko państwo o charakterze imperialnym, twórcza kontynuacja dwóch poprzednich imperiów: rosyjskiego i sowieckiego. Dlatego Rosjanie wkroczyli do Ukrainy jako „wyzwoliciele”. Rosję cechuje podwójne, na pierwszy rzut oka sprzeczne,  działanie. Z  jednej strony izolacja, która sprawia wrażenie, że pozostaje ona w swoich granicach, a tym samym jest niegroźna dla najbliższych sąsiadów. Z drugiej strony wspomniane, podbudowane religijną ideologią, dążenie do „zbierania ziem ruskich”, czyli de facto poszerzanie granic imperium. Granica rzeczywiście jest barierą, której nie wolno przekraczać, ale samą granicę wolno przesuwać. W  świetle rozpoczętej inwazji wszyscy zadajemy sobie pytanie: jak daleko?

Czy Putin jest faszystą?

Metody działania Putin wyniósł ze szkoły, czyli z  KGB. Przede wszystkim trzeba wydawać się kimś innym, niż jest się naprawdę. Fundamentem władzy w Rosji jest kłamstwo. Czasem subtelne, czasem prosto w twarz, przy czym zawsze jest to mówienie nieprawdy, które prowadzi do poznawczego zamętu. Alain Besançon rozpoczyna swoją książkę Święta Ruś od stwierdzenia: „Sztuka kłamstwa jest stara jak sama Rosja” (s. 11, tłum. Ł. Maślanka). Okłamywano, żeby zamaskować klęski – najpierw cudzoziemców, a następnie samych siebie. Znajdowano sobie rekompensaty: czystość prawosławia, pojęcie szerokiej duszy, zanurzenie w duchowości – i w ramach odpłaty pogardzano Europą. Czy religijność sprawiła, że kłamstwo zniknęło? Besançon twierdzi, że nie. Stało się nawet głębsze, trudniejsze do rozszyfrowania. Przyjrzyjmy się tylko jednemu z przykładów.

Od jakiegoś czasu intelektualiści zastanawiają się, czy Putin jest faszystą. Jednym z pierwszych, który zwrócił na to uwagę, był Timothy Snyder. Tuż przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych w 2016 r. opublikował w „The New York Times” felieton pod wiele znaczącym tytułem: How a Russian Fascist Is Meddling in America’s Election (Jak rosyjski faszysta ingeruje w amerykańskie wybory). Zdaniem amerykańskiego historyka Władimir Putin pozostaje pod przemożnym wpływem „proroka rosyjskiego faszyzmu” filozofa Iwana Iljina.

Osobiście nie chce mi się wierzyć, żeby Putin pozostawał pod przemożnym wpływem jakiejkolwiek książki, tym bardziej filozoficznej. Wszystkie cytaty z Iljina umieszczone w  jego wystąpieniach są raczej niewinne.

Putin cytował Iljina stosunkowo rzadko w porównaniu z innymi rosyjskimi myślicielami, np. dużo częściej w swoich wystąpieniach odwoływał się do historiografa Mikołaja Karamzina i polityka Piotra Stołypina. Jednak duża część komentatorów podjęła narrację Snydera i zaczęła przedstawiać Putina jako faszystę. I tu tkwi właśnie błąd poznawczy. Putin nie jest faszystą, lecz chce, żebyśmy tak myśleli.

Koncentrowanie się na wątku faszystowskim, choć samo w sobie budzi strach, „nie pomoże nam rozumieć ani pozycji Kremla, ani »światopoglądu Putina«” – pisała w tekście In Search of Putin’s Philosopher Marlène Laruelle. Putin prawdopodobnie nie ma światopoglądu. Ocenianie jego działań przez pryzmat faszyzmu czy też jakiejkolwiek innej ideologii świata zachodniego jest bezproduktywną taktyką, która odwraca uwagę od innych, bardziej znaczących czynników wpływających na funkcjonowanie rosyjskiego państwa i kształtowanej przez jej przywódców ideologii. Do osiągnięcia postawionego sobie celu wcale nie potrzebowali oni filozofii.

