(fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)
Ula Idzikowska wrzesień 2021

Nowy grecki dom. I jego brak

Większość uchodźców żyje z dala od Greków, pośrodku niczego. W obozach próbują stworzyć nowy dom. Który domem przecież nie jest.

Artykuł z numeru

Planeta Śląsk

Czytaj także

Ula Idzikowska

Anonimowi, nawet po śmierci

Między baranami a górami. Tak żyjemy. W okolicy nie ma nic. Chcielibyśmy się zintegrować z Grekami. Ale jak? Jesteśmy odcięci od świata – opowiada Ahmed* z Afganistanu, jeden z mieszkańców obozu dla uchodźców w środkowej Grecji. Gdy słońce zachodzi między wzgórzami, w obozie zapada zmrok. Jakby to miejsce, gdzie od pięciu lat przebywa prawie półtora tysiąca uchodźców, nie istniało. Do Koutsochero, 20 km od miasta Larissa, przyjeżdżamy we wrześniową sobotę – wtedy nie ma strażników. Obóz jest poddany ścisłej kwarantannie z powodu pandemii, ale w weekendy nikt nie sprawdza, kto wchodzi do ośrodka i z niego wychodzi.

Mijamy siatkę z drutu kolczastego, ścianę z kolorową podobizną rewolucjonisty Che Guevary, sterylnie biały budynek zarządu obozu – dzisiaj opuszczony, rząd kontenerów, zadbane ogródki. Choć jest już późne popołudnie, to z nieba wciąż leje się żar. Na szczęście w domu Karima i Tamany Sarsharów jest chłodno. Szum klimatyzacji lekko mnie usypia. Przymykam oczy, które łzawią od zapachu smażonej cebuli. Fala zmęczenia skutecznie tłumi śmiech, rozmowy i odgłosy krzątania się w dwóch pomieszczeniach.

W kuchni, która przechodzi w pokój dzienny, sąsiadka Sarsharów przygotowuje ciasto na afgańskie pierożki. Siedzi na podłodze, a jej zwinne palce ugniatają ciasto. Na rozłożonej ceracie lądują kolejne bułki. Rozdzielone na mniejsze kawałki, trafiają do urządzenia z korbką. Maszyna turkocze: z drugiej strony wyłaniają się długie połacie ciasta. W trójkę kroimy je na kwadraciki i wypełniamy farszem. Pracujemy w milczeniu – nie znamy dari ani paszto, a sąsiadka angielskiego.

Gotowe pierożki tworzą pięciopiętrową piramidę. Konstrukcja z przedziurawionych blaszek na metalowej rurce zostaje nakryta opakowaniem po oleju – kawałki metalu zmieniają się w garnek do gotowania na parze.

Wychodzę na zewnątrz. Zaraz mała dziewczynka ciągnie mnie za rękę. Chce mi pokazać kontener, w którym mieszka cała jej rodzina. Siedzimy na zapadniętym materacu piętrowego łóżka. Dziewczynka przedstawia swoją siostrę, rodziców nie ma w domu. Jest rozczarowana, gdy słyszy, że nie przywiozłam kredek ani kolorowanek. Trudno! Wzrusza ramionami i wybiega, żeby pobawić się z innymi dziećmi.

(fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

W środku ciemności widzę oświetloną budkę. Ruszam w jej kierunku. Przy drewnianym stole z kolorowym obrusem i kwiatami w doniczce rozpoznaję znajome twarze: czwórka z naszej dziennikarskiej grupy rozmawia z dwójką Syryjczyków z Damaszku. Ci opowiadają o syryjskim falafelu (smażonych kotlecikach z ciecierzycy), o braku opieki medycznej w obozie i o game – jak nazywana jest próba przekroczenia granicy. – Ale z dziećmi o wiele trudniej ruszyć w dalszą drogę.

