70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Między ironią a lojalnością

Hermetyczny język Blumenberga zdaje się dopuszczać bardzo różne wykładnie i prowadzić czytelnika w różnych kierunkach. Gdy więc w liście do Wolffa świat wyobrażeń chrześcijańskich określa on jako coś, „co sprawia, że stoimy oniemiali”, gdy przeciwstawia się lekkomyślnej pogardzie liberalnych teologów wobec dziewiczych narodzin i gdy dla „świata nie całkiem opuszczonego przez Boga” domaga się „nieco mariologii Uwe Wolffa”, to ów czytelnik może mieć wrażenie, że ta utrata wiary nie była może pełna i ostateczna.

Z jednego oka spogląda mu anioł, z drugiego diabeł,

a jego mowa to głęboka ironia wobec wszystkich ludzkich spraw.

Ernst Heinrich Adolf von Pfuel

(List do Karoliny de la Motte-Fouqué z 22 sierpnia 1810 r. o spotkaniu

Pfuela z Goethem w czeskich Cieplicach)

 

Protestancki biskup lubeki Ulrich Wilckens nazwał kiedyś opus magnum Hansa Blumenberga Die Legitimität der Neuzeit (Prawowitość epoki nowożytnej), „radykalną próbą odcięcia tych korzeni nowożytności, które tkwią w chrześcijaństwie”, a Fernando Inciarte Arminán pytał uczonego wprost, dlaczego żywi wobec tej religii tak zaciekłą nienawiść. Jest w tych ocenach zapewne nieco przesady, by nie rzec: histerii, ale jest i ziarenko prawdy. W Die Legitimität der Neuzeit Blumenberg dowodził, że współczesna cywilizacja europejska to formacja niezależna, czerpiąca z własnych źródeł, wolna od wszelkich „obiektywnych długów kulturowych” wobec chrześcijaństwa. A zdaniem Lukasa Bormana Blumenberg uważał wręcz chrześcijaństwo za twór obcy tradycji europejskiej i rozrywający jej ciągłość. I oto ten akurat myśliciel kazuje się w prywatnych listach do jednego z przyjaciół nie tylko entuzjastą mariologii, ale i admiratorem Jana Pawła II, a to z powodu… bezkompromisowej ortodoksji polskiego papieża. Jak to wytłumaczyć?

 

Wielki Poganin w księżych szatach

Z podobnymi zagadkami zmagano się w Niemczech już wcześniej. W listopadzie 1812 r. ukazała się druga część wspomnień Goethego Zmyślenia i prawda. W Księdze VII dzieła znalazł się sławny fragment poświęcony sakramentom katolickim. „Protestant – konstatuje poeta – ma za mało sakramentów”. Sakramenty bowiem „to szczytowy punkt religii, to namacalny symbol nadzwyczajnej łaski i opieki bożej”. Autor obszernie omawia potem poszczególne, także te, które protestanci przestali uznawać. „W komunii świętej usta ziemskiej istoty przyjmują wcielenie istoty boskiej i pod postacią pokarmu ziemskiego wchłaniają w siebie substancję niebiańską”. Komunia to zatem „akt wzniosły i święty, zajmujący w życiu rzeczywistym miejsce rzeczy możliwych i niemożliwych, tych, których człowiek nie może ani osiągnąć, ani też się wyrzec”. Podczas chrztu „dziecię zostaje oczyszczone wodą święconą i w ten sposób tak ściśle włączone do kościoła, że dobrodziejstwa tego tylko jakieś potworne odstępstwo pozbawić je może”. Szczególnie dziwnie brzmią w ustach ewangelika słowa o sakramencie pokuty: spowiedź uszna, zarzucona przez Kościoły protestanckie, to „zbawienny środek” w chwilach rozterek i zagubienia, a spowiednik to „mąż bogobojny”, zawsze gotowy „błądzącemu wskazać drogę, a udręczonego pocieszyć”.