Holenderski badacz Marcel H. van Herpen, zastanawiając się, na ile putinizm jest podobny do faszyzmu, porównał go z bonapartyzmem i berluskonizmem. Być może są to zbyt odległe paralele, jednak przynajmniej w jednej kwestii wnoszą coś ważnego do dyskusji na temat polityki Kremla. Van Herpen pisze w pracy Putinizm. Powolny rozwój radykalnego reżimu prawicowego w Rosji, że zarówno putinizm, jak i berluskonizm posiadają jedną cechę wspólną, która nie występowała w faszyzmie okresu międzywojennego, a mianowicie „całkowitą akceptację globalizacji gospodarczej”. Chodzi o powiązanie struktur państwowych z systemem gospodarczym i organizacjami przestępczymi. Wydaje się, że w postsowieckiej Rosji udało się zrealizować plan, który nie doszedł do skutku we Włoszech. Państwo zostało opanowane przez strukturę mafijną. Rosyjski dysydent Aleksiej Nawalny nazwał klasę rządzącą w Rosji „partią żuli i złodziei”, natomiast węgierski socjolog Bálint Magyar pisze o „postkomunistycznym państwie mafijnym”.

Aby osiągnąć zamierzony cel, Putin skutecznie wykorzystywał drugą obok kłamstwa metodę – łapówkę. Państwo mafijne wymaga absolutnego podporządkowania członków grupy przestępczej i równocześnie prowadzi krwawe walki o strefę wpływów. Zachód od dawna zdawał sobie sprawę, że ma do czynienia z przestępcą w fotelu prezydenta, jednak nie przeszkadzało to w robieniu z nim dobrych interesów. Bill Browder prowadził kiedyś największy zagraniczny fundusz inwestycyjny w Rosji. Dziś ten 57-latek uważany jest za osobistego wroga prezydenta Rosji. Jest on przekonany, że Putin ma tylko jedną poważną słabość: pieniądze. „Putin ma piętę achillesową, która jest niedoceniana na Zachodzie. W ciągu ostatnich 20 lat ukradł on państwu rosyjskiemu ogromne sumy pieniędzy i jest dziś prawdopodobnie jednym z najbogatszych ludzi na świecie. (…) Mamy sposób, by dotrzeć bezpośrednio do Putina, sięgając po te pieniądze”. W tym miejscu analiza Browdera zbiega się z oceną Rojka, który twierdzi jednak, że Rosja nie stanie się państwem ekspansywnym, ale ograniczy się do robienia interesów z Zachodem. Tymczasem zgromadzony przez Putina kapitał jest wykorzystywany do wpływania na politykę światową. Putin podporządkował sobie finansowo nie tylko Rosję, skutecznie eliminując oligarchów, lecz również połowę świata zachodniego. Dzisiaj Europa budzi się z sytej drzemki i ze zdziwieniem konstatuje, że została oszukana.

Trzecim niezwykle ważnym czynnikiem było opanowanie mediów. W dzisiejszych czasach media nie są już czwartą władzą, bardzo często są pierwszą. Putin skutecznie stłamsił, a następnie przejął wszystkie media w Rosji, ograniczając do minimum wolność słowa.

Czynniki wspomagające

Wyżej wspomniane metody były narzędziami do pochwycenia dwóch instrumentów sprawowania władzy w Rosji: informacji i pieniędzy. Opanowując sektor finansowy i  media, Putin zatrzymał je w swoim ręku. Kagiebista stał się oligarchą. Jednak aby mógł osiągnąć swój cel, potrzebne były jeszcze czynniki wspomagające: bierność świata zachodniego, poparcie społeczne w Rosji i wsparcie ze strony Cerkwi.

O  porażce zachodnioeuropejskiej wyobraźni pisała Anna Applebaum w  tekście z 13 lutego 2022 r. opublikowanym w „The Atlantic”. Twierdzi ona, że od dawna trwała „niechęć dyplomatów, polityków, dziennikarzy i intelektualistów do zrozumienia, jakim państwem staje się Rosja, i przygotowania się do tej zmiany. Nie chcieliśmy widzieć przedstawicieli tego państwa takimi, jacy są naprawdę. Nie chcieliśmy rozmawiać z nimi w sposób, który mógłby przynieść rezultaty”. Brzmi to wszystko bardzo zdecydowanie, w końcu ktoś obnażył słabość zachodniej demokracji. Jednak kiedy Applebaum mówi o dyplomatach, odnoszę wrażenie, jakby chodziło jej o starszych panów w melonikach, którzy popijając whisky, rozmawiają o warunkach pokoju na świecie. Nie wierzę w naiwność dyplomatów. Bardzo często są to równie cyniczni gracze jak ci po stronie Kremla, a nie robili nic nie dlatego, że naiwnie wierzyli w siłę dialogu, tylko dlatego że po prostu mieli w tym swój interes.

Kolejnym czynnikiem niezbędnym do osiągnięcia postawionego przez Putina celu było poparcie społeczeństwa. Rosyjski socjolog Jurij Lewada pod koniec lat 80. uważał, że homo sovieticus to gatunek wymierający. Z biegiem czasu zweryfikował jednak swoją opinię. Badania wskazywały, że homo sovieticus trzyma się dobrze, wcale nie wymiera, ale odzyskuje dominującą pozycję. Zdaniem Mashy Gessen na obecnym etapie w Rosji mamy „państwo mafijne, rządzące społeczeństwem totalitarnym” – jak pisze w Będzie to, co było. Jak totalitaryzm odradza się w Rosji (s. 546, tłum. M. Iwińska). Rosja nie jest państwem demokratycznym, jednak musi się liczyć z opinią społeczną i zapobiegać odśrodkowym buntom. Od wielu lat Rosjanie mają wiele powodów do niezadowolenia. Putin jest u władzy od ponad 20 lat, gospodarka znajduje się w złym stanie, a za wszystkie problemy Rosji obwinia on swoich poprzedników i obce wpływy. Za każdym razem gdy trafia na napięcia ze swoim elektoratem, kieruje uwagę w inną stronę, rozpoczynając wojnę. Przecież w ten sposób rozpoczęła się jego prezydentura: od wojny w Czeczenii, a za każdym razem gdy spadały jego notowania, rozpoczynał nowy konflikt, licząc na wzrost słupków sondażowych.

Ostatnim czynnikiem wspomagającym jest postawa Cerkwi prawosławnej. Patriarcha Cyryl już jako przewodniczący Wydziału Zewnętrznych Stosunków Cerkiewnych Patriarchatu Moskiewskiego rozpoczął politykę konsolidacji „ruskich ziem”. Aby utrzymać jedność tak dużego organizmu, jakim jest Patriarchat Moskiewski, wybrano metodę odgórnego sterowania połączonego z ograniczaniem wszelkich oddolnych inicjatyw. W tym procesie trzeba było zmierzyć się z dwoma problemami. Po pierwsze, należało utrzymać w  granicach Patriarchatu Moskiewskiego te wspólnoty prawosławne, które po rozpadzie Związku Radzieckiego mogły dążyć do autonomii. I po drugie  – stopniowo podporządkować sobie diasporę w Europie Zachodniej.

Wymowny jest opis wizyty poprzedniego moskiewskiego patriarchy Aleksego II w Kijowie w 2008 r., zamieszczony w obszernej biografii patriarchy Cyryla napisanej przez metropolitę Hilariona (Alfiejewa). Autor pozwala sobie na dość osobisty ton. Pisze o tysiącach ludzi, którzy na ulicach skandowali: „Aleksiej, Aleksiej, nasz patriarcha!”.

Z ust samego patriarchy można było usłyszeć wtedy plan, który konsekwentnie jest realizowany do dzisiaj przez jego następcę: „Wydarzenie chrztu Rusi dotyczy nas. (…) Ruś to my: narody Ukrainy, Rosji i Białorusi”. Patriarsze wtórował ówczesny metropolita Cyryl: „Rosja, Ukraina, Białoruś – to jest święta Ruś!”.

Jaki cel stawia sobie Putin? Jest nim odbudowanie Imperium Rosyjskiego, imperium 3.0. Słusznie niepokoić powinno nas pytanie, jak daleko będą sięgać granice tego imperium. Jakich środków używa, by ten cel osiągnąć? Kłamstwa, finansowej zależności i skutecznie prowadzonej kampanii w opanowanych przez siebie mediach. Jakie czynniki sprzyjały rozwojowi tego reżimu? Były nimi słabość Zachodu wybierającego finansowe korzyści za cenę tolerowania autokratycznego przywódcy; poparcie społeczne w  samej Rosji, które wzrastało w miarę kreowanego przez Putina zagrożenia; i wreszcie uwikłanie rosyjskiej Cerkwi prawosławnej, która włączyła się w projekt „zbierania ziem ruskich”. W tym momencie chodzi nie tylko o to, co ma Putin w głowie, ale również o to, co mają w głowie Rosjanie i mieszkańcy krajów demokratycznych. Od tych dwóch ostatnich czynników zależał rozwój tego reżimu i równocześnie to one mogą położyć jemu kres.

Kup numer