Ze środka wyłania się właściciel, który wręcza Karolowi falafel własnej roboty: zawinięty w tortillę, z warzywami i sosem. Zamawiam też jeden dla siebie. Przez chwilę dyskutujemy na temat ceny, bo mężczyzna nie chce słyszeć o żadnej zapłacie. Jesteśmy przecież gośćmi. Gdy się odwraca, zostawiam ukradkiem euro pięćdziesiąt. W Koutsochero nie ma odpowiedniej opieki medycznej, szkoły ani przedszkola. Podobnie jak w większości obozów. W tamtym roku z edukacji korzystało tylko co siódme dziecko, podaje organizacja prawno-człowiecza Human Rights Watch. Pod koniec lipca podkreślała, że „władze powinny natychmiast zatrudnić nauczycieli, zorganizować transport i znieść środki blokujące pod pretekstem pandemii COVID-19 dostęp do szkoły dzieciom ubiegającym się o azyl”.

– Jesteśmy zmęczeni. Przekaż to Europejczykom – prosi jedna z kobiet.

Jej ośmioletni syn stał się agresywny, zamknął się w sobie, odsunął się od ludzi. Coś w nim pękło po eksplozji niedaleko ich domu w Aleppo, opowiada Syryjka. Do Grecji dotarli dwa i pół roku temu. Wciąż czekają na przesłuchanie w ramach procedury azylowej.

Od półtora roku mieszkają w Koutsochero. – To opuszczone miejsce. Wszędzie pełno jest insektów. Nawet w kontenerach. Dzieci są pogryzione. Na zewnątrz pali słońce. Moja czteroletnia córka od tego wariuje.

Kobieta mówi po arabsku. Znajomy tłumacz przekłada jej słowa na angielski. – Mój mąż pracował dla Amerykanów w Iraku. Nie żyje.

Bez domu, ale z siłą

Koutsochero powstało w 2016 r. na terenie byłej bazy wojskowej. Postawiono wówczas 300 namiotów dla 1300 osób. Ośrodek zamknięto już po trzech miesiącach wskutek protestów uchodźców, którzy domagali się przeniesienia do mniej oddalonych miejsc, gdzie panowałyby lepsze warunki. Jednak pięć miesięcy później, w listopadzie, bramy obozu otwarto ponownie.

Pod koniec 2020 r. w obozie mieszkało prawie 1400 osób – 28% stanowili Syryjczycy, 43% Afgańczycy, a 7% Irakijczycy. 35% populacji to dzieci. Natomiast w Malakasie, obozie 40 km na północ od Aten, który również otwarto w marcu 2016 r. na terenie byłej bazy wojskowej otoczonej zalesionymi wzgórzami, mieszkają prawie sami Afgańczycy.

Jedziemy tam autobusem. Kierowca nie wie, gdzie nas wysadzić. Nigdy nie słyszał o żadnym obozie. Posiłkujemy się więc Google Maps. Camp Gerakini – pod taką nazwą znajdujemy obóz Malakasa w internecie – ma trzy gwiazdki. To wynik na podstawie 74 recenzji… Przechodzimy przez ruchliwą ulicę i znajdujemy bramę. Piszę do znajomego, Hadiego Golshana, że czekamy na parkingu – jedynym miejscu, gdzie można się schronić przed palącym słońcem. Tam poznajemy Fereshte. Pytamy, czy też jest dziennikarką. Młoda kobieta, w jeansach, z szarą chustą zasłaniającą włosy zaprzecza, śmiejąc się.

Hadi prowadzi nas prosto do swojego kontenera na tyłach obozu. – Szkoda, że przyjechałyście tak wcześnie. Teraz nigdzie nie pójdziemy. Jest za gorąco.

Popijamy więc kawę i rozmawiamy. Siedzę z Hadim na jego łóżku. Rozmawiamy o unijnej polityce migracyjnej. Marta, która przyjechała ze mną, usadowiła się wraz ze współlokatorem Hadiego Mihanem Yusefem na podłodze – grają w tryktraka, znaną już w czasach starożytnych grę planszową, wciąż popularną m.in. w Turcji, Iraku i Iranie. Od czasu do czasu wzdychają albo wydają okrzyk zadowolenia. Może z powodu zwycięstwa. Nie wiem – nie znam reguł. Nie mam też pojęcia, o czym rozmawiają, komunikują się po turecku. Marta jest z wykształcenia turkolożką, a Mihan nauczył się języka podczas miesięcy spędzonych w Turcji.