Ta wielka pochwała katolicyzmu ciągnie się jeszcze długo, przytoczone urywki wystarczą jednak, by zrozumieć osłupienie, w jakie stary Książę Poetów wprawił swoich czytelników. „Wolałbym go oglądać jako czysto pogańskiego poetę niż w tych księżych szatach” – pisze pewien współczesny w prywatnym liście. Czy to ten sam Goethe, pytali inni, który z lubością nazywał się Wielkim Poganinem, miłośnik Spinozy, postrzeganego wówczas jako najwyrazistsze upostaciowienie ateizmu, skandalista, którego w Weimarze można było spotkać wszędzie, tylko nie w kościele, autor bluźnierczych Epigramatów weneckich i jeszcze bardziej bluźnierczych listów?

Takie niespodzianki Goethe sprawiał już wcześniej. W grudniu 1792 r. poeta odwiedza w Münster – tym samym Münster, w którym nauczał Blumenberg – księżnę Adelajdę Gallitzin, gorliwą katoliczkę, a o wrażeniu, jakie wywarł na towarzystwie goszczącym w jej domu, tak donosił mu wkrótce potem jeden z przyjaciół: „Usłyszeliśmy (…) zdumiewające rzeczy, jak to zbudowałeś księżną opowieścią o święcie Bożego Ciała w Rzymie – tak nabożną, że niektórzy spośród słuchaczy pytali cicho: »Czyżby Goethe był katolikiem?«”.

Bywalcy salonu księżnej nie byli jedynymi, którzy dali się nabrać krotochwilnemu poecie. Juliusz Kleiner zachwycał się świadectwem, jakie „wpatrzony w czyste człowieczeństwo protestant – daje (…) zaświatowej tęsknocie katolicyzmu”. A zdaniem Jacka Bolewskiego SJ Powinowactwa z wyboru „to dzieło, które otworzyło się na prawdę Wcielenia w pełniejszym, chrześcijańskim sensie”.

Nieporozumienia wokół tej akurat powieści mają długi rodowód. Ich źródłem jest jeden z listów Goethego do Josepha Stanislausa Zaupera, czeskiego premonstratensa zaprzyjaźnionego z poetą, gdzie ten zaleca, by odczytywać powieść w duchu słów Jezusa: „Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa”. Ten fragment jest wymowny: Goethe potrafi idealnie dostrajać się do aktualnego otoczenia, jego mentalności i światopoglądów. Wie, że jego korespondent to katolik, do tego duchowny. Chce najwyraźniej wyjść mu naprzeciw, uczynić pewien miły gest. Można to nazwać konformizmem, ale to zapewne raczej nawyk i umiejętność wyniesione z solidnego mieszczańskiego domu, w którym chętnie i z aprobatą czytano oświeceniowych filozofów, ale unikano zadrażnień i sporów światopoglądowych – takie spory były po prostu „nie na miejscu”. Echo tego mieszczańskiego savoir-vivre’u odnajdziemy w Unterhaltungen deutscher Ausgewanderten (Rozmowach uchodźców niemieckich), gdzie jedna z bohaterek napomina swych nazbyt emocjonalnie dyskutujących gości: „Jakże wystrzegano się dawniej dotknąć w towarzystwie jakiejkolwiek materii, która temu czy tamtemu mogłaby być niemiła! Protestant unikał w obecności katolika wyśmiewania jakichkolwiek jego ceremonii, a najgorliwszy katolik starannie skrywał swoje przekonanie, że stara religia daje większą pewność zbawienia”. Ten ideał Goethe stara się realizować w praktyce. Friedrich Leopold Stolberg, jego bliski przyjaciel z czasów młodości, którego konwersję na katolicyzm poeta przyjął z najwyższą irytacją, tak wspominał ich spotkanie w Karlsbadzie w 1812 r.: „Przy mnie czy przy mojej żonie nigdy nie wymknęło się mu ani jedno wrogie religii słowo, a raczej mówił rzeczy, których nikt by się po nim nie spodziewał”.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter