fot. z archiwum autorki
Agnieszka Zielonka kwiecień 2020

Szlak bałkański. Bez wyjścia

W bośniackim miasteczku Bihać migrantów potraktowano podobnie jak bezdomne psy. By pozbyć się problemu z centrum, stworzono dla nich miejsce poza zasięgiem wzroku turystów i mieszkańców.

Artykuł z numeru

Duchowe  światy Olgi Tokarczuk

Duchowe  światy Olgi Tokarczuk

Baktasz ma 24 lata i wolałby zginąć w Afganistanie. Gdyby wcześniej wiedział, że będzie całymi dniami przedzierał się przez zaśnieżone góry, ukrywając przed ludzkim wzrokiem, koczował w opuszczonej cementowni, kąpał w lodowatej rzece i głodował, to by się nie zdecydował na tę drogę. Może nawet trochę chciałby, żeby dosięgnęła go jedna z trzech bomb, które wybuchły 100 m od niego, na ulicach Dżalalabadu, rozrywając na strzępy ludzi na chodniku.

Tak mówi, marznąc w opuszczonej cementowni, na przedmieściach prowincjonalnego miasteczka Bihać na granicy bośniacko-chorwackiej. Jest w drodze od prawie dwóch lat. Mówi otwarcie o depresji, którą wszyscy tu mają. O zespole stresu pourazowego. Na ścianie fabryki, w której mieszka, ktoś węglem napisał: „Kiedy znowu rozkwitniesz, wrócę do Ciebie, mój Afganistanie”. Poniżej dopisano „I już nigdy nie będę pił wina”. Baktasz tłumaczy: „Jako muzułmanie nie powinniśmy pić. Ale tu się zdarza. Papierosy, wino. Żeby uciec choć na chwilę od problemów i bólu”.

Historia Baktasza to kropla w morzu. Morzu 8 tys. nielegalnych migrantów, którzy na zimę utknęli w Bośni. 22 tys. osób, które przedarły się przez granicę turecką, albańską, bułgarską i dotarły na Bałkany. 70 mln uchodźców i przymusowo przesiedlonych osób na świecie.

*

2015 r. był rokiem próby dla Unii Europejskiej i jej systemu wartości. To wtedy ponad milion ludzi próbowało znaleźć azyl w krajach UE, uciekając przed wojną, prześladowaniami, biedą. Do Europy przybywali głównie przez basen Morza Śródziemnego, docierając do Grecji i Włoch. Zgodnie z konwencją dublińską pierwszy kraj UE, do którego dostanie się uchodźca, jest zobowiązany rozpatrzeć jego wniosek o azyl. Grecy nie nadążali z lokowaniem przybyszów i rozpatrywaniem wniosków, które złożyło ok. 800 tys. osób. Wyspy zapełniły się ludźmi żyjącymi w nieludzkich warunkach, oczekującymi na azyl nawet dwa lata. By zdjąć z Włoch i Grecji ciężar przyjmowania większości uchodźców na swój teren, UE zaproponowała tymczasowy, bardziej proporcjonalny system relokacji. Największymi oponentami tego pomysłu były Polska i Węgry, które zapowiedziały, że nie przyjmą ani jednego uchodźcy.

Państwa członkowskie UE przestraszyły się wizji napływu milionów osób do swoich krajów. Węgrzy postanowili wybudować mur, który zatrzyma ludzi na granicy. Ukończony w 2017 r., długi na 175 km podwójny płot z drutów kolczastych jest według gabinetu Viktora Orbána (premiera Węgier) symbolem „europejskiej solidarności zademonstrowanej w praktyce”.

Baktasz również dopłynął do Grecji. W 2017 r. Razem z rodziną. W oczekiwaniu na decyzję o azylu był wolontariuszem w greckich obozach, tłumaczył z paszto na angielski. Po kilku miesiącach rodzina otrzymała decyzję. Mama Baktasza i dwoje niepełnoletniego rodzeństwa otrzymali azyl. Jemu i ojcu odmówiono. Spróbował ponownie. Dwa razy przebywał w areszcie, nie wie nawet dlaczego. Dostał drugą odmowę. To wtedy ktoś powiedział mu, że do UE można dostać się przez Bałkany. Nie miał nic do stracenia, wyruszył.

