Groby migrantów, Kadr z filmu Even After Death, fot. dzięki uprzejmości Fundacji Refocus Media Labs
Ula Idzikowska październik 2020

Anonimowi, nawet po śmierci

Nie wiadomo, gdzie są. Zaginęli na morzu, w drodze do Europy. Większość utonęła. Niektórych odnaleziono i pochowano – często w anonimowych grobach. To opowieść o ludziach, którzy nie dotarli na drugi brzeg.

Artykuł z numeru

Wiesław Myśliwski. Słuch absolutny

Czytaj także

Agnieszka Zielonka

Szlak bałkański. Bez wyjścia

Co tu robisz? Przyszłaś popatrzeć? Ale żadnych zdjęć! – Pracownik cmentarza przy kościele św. Pantaleona w Mitylenie na greckiej wyspie Lesbos podnosi palec w kierunku oka. – Tylko patrzeć! – Wykrzykuje łamanym angielskim. Gdy się odwracam, wciąż czuję na plecach świdrujący wzrok.

Krążę między grobami migrantów, którzy utonęli podczas podróży przez cieśninę między Turcją a Grecją. Tylko kilka mogił przypomina miejsce pochówku: to prostokąty otoczone bielonymi kamieniami. Stoją jak zapomniani żołnierze, na ukos, przy ścianie cmentarza, na uboczu. Żeby za bardzo nie rzucać się w oczy.

Pozostałe nagrobki zarosły trawą, wtuliły się w ziemię. Z niektórych pozostały tylko niepozorne wybrzuszenia. Na jednym z kopców ktoś położył bukiet czerwonych róż. Chyba niedawno. Kwiaty są jeszcze świeże.

W ciągu ostatnich sześciu lat podczas morskiej przeprawy do Europy utonęło co najmniej 20 tys. osób, szacują twórcy Missing Migrants Project Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM). Ofiar jest w rzeczywistości znacznie więcej, ponieważ większość osób nie zostaje odnaleziona.

– Ciała opadają na dno morza lub są wyrzucane przez fale na tureckie albo tunezyjskie plaże – opowiada mi Simon Robins, badacz pracujący w brytyjskim Centre for Applied Human Rights. – Kraje nie wymieniają się danymi na temat migrantów, którzy zginęli w wyniku zatonięcia. Nie wiemy więc, ile ofiar znaleziono poza Europą.

Na kamieniach nagrobnych w Mitylenie brakuje imion i nazwisk. Bo rzadko udaje się ustalić tożsamość zmarłego. Zacznijmy od tego, że nie wszyscy migranci mają przy sobie dokumenty. A ciało, które przebywało w wodzie przez kilka dni lub tygodni, trudno rozpoznać ze względu na daleko posunięty rozkład. Proces identyfikacji jest trudny nawet w przypadku, gdy zwłoki zostaną wyrzucone na brzeg zaraz po katastrofie – nie zawsze można bowiem znaleźć kogoś, kto mógłby dokonać identyfikacji. Zwłaszcza jeżeli bliscy zmarłego przebywają w kraju pochodzenia i nie wiedzą, co się stało. Zdarza się również, że w wypadku giną całe rodziny.

Na cmentarzu w Mitylenie znajduję tylko jedno imię i nazwisko. W grobie nr 8 pochowano Fahrina (albo Fahrinę – to imię zarówno męskie, jak i żeńskie) Sonea. Data: 29/10/2009. Numer identyfikacyjny: 327 / B / 2009. Dyskretnie wyciągam notatnik. Wszystko zapisuję – mam nadzieję, że przynajmniej ta jedna osoba nie zostanie zapomniana.

Z rozmyślań wyrywa mnie krzyk. Staję jak wryta, z corpus delicti w ręku: – Przecież wyraźnie mówiłem! Dlaczego to zapisujesz?!

Chcę zaprotestować, że zakaz dotyczył przecież tylko robienia zdjęć. Ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Mężczyzna ciężko dyszy, wałęsające się psy nie przestają szczekać. Nic tu po mnie.

Turcja na wyciągnięcie ręki

Ze wzgórza, na którym znajduje się cmentarz w Mitylenie, widać tureckie wybrzeże: to zaledwie 18 km dalej. Można by się przejść. Gdyby nie morze. Na północy wyspy odległość jest jeszcze mniejsza: 5 mil morskich, 9 km. Dlatego większość ludzi decyduje się na przeprawę właśnie tam.

