(fot. Rafał Grzelewski/PAH)
Ula Idzikowska czerwiec 2021

Najmłodsze państwo świata wymaga resetu

Dlaczego bogaty w złoża ropy naftowej i złota Sudan Południowy wciąż jest zależny od pomocy humanitarnej?

Artykuł z numeru

Ucieczka od przebodźcowania

Czytaj także

Ula Idzikowska

Anonimowi, nawet po śmierci

Błażej Popławski

Bliski kres obrzezania kobiet w Afryce

Powietrze w mieście Dżuba przepełniała elektryzująca energia. Tysiące ludzi krzyczało z radości, machało flagami, tańczyło przy dźwiękach bębnów. Dziesięć lat temu, 9 lipca 2011 r., mieszkańcy Sudanu Południowego świętowali utworzenie własnego państwa – udało im się oddzielić od Republiki Sudanu po najdłuższej wojnie domowej w Afryce, która trwała z przerwami od 1955 r.

Dziennikarz Abraham Garang był również pełen nadziei. Podobnie jak inni wierzył, że niepodległość w końcu przyniesie pokój. Walki między północą – obszarem obecnego Sudanu – a południem, gdzie teraz leży Sudan Południowy, toczyły się od XVII w. Już wtedy powstałe wokół Nilu islamskie królestwa usiłowały przejąć żyzne tereny – jedne z najpłodniejszych w Afryce – zamieszkane przez pasterskie plemiona.

Podziały wśród ludności pogłębiły się po utworzeniu brytyjsko-egipskiego kondominium pod koniec XIX w. Początkowo północne i południowe regiony były zarządzane oddzielnie: południe z większością chrześcijan i animistów na modłę brytyjskich kolonii we wschodniej Afryce, a północ, gdzie przeważa ludność muzułmańska, zgodnie z modelem egipskim. W 1946 r. Brytyjczycy zdecydowali się scalić kondominium pod naciskiem żądań północnych elit. Arabski stał się językiem urzędowym. Południowe elity, posługujące się angielskim, zostały postawione przed faktem dokonanym. Północ była faworyzowana również w okresie dekolonizacji – Brytyjczycy oddali władzę politykom w Chartumie. Rząd niepodległego od 1956 r. Sudanu nie planował utworzenia państwa federalnego. Wykluczenie południowych elit z polityki doprowadziło do wybuchu I wojny domowej w Sudanie. Sudan Południowy wywalczył autonomię dopiero w 2005 r., początkowo na sześć lat. W 2011 r. – zgodnie z postanowieniami pokojowymi – odbyło się referendum, w którym mieszkańcy południa zadecydowali o swoim losie.

Jednak upragniona niepodległość nie przyniosła najmłodszemu państwu na świecie pokoju. Już po dwóch latach przemoc wybuchła ponownie, kiedy prezydent Salva Kiir oskarżył wiceprezydenta Rieka Machara o próbę przeprowadzenia zamachu stanu. Spór o władzę między Macharem z grupy Nuer a Kiirem z grupy Dinka przerodził się w konflikt etniczny, który trwał z przerwami do 2018 r. i pochłonął tysiące ofiar. Ponad 2 mln ludzi z 12-milionowej populacji zostało zmuszonych do poszukiwania schronienia w krajach sąsiednich: Sudanie, Ugandzie, Etiopii, Kenii i Republice Konga. To z Sudanu Południowego pochodzi obecnie najwięcej uchodźców w Afryce. Według danych UNHCR 68% uchodźców ucieka z zaledwie pięciu krajów: Syrii (6,6 mln), Wenezueli (3,7 mln), Afganistanu (2,7 mln), Sudanu Południowego (2,2 mln) i Myanmaru (ponad milion).

Upragniona niepodległość nie przyniosła najmłodszemu państwu na świecie pokoju. Już po dwóch latach przemoc wybuchła ponownie.