Niewygodny problem

Bihać to niewielkie przygraniczne miasteczko w kantonie uńsko-sańskim. Można przejść je na piechotę w pół godziny. Stare miasto, położone na brzegu rzeki Una, zaprasza małymi knajpkami, uroczymi ścieżkami spacerowymi. Stąd można też ruszyć do największego w kraju Parku Narodowego Una. Malowniczo położone jeziora, naturalne wodospady, szlaki do turystyki pieszej przyciągają dziesiątki tysięcy turystów każdego roku. Turystyka to źródło utrzymania większości mieszkańców. Położenie miasteczka 5 km w linii prostej od granicy chorwackiej okazało się w 2018 r. atrakcyjne nie tylko dla ludzi poszukujących wypoczynku na łonie natury, ale też dla tych, którzy uciekając ze swoich krajów, poszukują najszybszej drogi do Europy. Jak mówi burmistrz Bihacia Šuhret Fazlić, na początku 2018 r., w mieście z dnia na dzień pojawiło się kilka tysięcy przybyszów: „Wiosną miasteczko zostało przytłoczone przez migrantów. W okolicy obozu Bira ponad tysiąc osób mieszkało w pustostanach, garażach, ogródkach prywatnych domów. Bez jedzenia, opieki medycznej, toalet. Musieliśmy radzić sobie sami z tą sytuacją. Rząd przez dwa lata nie zrobił nic”.

Minister obrony w latach 2015–2019 Dragan Mektić inaczej widzi współpracę z burmistrzem: „Spotkałem się z nim 10 czy 15 razy, co dowodzi, że była między nami współpraca. Byłem też i w Cazin, i w Kladuša, i w innych miejscach, dyskutowałem z mieszkańcami. W pewnym momencie zrozumiałem jednak, że to nie przyniesie żadnych efektów. Przedstawiciele lokalnej władzy są głęboko politycznie podzieleni i wykorzystują kryzys migracyjny do własnych celów. W nawiązaniu do tego tematu budują swoją kampanię polityczną”.

W Bośni każdy próbuje uniknąć odpowiedzialności za zajęcie się tysiącami nielegalnych migrantów. Władze lokalne uważają, że rząd z nimi nie współpracuje, rząd wytyka kantonom niemożność zadecydowania o lokalizacji obozów. UE przygląda się z boku konfliktowi, działa głównie przez międzynarodowe ciało ONZ – International Organization of Migration (IOM).

Peter Van der Auweraert, szef misji IOM w Bośni i Hercegowinie: „Nigdy nie było krajowego planu działania. Większość innych kantonów odmówiła przyjęcia jakichkolwiek migrantów na swoim terenie. Mieszkańcy Una-Sana są sfrustrowani, że nikt z nimi nie współpracuje. Lokalne władze są w bardzo trudnej sytuacji – jeśli zgodzą się na budowę dodatkowych obozów, mieszkańcy będą się buntować. Dyskurs polityczny był błędny od samego początku. Jeżeli wychodzi się z założenia: jesteśmy ofiarami tej sytuacji, mamy kryzys i wielki problem, to po półtora roku trudno zmienić kierunek tej dyskusji. A można było od początku podejść inaczej: migranci będą tu przychodzić ze względu na położenie miasteczka. Zamieńmy to w szansę. Zdobądźmy fundusze, otwórzmy centra”.

Burmistrz Bihacia przyznaje, że pojawienie się migrantów w znaczący sposób poprawiło sytuację finansową kantonu: „Migranci to największy pracodawca w Bihaciu. Ponad 500 osób dostało tu dzięki nim bardzo dobrze płatną pracę. W agencjach ONZ i UE, organizacjach pozarządowych, prywatnych firmach”.

Mieszkańcy obawiają się, że obecność uchodźców wpływa negatywnie na turystykę, która jest głównym filarem ekonomicznym okolicy. Tymczasem według danych Agencji Statystycznej liczba turystów w kantonie uńsko-sańskim wzrasta nieprzerwanie od 2014 r. (30 140 osób). W 2018 r. wyniosła już 55 590 turystów. Tendencja pierwszych trzech miesięcy 2019 r. była nadal wzrostowa, nie opublikowano jeszcze rocznego podsumowania.