Podróż pontonem trwa zwykle od jednej do dwóch godzin. Dłużej, jeśli fale są wzburzone. Zdarza się to regularnie, ponieważ pogoda na morzu jest bardzo zmienna. Warunki na przeciwległym brzegu mogą być poza tym zupełnie inne. To, że po tureckiej stronie morze wydaje się spokojne, nie oznacza, że w pobliżu Grecji podróżujący nie napotkają wysokich fal.

Greckie wyspy Morza Egejskiego od zawsze były miejscem tranzytowym dla migrantów i uchodźców z Bliskiego Wschodu. Ludzie zatrzymywali się tam na jakiś czas, ale nie zamierzali zostawać. Ostatecznym celem był europejski kontynent. W 2008 r. ponad 50 tys. osób przybyło do Unii Europejskiej szlakiem wschodniej części Morza Śródziemnego. W 2015 r. drogę tę wybrało ponad 800 tys. ludzi, 17 razy więcej niż w 2014 r. Połowę z nich stanowili Syryjczycy. Jedna czwarta pochodziła z Afganistanu, a co dziesiąta osoba była z Iraku.

Więcej prób pokonania wąskich cieśnin między Turcją a Grecją oznaczało więcej zgonów. Mieszkańcy greckich wysp organizowali wprawdzie akcje ratunkowe, ale nie byli w stanie uratować wszystkich. Grecko-prawosławny cmentarz w Mitylenie szybko się zapełniał. Tak czy inaczej, nie był idealnym miejscem do pochówku osób z Bliskiego Wschodu. W Grecji szczątki są wykopywane po trzech latach. Kości trafiają do ossuarium. W islamie jest to niedopuszczalne. Bo ciału należy się wieczny odpoczynek.

W katastrofie jesienią 2015 r. zginęło 80 osób – potrzebne było nowe miejsce, aby pochować wszystkich zmarłych. Władze wyspy zgodziły się na utworzenie muzułmańskiego cmentarza w pobliżu wsi Kato Tritos, 14 km od Mityleny. Na uboczu. Między polami, na kawałku ziemi uprawnej. Do dziś nie wiadomo, kto jest właścicielem. Wszyscy natomiast wiedzą, kto zajmuje się cmentarzem – trzydziestoletni mufti Moustafa Dawa, który myje, zawija ciała zmarłych w całun i chowa je do grobu, z głową skierowaną w stronę Mekki. Dawa niechętnie mówi o swojej pracy. Obawia się, że władze cofną zezwolenie, jeżeli cmentarz nagle znajdzie się w centrum uwagi. Dawa chowa zmarłych od dekady. Jest już zmęczony. Bywały dni, że odprawiał 75 pogrzebów.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Czekanie na telefon

Brat Farouka, Ghulam Nabi Pakar, był jednym z pierwszych, którzy spoczęli na cmentarzu koło Kato Tritos. Ghulam pracował jako weterynarz w afgańskim Heracie. Po tym jak otrzymał groźby od talibów, postanowił wraz z żoną, trzema synami i córką szukać bezpieczniejszego domu w Europie. Morze Egejskie przekraczali tak jak wszyscy – nocą.

Farouk przez kilka godzin czekał na wieści. Bezskutecznie. Postanowił więc zadzwonić do przemytnika, który zorganizował transport. Usłyszał, że łódź przewróciła się do góry dnem, ale większość pasażerów została uratowana. Uspokajał, że Farouk powinien czekać na telefon od Ghulama.

Ten nigdy nie nadszedł. Po jakimś czasie Farouk zobaczył w Internecie martwe ciało swojego brata na plaży w Lesbos.

Siostra Farouka i Ghulama mieszkała już wtedy w Niemczech. Od razu przyjechała na grecką wyspę, aby zidentyfikować ciało zmarłego brata i jego żony. To raczej wyjątkowa sytuacja, ponieważ rodziny zazwyczaj nie są w stanie przyjechać na miejsce w tak krótkim czasie. Ze względu na ograniczenia wizowe i wysokie koszty.