Kolejne 2 mln mieszkańców Sudanu Południowego stały się uchodźcami wewnętrznymi: musieli opuścić dom, ale zostali w kraju. Część z nich schroniła się w ONZ-owskich bazach. Niektórzy przebywają w nich do dziś.

– Boją się, że nie poradzą sobie poza ośrodkiem. W wyniku konfliktu stracili wszystko, a rząd nie oferuje realnej pomocy – opowiada Abdo, który prosi o niepodawanie prawdziwego imienia ani żadnych szczegółów na jego temat ze względów bezpieczeństwa. – Ludzie czują się oszukani. Liczyli na to, że politycy będą walczyć o ich prawa. A oni od lat spierają się o władzę.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

„Sytuacja w kraju wciąż jest niestabilna”, mówi John Gatjoul w materiale filmowym organizacji Lekarze bez Granic. Gatjoul pracuje jako specjalista ds. zdrowia psychicznego w Bentiu – największym obozie dla uchodźców w Sudanie Południowym. „Nie mogę opuścić ośrodka. Mógłbym zostać zamordowany. Walki wygasły, ale ludzie wciąż giną”.

Tykająca bomba

Mimo podpisania porozumienia pokojowego w 2018 r. bojówki wspierające prezydenta Kiira i wiceprezydenta Machara (który wrócił na stanowisko w ubiegłym roku) wciąż dokonują gwałtów i grabieży na ludności cywilnej. Są również odpowiedzialne za zabójstwa i tortury oraz rekrutację dzieci-żołnierzy. Ataki nasiliły się w tamtym roku. Dlatego większość przesiedleńców, w tym Gatjoul, woli nie opuszczać stref bezpieczeństwa. „Jeszcze daleko nam do pokoju. Potrzebujemy co najmniej kolejnych dziesięciu lat”.

Najmłodsze państwo świata nie jest wyjątkiem. Konflikty w Afryce, zwłaszcza w obrębie Sahelu, gdzie leży Sudan Południowy, nie wygasają. „I szybko nie wygasną”, stwierdziła Patricia Danzi, poprzednia regionalna dyrektorka Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża podczas konferencji prasowej pod koniec 2020 r. „Poza tym wybuchają nowe konflikty”.

A poprzedni rok miał być przełomowy – Unia Afrykańska liczyła, że inicjatywa „Uciszyć broń” mająca na celu „zakończenie wszystkich wojen, konfliktów wewnętrznych, przemocy uwarunkowanej płcią i zapobieżenie ludobójstwu na kontynencie do 2020 r.” przyniesie rezultaty. Zdaniem Danzi organizacja musiałaby dokonać cudu, aby urzeczywistnić te cele.

W Sudanie Południowym broń jest wszechobecna i łatwo dostępna. – To normalne w kraju, który jest pogrążony w konflikcie od dziesięcioleci – opowiada mi Abraham Garang przez WhatsApp. – Sudan Południowy to tykająca bomba.

Garang przebywa obecnie w Kampali. Jest na urlopie zdrowotnym. Po roku nieskutecznej terapii w Sudanie Poudniowym – lekarzom nie udało się ustalić przyczyny choroby, a przepisywane leki nie przynosiły ulgi ani poprawy – postanowił leczyć się w Ugandzie.

– Od razu stwierdzili, że cierpię na neuropatię! Sudańska służba zdrowia jest w opłakanym stanie. Brakuje infrastruktury. Przykro na to patrzeć. Bo Sudan Południowy to bogaty kraj, ale jest łupiony przez polityków.

Bogactwo najbiedniejszego kraju świata – mniejsze PKB per capita ma tylko Burundi – tkwi w zasobach naturalnych. Trzy czwarte złóż ropy naftowej byłego Sudanu znajduje się obecnie na terenie Sudanu Południowego. Gospodarka kraju jest w 98% uzależniona od wydobycia tego surowca.