W czasie gdy politycy kłócili się, gdzie uchodźcy powinni zostać umieszczeni, a środki unijne czekały w zawieszeniu na decyzje, migranci po prostu przyszli. W 2018 r. było ich dziesięciokrotnie więcej niż rok wcześniej. To wynik uszczelniania granic przez kraje członkowskie i zamknięcia wschodniej drogi bałkańskiej.

Symbol wstydu

W 2019 r. ok. 10 tys. osób dotarło do Bihacia. Miejsc w okolicznych obozach nie było nawet dla połowy z nich. By pozbyć się uchodźców z centrum miasteczka, rada miasta postanowiła zorganizować miejsce na obóz w oddalonej o 9 km w stronę granicy chorwackiej miejscowości Vučjak. UE nie zgodziła się na tę lokalizację z trzech powodów:

  1. Dookoła obozu są niezabezpieczone pola minowe z czasów wojny bałkańskiej.
  2. 20 lat teren obozu był wysypiskiem śmieci; istnieje ryzyko, że niebezpieczne gazy wciąż wydobywają się na powierzchnię.
  3. Vučjak leży 5 km w linii prostej od granicy chorwackiej.

Burmistrz: „Uważam takie podejście Unii Europejskiej za hipokryzję. Pola minowe są wszędzie w Bośni, wysypisko było 20 lat temu. To oczywiste, że Unia Europejska nie chce żadnego obozu w Bihaciu ze względu na bliskość granicy chorwackiej, kraju zrzeszonego. Pozostałe argumenty to tylko wymówka, żeby nic nie robić”.

Pomimo sprzeciwu UE i międzynarodowych organizacji humanitarnych miasto postawiło na wysypisku śmieci 80 namiotów, które stały się domem dla kilkuset osób. Migranci nazywali obóz „Dżunglą” ze względu na trudne warunki – ludzie wegetowali w nim bez żadnej pomocy medycznej, sanitariatów, pitnej wody, ogrzewania.

Brakowało łóżek, koców. Żadna z oficjalnie działających organizacji pomocowych nie chciała podjąć się tam pracy. Ostatecznie pięciu wolontariuszy z lokalnego Czerwonego Krzyża zapewniło potrzebującym ciepły posiłek, pojawili się też Lekarze bez Granic i oddolne inicjatywy lokalne.

Burmistrz: „Vučjak nie został otwarty. My tylko przygotowaliśmy miejsce i poprosiliśmy policjantów, żeby wszystkich migrantów, których spotkają w mieście – na ulicach, cmentarzach, parkach – wywozili do Vučjaka. I tak samo będziemy robić w przyszłości”

Migrantów potraktowano podobnie jak bezdomne psy. By pozbyć się problemu z centrum, stworzono dla nich miejsce poza zasięgiem wzroku turystów i mieszkańców. Migranci tak jak zwierzęta byli zwożeni do Vucˇjaka z całej okolicy, wysadzani na terenie obozu i pozostawiani sami sobie. Dopiero zima, uwaga międzynarodowych mediów i wizyta Dunji Mijatović – komisarz rady Europy ds. praw człowieka – zmieniły sytuację. „Jeśli nie zamkniemy obozu dziś, ludzie zaczną tu umierać” – powiedziała Mijatović. Trzy dni później ponad 750 osób zostało wywiezionych do obozów w okolicy Sarajewa, a Vučjak oficjalnie zamknięto.

Segregacja

Przez teren okrytego złą sławą obozu Vučjak w latach 90. przebiegała linia frontu w czasie wojny bałkańskiej. Mieszkańcy Bihacia, tak jak innych bośniackich miasteczek, dobrze pamiętają, jak to jest być uchodźcą. „Przykro mi z powodu tych ludzi. Dwadzieścia pięć lat temu sami byliśmy uchodźcami. Po tym jak Serbia nas zaatakowała, ruszyliśmy do innych krajów, żeby ratować swoje życie. Dlatego mi smutno, bo wiem, jak wygląda życie uchodźcy” – mówi pracownik restauracji Krajina, jedynej w miasteczku, do której migranci w ogóle mogą wejść. Na ostatnim piętrze jest wydzielona sala, gdzie mogą przyjść, ogrzać się, wypić kawę i naładować telefon. Często wstępuje tam Pakistańczyk Amir. Zna obsługę po imieniu, a kelnerzy wiedzą, że zawsze pije cappuccino. „Możemy przyjść tu i jeszcze do jednej restauracji prowadzonej przez Syryjczyka. Do innych nas nie wpuszczają. Tak samo sklepy – chiński market po śpiwory, czołówki i inne rzeczy potrzebne do przetrwania. Duży supermarket w centrum – po jedzenie. Do innych nie mamy wstępu”.

