MDCarchives, CC BY-SA 3.0 / Wikimedia Commons
Dariusz Rosiak maj 2022

Czytanie jest niebezpieczne

Bradbury pisze o przemianach, które dziś owocują redukowaniem doświadczenia do memów i lajków. Już w jego świecie ludzie są tak przyspawani do gadżetów, że nie zauważają toczącej się wojny.

Artykuł z numeru

Tu mówi Ukraina

Czytaj także

Dariusz Rosiak

Jaszczury to też ludzie

„Przyjemnie było palić”  – tak brzmi pierwsze zdanie tej książki. Dystopia Raya Bradbury’ego jest czasem zestawiana z Rokiem 1984 Orwella, albo Nowym wspaniałym światem Huxleya. Ale nie ma tu ani Wielkiego Brata, który przeraża i  zniewala, ani somy, która daje błogie ukojenie. Palenie książek samo w sobie jest przyjemne, „zwłaszcza nocą ogień (…) piękniejszy, a spektakl lepszy”. Nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje sensu palenia książek – to wybór, którego dokonują ludzie zmęczeni innymi wyborami. W literaturze kryje się męcząca dwuznaczność, jak mówi jeden z bohaterów, Faber, emerytowany angielski profesor. Książki niszczą spokój ducha i harmonię społeczną. Co ważne, każą ludziom dokonywać porównań, a kiedy dokonujesz porównań, zawsze okazuje się, że jesteś od kogoś gorszy. „Książki mają nam przypominać, jacy z nas głupcy”. Ich palenie chroni nas przed ciągłą samooceną i ocenianiem przez innych. Oceny, normy, hierarchie to zamach na jednostkę, której celem jest życie bezproblemowe.

A poza tym książki opisują szczegóły życia. Czasem bardzo drobiazgowo i precyzyjnie, a skoro tak – odkrywają detale, o których lepiej nie wiedzieć. Książki, mówi Faber, pokazują „pory na obliczu życia. Ludzie są wygodni, wolą gładkie, księżycowe twarze: pozbawione porów, włosków, wyrazu”.

Intelektualna niewola, którą opisuje Ray Bradbury w 451 stopni Fahrenheita, jest w dużym stopniu wyborem ludzi. Dla jej zaprowadzenia nie potrzeba rządu, cenzury, żadnych dekretów ani przemocy. „Postęp techniczny, masowy wyzysk i  presja ze strony mniejszości załatwiły sprawę, chwała Bogu. Dzięki nim dzisiaj możemy być przez cały czas szczęśliwi. Wolno czytać komiksy, skandalizujące wspomnienia i pisma branżowe” – tłumaczy głównemu bohaterowi jego dowódca z  oddziału straży pożarnej.

Ów główny bohater to Guy Montag, strażak, który zawodowo niszczy książki. Z pomocą Ogara, mechanicznego psa o ośmiu nogach, strażacy wyszukują resztki literatury i palą je dla dobra wspólnego. Jak zwykle bywa w tego typu dystopiach, Montag zadaje sobie pytania o sens roboty, którą wykonuje. Sam zaczyna gromadzić książki, kwestionuje powszechnie uznane prawdy, co czyni z niego wroga publicznego, wyrzutka, a na koniec zbiega. Na szczęście zna metody stosowane przez Ogara, potrafi się przed nimi bronić.

Fabuła dzieła Bradbury’ego jest przewidywalna, ale nie ona nadaje świeżość i siłę tej powieści, napisanej w latach 50. XX w., gdy Ameryka wchodziła w epokę kultury masowej, a w polityce szalał senator McCarthy. Bradbury pisze o konformizmie, który był kołem zamachowym tej kultury i został w USA przemieniony w cnotę. Po Amerykanach przyszła kolej na nas, a mechanizm jest za każdym razem podobny. Decydują wygoda, ucieczka od myślenia, strach przed wartościowaniem, które zawsze jest zagrożeniem dla spokoju ducha. Książki jak dotąd palimy rzadko, ale niesłuszne słowa i myśli – owszem – wyrzucamy z obiegu.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Książka jest opisem kondycji ludzkiej, w  której mieszają się punkty widzenia i  oceny, jej żywiołem jest nieprzewidywalność. Czym lepsza literatura, tym mniej w niej jednoznaczności, a więcej szczegółów życia, tropów prowadzących w  nieznane. Czytelnik czyta o rzeczach, ludziach, wydarzeniach, których sam nie doświadcza. Dotyka szczegółów, które pokazują bogactwo świata, zwykle jemu samemu niedostępne.