„Sudańska służba zdrowia jest w opłakanym stanie. Brakuje infrastruktury. Przykro na to patrzeć. Bo Sudan Południowy to bogaty kraj, ale jest łupiony przez polityków.”

Korupcja w państwach bogatych w złoża surowców naturalnych to powszechne zjawisko, zaznacza stowarzyszenie Transparency International. W 2020 r. Sudan Południowy ulokował się na ostatnim miejscu Indeksu Percepcji Korupcji, razem z Somalią, gdzie występują m.in. rudy uranu, żelaza, cyny, złota, srebra, gipsu oraz ropa naftowa. W pierwszej dziesiątce najbardziej skorumpowanych państw świata znajdują się jeszcze cztery państwa afrykańskie: Sudan, Libia, maleńka Gwinea Równikowa w Afryce Środkowej, gdzie wydobywa się m.in. ropę, złoto i diamenty, oraz Demokratyczna Republika Konga – drugie pod względem powierzchni i trzecie pod względem liczby ludności państwo Afryki z obfitymi złożami diamentów.

Poziom nadużyć w słabo zorganizowanych krajach, które mają nikłe doświadczenie w gospodarowaniu surowcami – jak w Sudanie Południowym – jest przy tym większy. W najmłodszym państwie świata na wydobyciu i eksporcie surowców bogacą się nieliczni, chociaż ustawa o zarządzaniu dochodami z ropy naftowej z 2012 r. zakłada, że 3% zysków powinno trafiać do społeczności mieszkających na terenach wydobycia surowca. Ale tak się nie dzieje. W 2018 r. Sudd Instytut, który prowadzi badania na rzecz „sprawiedliwego i dostatniego Sudanu Południowego”, obliczył, że rząd zalega z wypłatą 305 mln dolarów amerykańskich.

Niestabilne granice

Społeczności wiedzą, gdzie znajdują się zasoby ropy i złota. W zeszłym roku rywalizacja o te tereny przyczyniła się do natężenia przemocy. Walki wybuchły m.in. w hrabstwie Pibor, które do ubiegłego roku stanowiło część stanu Jonglei. Przekształcenie go w jeden z trzech obszarów administracyjnych wywołało niezadowolenie wśród przywódców Jonglei, o czym przypomniał zarządca hrabstwa Pibor Joshua Konyi w wywiadzie dla platformy „The New Humanitarian”.

Niestabilne granice administracyjne są zarzewiem konfliktów od momentu uzyskania niepodległości w 2011 r.

– Niektórzy nie uznają zmian. W rezultacie przedstawiciele jednej grupy etnicznej przeganiają przedstawicieli innych ze „swojego” terytorium, mówi Garang.

Do tego logika podziału państwa na stany-hrabstwa-bomas (które można porównać do polskiego podziału na województwa, powiaty i gminy) pozostaje niejasna, co prowadzi do różnych interpretacji, pisze Peter Justin, badacz z holenderskiego Centrum Badań nad Afryką. „Niektórzy twierdzą, że granice między tymi jednostkami powinny być ustalane według linii etnicznych, aby autochtoni mieli prawo do terytoriów. Inni natomiast uważają, że ziemie należą się grupie większościowej”. Justin zaznacza, że takie konflikty mogą przybierać gwałtowny obrót, bo władze nie podejmują dostatecznych kroków w celu rozwiązania ani załagodzenia sporów.

Część konfliktów o ziemie ma jeszcze głębsze korzenie: należy ich szukać w kolonialnej przeszłości. Granice administracyjne brytyjsko-egipskiego kondominium utworzono arbitralnie. W większości przypadków wyznaczały je główne drogi, co powodowało, że część terenów nie miała określonych linii demarkacyjnych.

Przesiedlenia ludzi były na porządku dziennym. Obecnie „szereg społeczności nadal rości sobie prawo do ziemi, którą musiało wcześniej opuścić. Jednocześnie próbuje umocnić wpływy na »nowej ziemi«”, pisze Justin.