W małym osiedlowym sklepiku pytam, dlaczego nie wpuszczają uchodźców. Kasjerka odpowiada: „Alibaba! Alibaba!”. To międzynarodowe, używane zarówno przez migrantów, jak i miejscowych określenie złodzieja. „Nie wszyscy, nie wszyscy” – reflektuje się po chwili.

Samiego z Afganistanu spotykam podczas jarmarku bożonarodzeniowego w centrum miasteczka. Ma 16 lat, nie ma tu rodziny, jedynie kolegę, z którym podróżuje. Opowiada mi, jak po stronie chorwackiej trzy dni czekał w umówionym miejscu na przemytników, którzy mieli go wywieźć w głąb kraju. W deszczu, bez jedzenia i wody. Po trzech dniach zrezygnował, poszedł na najbliższy posterunek policji. Odwieźli go do Bośni. W Bułgarii pogryzły go dotkliwie bezpańskie psy. Kiedy pytam, co jest najtrudniejsze w jego sytuacji, spogląda na świąteczne lodowisko: „Chciałem pojeździć. Miałem pieniądze, pięć marek. Nie chcieli mi wypożyczyć łyżew. Dlaczego? Przecież miałem pieniądze, nie chciałem nic za darmo. Powiedzieli, że dla mnie nie ma wstępu”.

Tysiąc Muhammadów Ali

Mieszkańcy miasteczka są zmęczeni obecnością migrantów na ulicach. Mimo że początkowo byli nastawieni do nich pozytywnie, coraz częściej mówią o przestępstwach, które popełniają, chorobach, które roznoszą. Baktasz, sam będący uchodźcą, podziela ich obawy: „Mieszkanie w cementowni to dla mnie najtrudniejsze doświadczenie z całej drogi. Boję się. Nie znam ludzi, którzy mieszkają obok mnie, nie wiem, kim są. Spotkałem już złodziei, gangsterów. Każdy ma inną historię. Są tu tacy, którzy uciekają przed wojną, są też tacy, którzy uciekają przed wyrokiem. Ludzie powinni być monitorowani i odsyłani, jeżeli popełnią jakieś przestępstwo, ale nikt tego nie kontroluje”.

Problemem w kontrolowaniu migrantów jest przede wszystkim brak dokumentów. Większość pozbywa się ich już na początku drogi lub zostawia w kraju. Robią to ze strachu. Bez dokumentów i potwierdzonej tożsamości nie mogą zostać deportowani w przypadku zatrzymania. Jest to jednak miecz obosieczny, uniemożliwia zatrzymania przestępców, pociąganie do odpowiedzialności karnej.

Daniel Triwunicz z bośniackiej straży granicznej zatrzymuje codziennie dziesiątki, setki osób w strefie przygranicznej: „To ogromny problem dla nas. Mamy tysiące osób przemieszczających się w różnych kierunkach, nie możemy potwierdzić ich tożsamości. To jest paradoks, ludzie nie mają dokumentów, mieszkają w obozach pół roku, a w tym czasie pobierają pieniądze z Western Union. Gdzieś więc te dokumenty muszą mieć. Zapewne w telefonach, ale nie możemy ich przeszukać. My w tym czasie mamy zarejestrowanych tysiące Muhammadów Ali, urodzonych 1 stycznia któregoś roku”.

Gra

Migranci niechętnie wyjeżdżali Vučjaka, który dostał wiele mówiącą nazwę The Game Base Camp. Tak jak alpiniści, zanim zaatakują górę, budują obóz bazowy (base camp), w którym mogą zregenerować siły i przygotować się do szturmu na szczyt, tak migranci dostali od miasta taką przestrzeń. To stąd najłatwiej było zacząć niebezpieczną grę w kotkę i myszka z policją graniczną Bośni i Hercegowiny oraz Chorwacji. Wygrani przedostawali się do Włoch, Niemiec, Szwajcarii. Przegrani – wracają do Bihacia, żeby odzyskać siły, zaleczyć rany i próbować znowu.