W większości przypadków krewni zmarłego nie wiedzą, co się stało. „Żyją w zawieszeniu między smutkiem a nadzieją” – czytam w raporcie Fatal Journeys. Identification and Tracing of Dead and Missing Migrants (Śmiertelne podróże. Identyfikacja i śledzenie zmarłych i zaginionych migrantów) IOM-u. Postanawiają szukać swoich bliskich na własną rękę. Kontaktują się z różnymi organizacjami, m.in. z Czerwonym Krzyżem. Zamieszczają zdjęcia w mediach społecznościowych. Piszą nawet do naukowców takich jak Robins.

– A władze greckie rzadko poszukują zaginionych na morzu – stwierdza Robins. – Nie mówiąc o próbach identyfikacji. Podczas gdy to wcale nie musi być takie trudne. W 2014 r. włoski policjant Angelo Milazzo zidentyfikował wszystkie ofiary jednego z wypadków – 24 Syryjczyków. Dużo pytał i stworzył stronę na Facebooku, na której udostępnił wszystkie dane ofiar. Zajęło mu to 14 miesięcy, pracował po godzinach, ale udało mu się.

Czasami nawet największy wysiłek nie pomaga. W 2013 r. u wybrzeży włoskiej wyspy Lampedusy w wyniku katastrofy morskiej zginęło 366 osób. Międzynarodowy zespół śledczych po ośmiu miesiącach pracy zidentyfikował zaledwie 31 osób.

Niezidentyfikowane ciała trafiają do anonimowych masowych grobów, na przykład w Sidiro przy greckiej granicy lądowej z Turcją. To miejsce pochówku bardzo łatwo przeoczyć – nagrobki porasta roślinność. Napisy blakną w palącym słońcu, wymazując pamięć po spoczywających tam ludziach. Wtedy szansa, żeby odnaleźć krewnego, jest bliska zeru.

Ale od czasu do czasu zdarza się cud. Pavlos Pavlidis poświęcił swoją karierę na gromadzenie materiałów dowodowych, które ułatwiają identyfikację zmarłych nawet po latach. To wszelkie osobiste przedmioty: pierścionki, paski, dokumenty i zdjęcia cech charakterystycznych: tatuaży, blizn, znamion. Pavlidis pracuje jako główny koroner w regionie Evros, blisko granicy lądowej z Turcją. Jest jedną z nielicznych osób, które skrzętnie archiwizują dowody tożsamości zmarłych migrantów. W całej Europie nie ma standardowych procedur – metody różnią się nawet w obrębie tego samego kraju. Pavlidis opracował swój własny system. W jego archiwum każdy obiekt posiada unikalny numer identyfikacyjny ofiary. Samego ciała często nie sposób rozpoznać. W regionie Evros wielu migrantów próbuje przekroczyć granicę na rzece Marica. Niektóre szczątki pozostają w wodzie przez długi czas, zanim zostają odnalezione, ponieważ nie ma fal, które poniosłyby ciało na brzeg. „Do tego są nadgryzione przez ryby. Niektórych dzieci nigdy nie odnaleziono. Ich ciała są małe”, wyjaśnia Pavlidis w filmie dokumentalnym Even After Death (Nawet po śmierci), nakręconym przez grupę uchodźców z Morii – największego w Europie obozu mieszczącego się na wyspie Lesbos.

Hołd zmarłym na morzu

To Reza Adib wpadł na pomysł nakręcenia materiału o tych, którzy utonęli w drodze do Europy. W Afganistanie pracował jako dziennikarz. Z tego powodu otrzymywał liczne pogróżki ze strony talibów, którzy starają się uciszyć wszelkie krytyczne głosy. Adib obawiał się o swoje życie i bezpieczeństwo rodziny. Dlatego postanowił opuścić kraj.

– To było trzy lata temu. Wiadomo, była łódź, była Moria. Nie będę Cię zanudzał, każda historia uchodźcy jest przecież trochę podobna.

Adib wzdycha. Nie wiem, czy kładzie teraz rękę na czole, czy siedzi na podłodze, czy jego dzieci już śpią. Rozmawiamy przez WhatsApp. Bez kamery – wtedy połączenie jest lepsze. Nie udało nam się spotkać na Lesbos, bo gdy rozmawialiśmy, Adib mieszkał wówczas w obozie dla uchodźców Malakasa, na północ od Aten. Miał już status uchodźcy, ale wciąż czekał na dokumenty. – Jak tylko je dostanę, to wsiadam w pierwszy lepszy samolot, żeby się stąd wydostać.