Zdaniem Garanga konfliktów tak czy inaczej nie sposób uniknąć – zasoby w Sudanie Południowym są ograniczone: brakuje wody, żywności. Ludzie nie otrzymują żadnej pomocy od państwa. Każdy walczy o przetrwanie.

AK-47 za dwie krowy

Nuerowie i Dinkowie – największe grupy w Sudanie Południowym zajmujące się głównie pasterstwem – rywalizują ze sobą od lat. Od 2009 r. przedmiotem sporu są pastwiska i dostęp do wody pitnej. Napady w celu zagarnięcia bydła zdarzały się już dużo wcześniej – to tradycyjna praktyka wielu wschodnioafrykańskich społeczeństw pasterskich, która pozwala na odtworzenie stada po suszy. I ożenek.

– Jestem kawalerem. Żeby się ożenić, potrzebowałbym przynajmniej 30 krów – opowiada dziennikarz Garang. – Za każdą trzeba zapłacić między 200 a 400 dolarów. Mam szczęście. Na północy żądają 100 sztuk!

Obecne ataki na bydło w niczym nie przypominają tych z przeszłości. „Wcześniej bandyci posługiwali się włóczniami, teraz są uzbrojeni w AK-47, które można kupić za dwie krowy”, pisze Hannah Wild, badaczka ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Stanforda zajmująca się konfliktami w społecznościach pasterskich. „Po długoletniej służbie w państwowych siłach zbrojnych niektórzy napastnicy są wyposażeni w broń ciężką, w tym granaty z napędem rakietowym i karabiny maszynowe. Wiele z tych rodzajów broni pochodzi z samego Sudanu Południowego, ponieważ broń zgromadzona np. w ramach programów rozbrojeniowych często trafia z powrotem w ręce cywilów”.

Elity polityczne wykorzystują tradycyjne napady na bydło do walki o władzę. Uzbrajają lokalne społeczności, które bronią interesów polityków w terenie, twierdzi Garang. Również członek Komisji ONZ Andrew Clapham powiedział w wywiadzie dla „The New Humanitarian”, że skala przemocy i fakt, że lokalne grupy używają nowszej broni, sugerują zaangażowanie sił państwowych lub aktorów zewnętrznych.

Armie pasterzy – jak zauważa Wild – są przy tym nieprzewidywalne: z jednej strony tworzą sojusze ze zbuntowanymi oficerami i politykami, ale z drugiej strony potrafią zamordować polityków z tej samej grupy etnicznej, którzy im się sprzeciwiają. Zdaniem badaczki politycy powinny wysłuchać przedstawicieli pasterskich armii, odpowiedzieć na tłumione – w niektórych przypadkach przez dziesięciolecia – frustracje i wypracować rozwiązania, które zostałyby zrealizowane w ramach postanowienia pokojowego. W 2018 r., po pięcioletniej wojnie domowej, wspominano wprawdzie, że strony „zajmą się statusem innych ugrupowań zbrojnych w kraju w celu osiągnięcia pełnego pokoju i stabilności”, jednak do tej pory do tego nie doszło.

„Żeby się ożenić, potrzebowałbym przynajmniej 30 krów (…) Za każdą trzeba zapłacić między 200 a 400 dolarów. Mam szczęście. Na północy żądają 100 sztuk!”

Natomiast żołnierze walczący po obu stronach konfliktu zostali rozbrojeni. Trafili do koszar, gdzie mieli zostać przeszkoleni i wcieleni do zjednoczonych Sił Zbrojnych Sudanu Południowego. Minęły dwa lata, a trening nie został zakończony. „Ze względu na – jak to zaznaczył rząd – brak funduszy”, donosili niedawno dziennikarze Radia Eye. Wielu żołnierzy dezerteruje. Przyczyną jest brak pożywienia, lekarstw i odpowiedniego schronienia – wykazało śledztwo nowo mianowanego szefa armii. ONZ i aktywiści wyrażają swoje obawy: „Ci żołnierze mogą doprowadzić do powstania konfliktów”.