Z  tego nadmiaru bogactwa rodzi się tylko zawiść albo melancholia. Nie chcesz – tłumaczy Montagowi jego dowódca – żeby ludzie byli nieszczęśliwi przez politykę: nie zostawiaj im wyboru, nie przedstawiaj dwóch punktów widzenia, tylko jeden. Jednocześnie nawkładaj im do głowy mnóstwo nieistotnych faktów, tak żeby ich mózgi pękały w szwach. „W ten sposób dasz im poczucie, że naprawdę myślą; dasz im złudzenie ruchu bez ruszania się z miejsca. I będą z tym szczęśliwi, bo tego rodzaju fakty nie ulegają zmianom. Nie podsuwaj im śliskich narzędzi takich jak filozofia czy socjologia, które pozwoliłyby im kojarzyć fakty”.

Bradbury pisze o początkach przemian, które dziś owocują redukowaniem doświadczenia do memów, tweetów i lajków. Już w jego świecie ludzie są tak przyspawani do technologicznych gadżetów, że nie zauważają toczącej się dookoła wojny. A jednak 451 stopni Fahrenheita kończy się optymistycznie – Montag, uciekając przed Ogarem, trafia do wspólnoty, której członkowie od lat żyjący na marginesie przechowują książki. Dosłownie – znają na pamięć wielkie dzieła literatury i żyją nadzieją, że kiedyś, gdy wojna się skończy, oni wrócą do miasta, a książki noszone w ich pamięci i przekazywane z pokolenia na pokolenie znów zostaną spisane.

Wracałem do Bradbury’ego w dniach kiedy kolejne ukraińskie szpitale, szkoły, domy mieszkalne rozpadały się pod rosyjskimi bombami. Kiedy miliony ludzi zostawiały za sobą dorobek życia i uciekały w popłochu przed barbarzyństwem najeźdźców. I kiedy minister Ławrow mówił, że Rosja nie najechała na Ukrainę i że w ogóle nigdy na nikogo nie napadła, rosyjska influencerka dostawała spazmów z żalu za życiem, które odchodziło w niebyt z powodu zamknięcia Instagrama w Rosji, a jakiś jej kolega przykuł się do drzwi moskiewskiego McDonalda w proteście przeciwko ograniczaniu jego prawa wyboru.

To optymistyczne zakończenie książki Bradbury’ego wydawało mi się początkowo naiwne i kompletnie nie na miejscu. A  potem pomyślałem, że wbrew wszystkiemu tylko takie ma sens. Literatura jest drogą w nieznane, a równocześnie zapisem naszej pamięci. Bradbury pisał z oczekiwaniem, że z każdym pokoleniem będzie przybywać ludzi, którzy pamiętają i którzy nie będą, jak Feniks, budować kolejnych stosów pogrzebowych po to tylko, by się z nich odrodzić i od nowa robić to samo. Nie wiem, czy – jak chciał autor – kiedykolwiek przyjdą czasy, gdy w  największym na świecie grobie pochowana zostanie wojna. Bardziej realny wydaje się jego drugi pomysł – by powstała fabryka produkująca lustra, w których będziemy przeglądać się długo, bardzo długo. Te lustra w zasadzie już istnieją i przeglądamy się w nich za każdym razem, gdy otwieramy książkę. Czym byłby świat kompletnie pozbawiony nadziei?


Ray Bradbury 451 stopni Fahrenheita tłum. Adam Kaska, Czytelnik, Warszawa 1960, s. 180

Kup numer