Bo inaczej wyobrażał sobie nowy rozdział w życiu po ucieczce z niebezpiecznej ojczyzny. W obozie na Lesbos, do którego trafił na początku, przebywało 17 tys. ludzi, choć ośrodek był zaplanowany na 3 tys. osób.

– Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem po przyjeździe do Morii, było samobójstwo. Ktoś powiesił się na moich oczach. Na oczach moich dzieci. Widziałem już dużo martwych ciał. Ale zamordowanych w Afganistanie. Wtedy wiedziałem: witaj w piekle.

Dziś Adib przebywa w Finlandii, gdzie mieszkają jego krewni i gdzie ponownie wystąpił o azyl, ponieważ w Grecji nie czuł się bezpieczny. W Malakasie wielokrotnie padał ofiarą przemocy. Żeby nie zwariować, jak to określił, chciał kontynuować karierę w dziennikarstwie. Postanowił przestawić się na twórczość wizualną, ponieważ czuł, że jego znajomość angielskiego jest niewystarczająca.

Jeszcze na Lesbos poznał parę, która prowadzi treningi z fotografii i kinematografii dla mieszkańców Morii. Polka Sonia Nandzik i Amerykanin Douglas Herman przeprowadzili się na wyspę w 2019 r. i założyli fundację ReFOCUS Media Labs. Kiedy Nandzik usłyszała o pomyśle Adiba, postanowiła wcielić go w życie. – Gdy Reza pewnego dnia zapytał mnie, czy wiem, co się dzieje z ciałami migrantów, którzy utonęli w drodze do Europy, uświadomiłam sobie, że się nigdy nad tym nie zastanawiałam.

Choć przez ostatnie cztery lata pracowała z uchodźcami, to koncentrowała się na przyszłości – starała się pomóc młodym ludziom w rozwinięciu nowych umiejętności.

– Aby mieli jakieś portfolio. Bo po kilku latach spędzonych w Morii młodzież jest tak daleko w tyle, że nie jest w stanie konkurować na rynku pracy z Grekami.

Mimo że każdy mieszkaniec Morii ma swoją historię, inne ambicje i obawy, to dzieli ich jedno: niepewna nocna przeprawa przez morze. Tak też zaczyna się Even After Death – od wspomnień twórców filmu, studentów ReFOCUS.

Biała furgonetka czeka u drzwi. „Szybko!” Jeszcze pocałunek na świętej księdze Koranu, a podróż może się zacząć. Ciasna przestrzeń furgonetki. Mężczyzna próbuje złapać oddech. Trzęsąc się, powtarza wersety modlitewne, które przysłała mu matka. Znajome słowa koją jak mantra. Mijają godziny. Na zewnątrz mrok. W końcu się zatrzymują. „Przymknij się! Biegnij!” Mamo, jeśli nie usłyszysz mnie w ciągu dwóch godzin, to znaczy, że… Jeśli się nie odezwę, to złączyłem się z morzem.

Reszta filmu opowiada historię tych, którym nie udało się dotrzeć do greckiego brzegu. Zabiera widza do kilku oficjalnych i tych nieoznaczonych (łącznie jest ich blisko tysiąc) miejsc pochówków w Grecji. Przedstawia też losy Fereshty, afgańskiej wdowy, która przeżyła wypadek na morzu, ale musiała się pogodzić ze stratą męża. W ten sposób twórcy filmu starali się przybliżyć sytuację tysięcy uchodźców, którzy podczas przeprawy do Europy stracili bliskich.

– Mój początkowy zamysł był w sumie trochę inny – przyznaje Adib. – Chciałem, żeby cała historia została opowiedziana przez duchy zmarłych na morzu. Wyznawcy sufizmu, mistycznego nurtu w islamie, wierzą, że rūḥ zmarłego żyje dalej. Że jest wśród nas.

Rūḥ w sufizmie to samoistna część osoby, porównywana ze starogrecką pneumą – to dosłownie oddech, a w kontekście religijnym duch lub dusza.

– Taka perspektywa niestety nie przeszła. Musiałem się z tym pogodzić. Bo jeżeli współpracujesz z innymi, to trzeba wypracować kompromis. Realizacja tego filmu uzmysłowiła mi różnicę w zachodnim i wschodnim sposobie postrzegania świata. Ja chciałem stworzyć coś bardziej metaforycznego, efemerycznego. Ale zachodnia publiczność ceni sobie konkret, statystyki. Może jeszcze kiedyś wrócę do tego tematu. Sam.

Wieczna trauma

Robins podkreśla, że rodziny zmarłych też są ofiarami.

– Śmierć członka rodziny na morzu jest tragedią; traumą, której nie sposób przezwyciężyć, dopóki ciało nie zostanie znalezione. Bywa, że żałoba trwa w nieskończoność, ponieważ nie można pożegnać się z kimś, kto zaginął.

W islamie okazanie czci zmarłemu jest bardzo ważne, wyjaśnia Ahmed Al-Dawoody, islamski doradca prawny Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża. „Godność ludzka jest prawem powszechnym otrzymanym od Boga” – pisze w jednym z tekstów.

Ponieważ odpowiedni pochówek w przypadku konfliktów zbrojnych lub klęsk żywiołowych jest czasem niemożliwy, znawcy klasycznego prawa muzułmańskiego opracowali specjalne prawa islamskie mające na celu poszanowanie godności zmarłych i uczuć ich bliskich. Najważniejsze z nich w przypadku śmierci na morzu to m.in.: poszukiwanie ciał zmarłych, szybki pogrzeb i pochówek na morzu.

Istnieje również szereg praw międzynarodowych, które wymieniają powinności państw w przypadku wypadków śmiertelnych na morzu. Należy do nich m.in. obowiązek zbierania ciał zmarłych, a także ich badanie i przechowywanie. Władze państw powinny dołożyć wszelkich możliwych starań w celu zidentyfikowania ofiary, ustalenia przyczyny wypadku i zgonu, zlokalizowania i powiadomienia rodziny zmarłych i zaginionych. Natomiast bliscy ofiar mają prawo do informacji i powinni być konsultowani na wszystkich etapach dochodzenia dotyczących poszukiwania zaginionych. Władze mają poza tym obowiązek umożliwić krewnym odwiedzenie miejsca, gdzie znajdują się szczątki ofiary. W rzeczywistości wiele osób nie otrzymuje takiego pozwolenia.

Grupa ekspertów z całego świata postanowiła przypomnieć państwom o wszystkich istniejących powinnościach. Spotkali się dwa lata temu w Mitylenie. Tak powstała Deklaracja na rzecz godnego traktowania wszystkich osób zaginionych i zmarłych w wyniku migracji i ich rodzin. Prawo do zachowania tożsamości, nawet po śmierci, jest jej punktem wyjścia.

„Nie oczekujemy od państw niczego nowego. Tylko tego, żeby przestrzegały istniejących praw” – Catriona Jarvis, emerytowana brytyjska sędzina i jedna z pomysłodawców deklaracji patrzy prosto w kamerę, gdy wypowiada te słowa w filmie Even After Death. Jarvis przeszła na emeryturę pod koniec 2013 r. Ale nie przestała być aktywna. Współtworzy projekt Last Right, który walczy o poszanowanie praw zaginionych i zmarłych migrantów. „Bo każda śmierć na morzu to jedna śmierć za dużo”.

Liczbę zmarłych i zaginionych podczas migracji można by znacznie ograniczyć, a nawet całkowicie wykluczyć. Gdyby tylko zostały zapewnione bezpieczne szlaki migracyjne, wtedy ludzie nie musieliby ryzykować życia. Lecz w dobie postępującej militaryzacji granic się na to nie zanosi. Państwa nie tylko opowiadają się za wzmacnianiem Fortu Europa, ale też odwracają wzrok od tragedii na Morzu Śródziemnym. Europa od roku nie wysyła łodzi ratunkowych – wcześniej unijne patrole ratowały migrantów, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie w ramach operacji wojskowej Sophia. Od 2018 r. władze niektórych państw utrudniają też pracę organizacji pozarządowych i osób prywatnych zaangażowanych w misje poszukiwawczo-ratownicze. Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej podaje, że od tej pory zostało wszczętych ok. 40 postępowań administracyjnych i karnych przeciwko członkom załogi lub statkom. W następstwie część statków została przejęta.