– Uzbrojeni mężczyźni, którzy opuszczają koszary i wędrują do miast i wsi w poszukiwaniu jedzenia, już teraz wzbudzają niepokój – mówi Garang. – W stanie Zachodnia Ekwatoria na południu ludzie narzekali, że dezerterzy rabują miejscowych.

Ci ostatni nie mają co jeść. Ponad połowa społeczeństwa Sudanu Południowego stoi w obliczu poważnego braku bezpieczeństwa żywnościowego, z czego nieco ponad 100 tys. osób cierpi głód. W ciągu ostatnich dwóch lat sytuacja się pogorszyła. Przyczyniły się do tego intensywniejsze opady deszczu.

Kiedy opadnie woda

Abdo ma 23 lata i nigdy nie widział takich powodzi.

– Zniszczenia były dużo większe niż w poprzednich latach. Woda nie opadła do tej pory – opowiadała mi w połowie grudnia Karolina Suchecka, kierowniczka misji Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH) w Sudanie Południowym. – Zwykle ludzie przeczekują najgorsze i wracają do siebie. W ubiegłym roku nie mieli dokąd.

Pora deszczowa trwa zwykle od kwietnia do listopada. Ale ocieplenie klimatu powoduje, że coraz trudniej przewidzieć, kiedy zacznie padać. I kiedy przestanie. I ile tych opadów będzie. Wahania mogą wynieść „od 50% poniżej średniej w ciągu jednego roku do 50% powyżej średniej w roku następnym”, czytam w raporcie sporządzonym dla amerykańskiej organizacji humanitarnej przez The Cadmus Group, doradcę w rozwiązywaniu najtrudniejszych problemów świata.

Do tego ziarna i zboża – podstawa wyżywienia w Sudanie Południowym, gdzie 80% społeczeństwa para się rolnictwem na własny użytek – są szczególnie wrażliwe na zmiany ilości opadów.

– W tym roku nie ma zapasów na porę deszczową. Ludzie spędzili ostatnie miesiące w tymczasowych schronieniach. Nic nie zasiali – stwierdza Suchecka.

„Sytuacja w obozach, gdzie przebywają poszkodowani, jest okropna” – pisze Dut Abraham Manyang, aktywista w obozie dla wewnętrznie przesiedlonych Mongalla. Wymieniamy wiadomości przez WhatsApp – połączenie jest za słabe, żeby porozmawiać.

– Brakuje jedzenia – 80% przesiedleńców kupuje je z własnych środków, ale zaledwie 10% pracuje. Woda pitna jest pozyskiwana od prywatnych sprzedawców, ale większość rodzin nie dysponuje baniakami do jej przechowywania. Poza tym wciąż nie ma sieci sanitarnej ani żadnej opieki zdrowotnej. Kobiety rodzą pod drzewami.

Manyang zaznacza, że w okolicy jest niebezpiecznie. Przedstawiciele grupy etnicznej Murle porywają dzieci. To jedyne plemię w Sudanie Południowym, które dopuszcza się tej praktyki. Murle zaczęli uprowadzać dzieci tuż po odzyskaniu przez Sudan niepodległości w latach 50. ubiegłego wieku. Wtedy regionem zamieszkanym przez Murle zarządzała arabska milicja z północnego Sudanu. Funkcjonariusze zarazili kobiety chorobami wenerycznymi. W części przypadków doprowadziło to do bezpłodności. Aby zachować ciągłość plemienia, Murle napadali na sąsiadów i uprowadzali dzieci. Po odkryciu problemu Światowa Organizacja Zdrowia aplikowała zastrzyki z penicyliny. Jednak nowo zrodzona tradycja pozostała.