W pewnym momencie Mihan pyta z pomocą Marty, co wiem o sytuacji uchodźców w Grecji. Opowiadam o spotkaniach z małoletnimi bez opieki, którzy są skazani na samych siebie w Atenach; wspominam wizytę na Lesbos w marcu ubiegłego roku, kiedy zostały podpalone centrum spotkań One Happy Family i International School of Peace, a przez wyspę przetoczyła się fala przemocy wobec dziennikarzy i pracowników organizacji samorządowych. Marta tłumaczy na turecki. Mihan słucha i kiwa głową.

Po godz. 16 robi się znośnie. Wychodzimy na zewnątrz. Trzeci współlokator akurat jest u fryzjera – siedzi na krześle w zaaranżowanej do tego przedsieni kontenera, a znajomy obcina mu włosy. W rogu suszą się papryczki chili, a w zielonej misce z ziemią rosną zioła.

Mój wzrok przykuwają kartki wywieszone na ścianach kontenera. Ktoś wypisał na nich odmianę czasownika „być” po angielsku: I am here today, I was there yesterday. Czas teraźniejszy i przeszły różnią się kolorami. Tak współlokator Hadiego i Mihana próbuje uczyć angielskiego najmłodszych mieszkańców obozu.

Chociaż zgodnie z greckim i międzynarodowym prawem dzieci uchodźców powinny mieć dostęp do edukacji formalnej, tylko połowa dzieci z Malakasy chodzi do szkoły. Według raportu Asylum Information Database (bazy danych zarządzanej przez Europejską Radę ds. Uchodźców i Wygnańców) z 2019 r. tylko jedna trzecia ze wszystkich 37 tys. dzieci uchodźców w Grecji była zarejestrowana w systemie szkolnictwa.

(fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

Z powodu pandemii szkoły zostały tak czy inaczej zamknięte. A obozy dla uchodźców poddano ścisłej kwarantannie, począwszy od Ritsony i Malakasy, gdzie wykryto pierwsze przypadki koronawirusa na początku kwietnia ubiegłego roku.

Siedemnastoletnia Fereshte, którą poznałyśmy przed bramą obozu, stwierdziła, że dzieci nie mogą zostać pozostawione same sobie. Muszą się rozwijać – również w czasie pandemii. Wywalczyła więc pozwolenie na założenie szkoły w Malakasie. Przekonała do tego ministerstwo szkolnictwa i Międzynarodową Organizację ds. Migracji (IOM), która zarządza obozem. Znalazła też nauczycieli. Po kilku miesiącach uczniowie potrafili się dogadać po angielsku. I przekazywali tę wiedzę dalej.

Szkoła powstała również w obozie Ritsona – ośrodku ok. 90 km na północ od Aten, który także otwarto w 2016 r. na terenie byłej bazy wojskowej, pośrodku niczego. Mieszka tam Parwana Amiri – siedemnastoletnia aktywistka, poetka i pisarka, która z dumą pokazuje mi jeden z budynków na skraju obozu. – Tam organizujemy lekcje od ogłoszenia lockdownu.

Gdy docieramy do Ritsony we wrześniu ubiegłego roku, Parwana przemawia do części obozu – rodziców, nastolatków. Jej silny głos, wzmocniony mikrofonem, niesie się po całym obozie. Parwana ogłasza powstanie Młodzieżowego Ruchu Uchodźców – to jej projekt edukacyjny, oparty na celach zrównoważonego rozwoju.

– Jako młodzi ludzie musimy stawić czoła globalnemu kryzysowi. Wiem, że stoi przed nami wielkie wyzwanie. Ale wiem też, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeżeli się tylko chce. Straciliśmy nasze domy, ale nie siłę. Drzemią w nas pasja i wielkie pokłady kreatywności. Czas to wykorzystać!