A w niektórych przypadkach jednostki ratownicze zostały zablokowane w portach z powodu problemów z banderą lub niemożności spełnienia wymagań technicznych.

Celowa anonimowość

Według Robinsa migranci są celowo spychani w cień, nawet po śmierci.

– Dehumanizujący dyskurs nie jest niczym nowym. Migracja zawsze dotyczyła liczb, a nie ludzi. Dlatego częściej docierają do nas statystyki, a nie indywidualne historie ludzi. Śmiertelne katastrofy na morzu trafiają czasami na pierwsze strony gazety, ale zainteresowanie mediów szybko maleje. Podobnie jest z uwagą polityków i naukowcami, którzy koncentrują się głównie na zjawiskach wokół wypadków na morzu: na przemytnikach, ratownikach, pushbackach [zawracaniu łodzi, które usiłują dotrzeć do europejskiego wybrzeża – przyp. red.] i tym podobnych.

Robins odnosi wrażenie, że od śmierci trzyletniego Aylana Kurdiego media zaczęły poświęcać więcej uwagi ludzkim historiom.

– Ale to smutne i szokujące wydarzenie na dłuższą metę niczego nie zmieniło. Dehumanizujący dyskurs przeważa. Mimo to uważam, że nie możemy pozwolić, aby historie zmarłych i zaginionych na morzu pozostały nieopowiedziane. Musimy mówić o tej tragedii, aby wywrzeć presję na polityków i przypominać innym, że chodzi o ludzi takich jak my: z rodziną, z tymi samymi nadziejami i marzeniami. To jedyny sposób na pokazanie człowieka, który kryje się za statystykami.

Twórcy Even After Death również mieli to na uwadze. Tylko że los migrantów, do tego zmarłych na morzu, to delikatny temat, którego niektórzy wolą unikać. Realizacja filmu okazała się więc trudniejsza, niż początkowo zakładano. Również z innego względu: w Grecji wszystko przebiega wolno.

– Grecy rzadko odpowiadają na e-maile. Wszystkie prośby pisaliśmy po grecku, z pomocą tłumacza. Ale często bez rezultatu. – Nandzik przypomina sobie trudne początki.

Na Lesbos zatonięcia migrantów stały się tematem tabu.

– Bo niby odstraszają turystów – mówi Nandzik. – Niektórzy ludzie myślą, że fale co chwilę wymywają na brzeg ludzkie zwłoki. Przed 2015 r. Lesbos była rajem – perełką Morza Egejskiego.

Dziś wyspa coraz bardziej przypomina twierdzę. Od początku pandemii COVID-19 organizacje pozarządowe obserwują wzrost przemocy wobec przybywających migrantów.

– Jest więcej przypadków pushbacków. Przybierają też bardziej drastyczne formy – opowiada mi Lisa Gross z organizacji Mare Liberum, która od 2015 r. monitoruje przestrzeganie praw człowieka w cieśninach między Grecją a Turcją. – Wiemy np., że grecka straż przybrzeżna – zamiast przeprowadzać akcje ratunkowe – ewakuuje ludzi z pontonów na tratwy ratunkowe. I pozostawia ich następnie samym sobie, bez jedzenia i picia. Migranci mogą tylko czekać, aż wiatr zepchnie ich w stronę tureckiego wybrzeża. Nowe są też przypadki atakowania łodzi przez zamaskowane osoby, które rozmontowują silnik, zabierają benzynę, a nawet biją tych, którzy wyrażą sprzeciw.

Pracownicy infolinii dla migrantów w niebezpieczeństwie na morzu Alarm Phone przypominają, że pushbacki nasiliły się już w zeszłym roku, kiedy do władzy doszła prawicowa Nea Demokratia.

– Do dalszej eskalacji przemocy przyczyniła się polityczna gra między UE a Turcją. Dopóki Erdogan trzymał migrantów w Turcji, wszystko było w porządku. Ale odkąd turecki prezydent wywiera coraz więcej presji na Grecję, ta jeszcze bardziej zaostrza swoje stanowisko wobec migracji. A Europa ją w tym popiera. Bo nie protestuje.

Kup numer