Uzależnienie od międzynarodowej pomocy

– Rządu nie obchodzi los osób, które ucierpiały w wyniku powodzi. Możesz wygooglować! Pomoc przychodzi ze strony społeczności i organizacji międzynarodowych, mówi Abdo.

Sudan Południowy pozostaje jednym z największych odbiorców pomocy humanitarnej na świecie, oprócz Jemenu, Syrii i Demokratycznej Republiki Konga. 70% społeczeństwa potrzebuje pomocy humanitarnej. Pandemia koronawirusa przyniosła nowe zagrożenie. Indeks Ryzyka Epidemiologicznego INFORM zaliczył Sudan Południowy do ośmiu krajów o wysokim ryzyku skutków pandemii. Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Bank Światowy przekazały ponad 100 mln dolarów na walkę z COVIDEM-19, a MFW przyznał krajowi pożyczki w wysokości około 200 mln dolarów.

– To hańba, że część środków jest rozkradana – stwierdza Garanga.

Śledztwo przeprowadzone przez platformę The New Humanitarian i Al Dżazirę obnażyło szereg nadużyć: urzędnicy zostali oskarżeni o pobieranie opłat za certyfikaty potwierdzające negatywny wynik testów, wymagane w przypadku międzynarodowych podróży, i testy COVID-19, które miały być bezpłatne. Ponadto przeznaczono miliony dolarów na remont szpitala koronawirusowego, który nadal stoi pusty, ponieważ podobno nie nadawał się na ośrodek chorób zakaźnych.

Frustrująco powolny postęp

Garang liczy na to, że międzynarodowe instytucje jak np. Unia Afrykańska pociągną skorumpowanych urzędników i żądnych władzy polityków do odpowiedzialności. I że wybory prezydenckie, które przesunięto z 2022 r. na 2023 r. – ze względu na niestabilność w kraju – faktycznie się odbędą.

Zdaniem ekspertów z think tanku International Crisis Group przywódcy Sudanu Południowego nie powinni spieszyć się z wyborami, jeżeli konflikt się utrzyma. „Obecnie ważne jest wzmocnienie podziału władzy i włączenie pozostałych stron do porozumienia pokojowego”, czytam w niedawno opublikowanym raporcie.

Garang pozostaje sceptyczny odnośnie do rządzącej elity.

– Porozumienie pokojowe nie jest realizowane. Politycy walczą o władze zamiast skupić się na potrzebach obywateli i odbudowie kraju. A przecież mają środki z wydobycia ropy! – podkreśla.

Były szef Misji ONZ w Sudanie Południowym David Shearer uznał w marcu br. że w ciągu ostatnich czterech lat „sytuacja w Sudanie Południowym się polepszyła dzięki zbiorowym wysiłkom wielu aktorów”. Ale postęp jest „frustrująco powolny”. Eksperci z think tanku International Crisis Group są mniej optymistyczni. „Sudan Południowy wymaga zresetowania, jeśli nie ponownego stworzenia. Wojna domowa z 2013 r. dobitnie zilustrowała kruchość najmłodszego państwa świata. Nie ma konsensusu co do tego, w jaki sposób popchnąć kraj do przodu w obliczu wrogości etnicznych, upadku gospodarczego i marazmu instytucji. Skala wyzwań jest ogromna. Postęp w kierunku większej integracji i zmniejszenia przemocy będzie prawdopodobnie wstrzymywany i nieliniowy. Jednak tylko uporczywe poszukiwanie porozumienia politycznego przez wszystkich mieszkańców Sudanu Południowego może zaowocować ocaleniem marzeń z 2011 r. z obecnego wraku”.

Brak poprawy sprawia, że Garanga od czasu do czasu ogarnia poczucie beznadziei. Mimo to dziennikarz nie zamierza opuścić kraju – choć regularnie dostaje pogróżki, bo zajmuje się niewygodnymi dla polityków tematami, jak korupcja.

Kup numer