Parwana zeskakuje z podium. Czas na sesję zdjęciową. Dziesięć dziewczyn w niebieskich koszulkach rusza za swoją liderką. Każda niesie karton z wybranym przez siebie celem zrównoważonego rozwoju: Nahid wybrała „zmiany klimatyczne”, a siostra Parwany Farishta „równość płci”. Na zdjęciu jest też Fereshte, która przyjechała z Malakasy. Nie rozpoznaję jej – ma odsłonięte włosy, jest pomalowana, roześmiana, swobodna. W Malakasie nie może sobie na to pozwolić. Bo tam jest obserwowana przez osoby, które twierdzą, że takie zachowanie nie przystoi młodej dziewczynie.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Podobnie jak Sara, Iranka z obozu Daviata pod Salonikami. Uwielbia tańczyć, mówi, kiedy siedzimy przed jej kontenerem. – Puszczę ci moją ulubioną piosenkę!

Po chwili ze smartphone’a rozlegają się pierwsze dźwięki popularnego w tamtym roku utworu Dance Monkey. Sąsiadka, z którą Sara dzieli kontener, ożywia się. Razem kiwają się w rytm muzyki i nucą: Dance for me, dance for me, dance for me, oh, oh, oh. Gdzie zwykle tańczą? Przed domem? Obie patrzą na mnie z niedowierzaniem.

– Oszalałaś? Afgańczycy by nas pogonili. Niektórzy uważają, że kobieta nie powinna się zabawiać. Śpiewamy więc i wygłupiamy się w środku. Teraz trochę ciężej, bo klimatyzacja siadła. Ale nie chcemy wywoływać jeszcze większego napięcia w obozie.

Ali, mąż Sary, który zaprosił nas do ich „ogródka”, robi nam kawę, po czym wychodzi po angielsku. Zostają same kobiety. I pies Shanti, który dzielnie broni okolic kontenera. Biega wokół, dzwoniąc dzwoneczkiem, który ma przyczepiony do obroży. Shanti w sanskrycie znaczy (s)pokój. Istnieje nawet popularna mantra Om shanti, shanti, shanti – powtarzające ją osoby modlą się o pokój umysłu, ciała i mowy.

To jedyne, czego pragną Sara i Ali. Uciekli z Iranu ze względu na prześladowania – są derwiszami, członkami muzułmańskiego bractwa religijnego o charakterze mistycznym. Nietolerowanego w Iranie, jak wszystkie mniejszości.

Sara wciąż mieszka w Daviacie – jej przesłuchanie odbędzie się dopiero w 2024 r. Nie wiem natomiast, co stało się z inną kobietą, którą spotkałam we wrześniu zeszłego roku w obozie pod Salonikami. Mieszkała wtedy w UNHCR-owskim namiocie. Przepraszała, że nie może nas zaprosić do środka. Tam nie da się wysiedzieć w ciągu dnia. Przez upał i brak dostatecznej higieny jej dzieci miały odparzenia i infekcje. Przez jakiś czas przysyłała zdjęcia przez Instagram. Później zamilkła.

Tak jak Fereshte, która od prawie roku nie odpisuje na wiadomości. Podobno wyjechała do Niemiec. Gdyby została w Grecji, musiałaby czekać jeszcze dwa lata na przesłuchanie. A ona chce się rozwijać, studiować. Najlepiej medycynę albo prawo. Angielskiego nauczyła się jeszcze w Afganistanie, z filmów. Czuła, że to okno na świat. Kiedy poznałyśmy się we wrześniu, jej mama przebywała w ośrodku w Białej Podlaskiej. Próbowała dostać się do syna w Niemczech, ale została zatrzymana. Czy nadal tam jest? Nie mam pojęcia.

Fereshte mogłaby zamieszkać w Polsce. – Bo Polska jest dużo lepsza niż Grecja. Ale wiem, że nas tam nie chcą.

Według sondażu Kantara na zlecenie UNHCR ze stycznia br. 77% ankietowanych Polek i Polaków zgadza się z twierdzeniem, że Polska powinna okazać solidarność uchodźcom.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer