Dzieci Aboula i Mizgin. Dziewczynka ma osiem lat, chłopcy sześć i dwanaście. Pochodzą z tureckiego Kurdystanu fot. Anna Maria Biniecka
Ula Idzikowska grudzień 2021

Historie przez małe h

Nowy szlak migracyjny przez Mińsk nie zniknie z dnia na dzień. Mur, zasieki, szczucie psami i grożenie bronią nie powstrzymają ludzi, którzy są w sytuacji bez wyboru. Opowiadamy ich historie, żeby nie zostały zapomniane.

Artykuł z numeru

Przyjemność w czasie niepokoju

Czytaj także

Ula Idzikowska

Nowy grecki dom. I jego brak

Khadija jest zaskoczona. Też bym była, gdyby ktoś obcy zjawił się w moim mieszkaniu bez zapowiedzi. Pokój z piętrowymi łóżkami w białostockiej noclegowni nieopodal dworca pachnie domem. To zapach wyboru – smażonej ryby, którą przygotowuje uzbrojona w widelec Khadija na elektrycznej kuchence z dwoma palnikami. Po tygodniach spędzonych w drodze może w końcu sama zadecydować o tym, co i kiedy jedzą jej dzieci.

Próbujemy wyjaśnić, kim jesteśmy. Khadija rozkłada ręce. Jej mąż Rassoul nie zwraca na nas uwagi. Nie dogadamy się. Małżeństwo posługuje się językiem sorani – kurdyjskim dialektem. Nie wiemy nawet, jak ich przywitać. Anna Maria Biniecka, dokumentalistka, która śledzi losy osób na granicy od początku kryzysu humanitarnego, dzwoni po tłumacza.

Odsłuchuję nagranie z początku tego spotkania: skwierczenie ryby na patelni i głos sześcioletniej Yary, która najpierw też podchodzi do nas z dystansem.  „Salam! Salam! Bashit?” Teraz już wiemy, jak zaczynać rozmowy. Khadija prosi, aby nie robić jej zdjęć, ani nie rejestrować rozmowy. Wyłączam nagrywanie, chowam sprzęt. W pamięci zostają mi odgłosy łapanego z trudem powietrza, które dochodzą z łóżek. Leżą na nich niepełnosprawni synowie Khadiji. Do tego prawie niewyczuwalny smak posolonych kawałków pomarańczy, którymi częstuje nas kobieta (podobno tak właśnie się je podaje). A w notatniku kilka kluczowych słów, na podstawie których rekonstruuję tę historię.

Sześć dni – tyle czasu Khadija spędziła w szpitalu. „Bardzo zły stan psychiczny” widnieje w moich notatkach. To przez rozłąkę. Rassoul trafił wtedy do police station – tak tłumacz określa placówkę Straży Granicznej.

Synowie Khadijy i  Rassoula urodzili się z mózgowym porażeniem dziecięcym. Lekarze w Iraku nie potrafili im pomóc. Para konsultowała się również ze specjalistami w Iranie. Wciąż odsyłano ją z kwitkiem.

–  Almanya, Almanya – wyjazd do Niemiec miał być rozwiązaniem. Tam dzieci otrzymałyby odpowiednią opiekę. Dlatego wyjechaliśmy.

„Wszyscy wiedzą”

Wszyscy na Bliskim Wschodzie  – i  nie tylko  – wiedzą o nowym szlaku migracyjnym przez Mińsk. Tak mówią Syryjczycy oraz Kurdowie z Iraku i Turcji, których spotykam w białostockiej noclegowni dla osób w kryzysie bezdomności prowadzonej przez fundację Dialog.

Wiele osób czerpie informacje z arabskojęzycznych forów internetowych i mediów społecznościowych. Wpisy nierzadko zawierają dezinformację o „łatwym spacerze po lesie”. Mimo, że polscy aktywiści odradzają w sieci przekraczanie granicy polsko-białoruskiej, wciąż wiele osób próbuje dostać się do Unii Europejskiej przez nasze pogranicze. Ten szlak migracyjny jest postrzegany jako znacznie bezpieczniejszy niż wielomiesięczna wędrówka przez Bałkany.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Polska Straż Graniczna na bieżąco informuje o próbach przekroczenia granicy. 2 listopada było ich 351.

A o ile osób chodzi? Tego nie wiemy. Imiona, wiek, płeć tych ludzi i ich historie docierają do nas wyłącznie dzięki relacjom aktywistów i organizacji międzyrządowych działających na granicy.

Od rzeczniczki Straży Granicznej dowiaduję się, ilu osobom się udało. Pod koniec września w strzeżonych ośrodkach – to tam przebywają ci, którzy przekroczyli granicę w nieuregulowany sposób – było prawie 300 kobiet, ok. 340 dzieci i 850 mężczyzn. „Najwięcej jest obywateli Iraku – 735, i Afganistanu – 427”, mój wzrok prześlizguje się po liczbach w e-mailu. Niemal 1500 historii przez małe h, których nie mogę wysłuchać, bo nie mam wstępu do zamkniętych ośrodków. „Wizyty przedstawicieli mediów nie są obecnie możliwe ze względu na stan epidemii. W ośrodkach przebywają cudzoziemcy zakażeni COVID-19 oraz osoby, które miały z nimi kontakt i odbywają kwarantannę. Dodatkowo wizerunek osób starających się o ochronę międzynarodową, ze względu na możliwe prześladowania w krajach pochodzenia, jest szczególnie chroniony” – czytam po raz kolejny odmowę ze strony Straży Granicznej. Mogę pójść potańczyć do klubu i siedzieć w kinie bez maseczki, ale tutaj natrafiam na mur utkany z pandemii i troski o ludzi, którzy przeszli przez piekło, by wylądować w zamkniętym ośrodku. Miejscu, jak wykazała ostatnia inspekcja ad hoc przedstawicieli Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur, przypominającym więzienie. Okna z kratami, zasieki wokół terenu. Do tego fatalne warunki w środku: przepełnienie i brud.

Na domiar złego nowo utworzony ośrodek w Wędrzynie znajduje się na terenie czynnego poligonu. Codzienne odgłosy strzałów i eksplozji wywołują ogromny stres w mieszkańcach ośrodka, czytam w raporcie opublikowanym na stronie Rzecznika Praw Obywatelskich.

Obecnie w wędrzyńskim ośrodku przebywa prawie 600 osób. Autorzy raportu uznali umieszczenie osób ubiegających się o ochronę międzynarodową na terenie poligonu za „szczególnie bulwersujące, wziąwszy pod uwagę, że wśród [nich] są osoby, które opuściły kraj pochodzenia w związku z toczącymi się tam konfliktami zbrojnymi”.

Świadek

Mayar Obied spędził w strzeżonym ośrodku półtora dnia. Usiłuję zrozumieć, jak ten młody chłopak w czarnym dresie i rękach w kieszeni, jakby wciąż nie mógł się zagrzać, dotarł do Polski.

– Dwa razy nas zawracali  – wyjaśnia po angielsku. – Za trzecim razem szedłem sam. Rodzina Irakijczyków, do której się przyłączyłem, po pewnym czasie nie pozwoliła mi iść z sobą. Dlaczego? Nie wiem. Może się bała. Jestem singlem. Może mężczyźni bali się o swoje żony. Ciężko powiedzieć.

Mayara też paraliżował strach – o własne życie. Myślał, że nie wyjdzie z tego lasu. Że tam już na zawsze zostanie. Ostatnie wspomnienie opisuje w czasie teraźniejszym, jakby wciąż tam był. Może tak jest.

– Jestem chory. Leżę na ziemi. Żołnierz sprawdza mi puls. Przykłada dwa palce, o tak, do szyi. Serce bije mi bardzo wolno.

Rodzina Mayara obawiała się najgorszego.

– Nie mieliśmy kontaktu przez 10 dni. Moja mama myślała, że nie żyję. Pytała wszystkich. Mojego starszego brata, który od 2015 r. jest w Niemczech, i mojego wujka, który mieszka w Holandii.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że wyszedłem z tego żywy. Ale to wszystko przeszłość, mam nowe życie.

Dziewiętnastolatek powtarza to zdanie jak mantrę. Albo zaklęcie czy przepowiednię. Ten nowy etap zaczyna się w białostockiej noclegowni. To tam trafiają osoby, które są w zbyt ciężkim stanie – czy to psychicznym, czy fizycznym – aby przebywać w zamkniętych ośrodkach.

– Przenieśli mnie tutaj, bo jestem chory – mówi Mayar, zanosząc się kaszlem. Podczas przeprawy przez Puszczę Białowieską astma była jego największym wrogiem, zaraz po białoruskich pogranicznikach. W trakcie trzeciej próby przekroczenia granicy trafił do szpitala. Lekarz stwierdził u niego skrajne wyczerpanie, również emocjonalne.

Mówi, że miał szczęście. – Gdy byłem w lesie jeszcze nie padało.

Załamanie pogody nastąpiło w połowie września. Akurat kiedy po raz pierwszy ruszyłam na Podlasie, w pobliże Hajnówki. To w ten weekend, w niedzielę 19 września znaleziono ciała pierwszych trzech ofiar, w  tym Irakijczyka Ahmeda Hamida, który zmarł w wyniku wychłodzenia organizmu nieopodal wsi Dworczysko. Nie znamy imion ani nazwisk dwóch pozostałych zmarłych. Ale pamiętamy o nich, zaznacza w mediach społecznościowych Grupa Granica – sieć organizacji pozarządowych i aktywistów działających na granicy – z okazji święta 1 listopada.

„Pamiętamy o Irakijczyku, który zmarł pod Nowym Dworem.

Pamiętamy o irakijskim 16-latku, który zmarł po wywózce z Polski.

Pamiętamy o 24-letnim Syryjczyku, który został odnaleziony niedaleko Kuźnicy Białostockiej.

Pamiętamy o 19-letnim Syryjczyku, którego ciało wyłowiono z Bugu na Lubelszczyźnie.

Pamiętamy o mężczyźnie, który został znaleziony pod wsią Kuźnice.

Pamiętamy o 39-letniej Irakijce, której ciało leżało metr od polskiej granicy.

Pamiętamy o 25-letnim Gailanie, który zmarł zaledwie kilka dni temu.

Pamiętamy o wszystkich innych, którzy zmarli w polskich i białoruskich lasach, a o których jeszcze usłyszymy”.

Ta litania wprowadza mnie w trans. Wracam na Podlasie. Słyszę szelest kukurydzy i głos opowiadający mi o tych, którzy śpią między kolbami. Bo jest cieplej. „A co, jak zaczną kosić? Nie chcę o tym myśleć” – mówi mi lekarka Paulina Bownik, która od początku kryzysu stara się – w miarę możliwości – pomagać migrantom i uchodźcom.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer