fbpx
Groby migrantów, Kadr z filmu Even After Death, fot. dzięki uprzejmości Fundacji Refocus Media Labs
Ula Idzikowska październik 2020

Anonimowi, nawet po śmierci

Nie wiadomo, gdzie są. Zaginęli na morzu, w drodze do Europy. Większość utonęła. Niektórych odnaleziono i pochowano – często w anonimowych grobach. To opowieść o ludziach, którzy nie dotarli na drugi brzeg.

Artykuł z numeru

Wiesław Myśliwski. Słuch absolutny

Czytaj także

Agnieszka Zielonka

Szlak bałkański. Bez wyjścia

Co tu robisz? Przyszłaś popatrzeć? Ale żadnych zdjęć! – Pracownik cmentarza przy kościele św. Pantaleona w Mitylenie na greckiej wyspie Lesbos podnosi palec w kierunku oka. – Tylko patrzeć! – Wykrzykuje łamanym angielskim. Gdy się odwracam, wciąż czuję na plecach świdrujący wzrok.

Krążę między grobami migrantów, którzy utonęli podczas podróży przez cieśninę między Turcją a Grecją. Tylko kilka mogił przypomina miejsce pochówku: to prostokąty otoczone bielonymi kamieniami. Stoją jak zapomniani żołnierze, na ukos, przy ścianie cmentarza, na uboczu. Żeby za bardzo nie rzucać się w oczy.

Pozostałe nagrobki zarosły trawą, wtuliły się w ziemię. Z niektórych pozostały tylko niepozorne wybrzuszenia. Na jednym z kopców ktoś położył bukiet czerwonych róż. Chyba niedawno. Kwiaty są jeszcze świeże.

W ciągu ostatnich sześciu lat podczas morskiej przeprawy do Europy utonęło co najmniej 20 tys. osób, szacują twórcy Missing Migrants Project Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM). Ofiar jest w rzeczywistości znacznie więcej, ponieważ większość osób nie zostaje odnaleziona.

– Ciała opadają na dno morza lub są wyrzucane przez fale na tureckie albo tunezyjskie plaże – opowiada mi Simon Robins, badacz pracujący w brytyjskim Centre for Applied Human Rights. – Kraje nie wymieniają się danymi na temat migrantów, którzy zginęli w wyniku zatonięcia. Nie wiemy więc, ile ofiar znaleziono poza Europą.

Na kamieniach nagrobnych w Mitylenie brakuje imion i nazwisk. Bo rzadko udaje się ustalić tożsamość zmarłego. Zacznijmy od tego, że nie wszyscy migranci mają przy sobie dokumenty. A ciało, które przebywało w wodzie przez kilka dni lub tygodni, trudno rozpoznać ze względu na daleko posunięty rozkład. Proces identyfikacji jest trudny nawet w przypadku, gdy zwłoki zostaną wyrzucone na brzeg zaraz po katastrofie – nie zawsze można bowiem znaleźć kogoś, kto mógłby dokonać identyfikacji. Zwłaszcza jeżeli bliscy zmarłego przebywają w kraju pochodzenia i nie wiedzą, co się stało. Zdarza się również, że w wypadku giną całe rodziny.

Na cmentarzu w Mitylenie znajduję tylko jedno imię i nazwisko. W grobie nr 8 pochowano Fahrina (albo Fahrinę – to imię zarówno męskie, jak i żeńskie) Sonea. Data: 29/10/2009. Numer identyfikacyjny: 327 / B / 2009. Dyskretnie wyciągam notatnik. Wszystko zapisuję – mam nadzieję, że przynajmniej ta jedna osoba nie zostanie zapomniana.

Z rozmyślań wyrywa mnie krzyk. Staję jak wryta, z corpus delicti w ręku: – Przecież wyraźnie mówiłem! Dlaczego to zapisujesz?!

Chcę zaprotestować, że zakaz dotyczył przecież tylko robienia zdjęć. Ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Mężczyzna ciężko dyszy, wałęsające się psy nie przestają szczekać. Nic tu po mnie.

Turcja na wyciągnięcie ręki

Ze wzgórza, na którym znajduje się cmentarz w Mitylenie, widać tureckie wybrzeże: to zaledwie 18 km dalej. Można by się przejść. Gdyby nie morze. Na północy wyspy odległość jest jeszcze mniejsza: 5 mil morskich, 9 km. Dlatego większość ludzi decyduje się na przeprawę właśnie tam.

Chcesz przeczytać artykuł do końca?

Zaloguj się, jeden tekst w miesiącu dostępny bezpłatnie.

Zaloguj się