Rekordziści, jak Amir z Pakistanu, który w Krajinie zazwyczaj pije cappuccino, próbowali przekroczyć granicę nawet 30 razy. Amir 28 razy szedł przez kilka dni, przez zaśnieżone góry o wysokości

nawet 2000 m. Przeprawa do drogi po chorwackiej stronie zajmuje ok. 4–5 dni. Niósł na plecach cały prowiant i dobytek. I przegrywał, raz za razem. Zatrzymywali go chorwacka straż graniczna, policja, Frontex. Często nie na samej granicy, ale głęboko wewnątrz Chorwacji lub nawet już w Słowenii. Amir był bity, rozbierał się ze wszystkich ubrań, z których funkcjonariusze zrobili wielkie ognisko na jego oczach. Wracał w samych skarpetkach do Vučjaka, 20 km przez zimowy las. Nie ma telefonu, 10 mu już zabrano, na kupno kolejnych już go nie stać

Scenariusze po zatrzymaniu są różne, lecz wiele historii się powtarza. Grupa dziewięciu mężczyzn po zatrzymaniu została zmuszona do położenia się na ziemi, z rękoma zaplecionymi na karku. Leżeli bez ruchu cztery godziny, w tym czasie policjanci kopali ich, poniżali i wyśmiewali. Grupa pięciu mężczyzn z Syrii, w wieku 13–32 lata, została zmuszona do rozebrania się. Stali dwie godziny na mrozie, w czasie gdy policjanci ich przeszukiwali i zabrali im wszystkie rzeczy osobiste. Następnie zostali wywiezieni na granicę bośniacką, zmuszeni do wskoczenia do lodowatej rzeki. Jeden z policjantów strzelał w powietrze i krzyczał: „Dalej, dalej!”. Następnie przemoczeni mężczyźni bez ubrań wracali kilka godzin do obozu w Bośni.

Zgodnie z konwencją genewską każdy człowiek ma prawo ubiegać się o ochronę międzynarodową w przypadku zagrożenia życia w kraju pochodzenia. Do wystąpienia o azyl nie są potrzebne żadne dokumenty. Kraj, w którym uchodźca wyraża chęć złożenia wniosku o azyl, ma obowiązek rozpatrzeć jego sprawę, a w wypadku decyzji odmownej następuje procedura readmisji. Chorwacja i Bośnia mają podpisaną umowę o readmisji. W zeszłym roku oficjalnie odesłano 50 osób, w tym 9 obywateli Bośni. Nielegalnie odesłano 3187 osób, w tym tylko w 9% przypadków nie doszło do użycia przemocy[i]. Prezydent Chorwacji w wywiadzie dla szwajcarskiej telewizji w lipcu 2019 r. przyznała: „Oczywiście trochę siły musi być użyte podczas zawracania ludzi z granicy”. Chorwacja, bezprawnie wywożąc ludzi z terenu kraju z powrotem do Bośni, bez możliwości wystąpienia o azyl, łamie międzynarodowe prawo. Proceder ten zwrócił ostatnio uwagę wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców. Chorwacja została poproszona o odniesienie się do raportu, według którego uniemożliwia uchodźcom wystąpienie o azyl na swoim terenie.

Border Violence Monitoring Network raportuje przypadki przemocy, kradzieży i innych nielegalnych działań ze strony funkcjonariuszy Chorwacji i UE na granicy. W raporcie podsumowującym rok 2019 można przeczytać o:

» 287 przypadkach kradzieży i niszczenia mienia,

» 231 przypadkach przemocy fizycznej i znieważania,

» 83 przypadkach użycia broni lub gróźb z bronią w ręku,

» 64 przypadkach zmuszania do rozebrania się.

Często funkcjonariusze zatrzymują ludzi daleko poza strefą przygraniczną. Nie sprawdzają ich tożsamości, nie weryfikują informacji. Szerokim echem odbiła się historia dwóch Nigeryjczyków, Abia Uchenna Alexandro i Eboh Kenneth Chinedu, którzy przyjechali do Chorwacji na turniej tenisa stołowego World InterUniversities Championships. Po meczu poszli zwiedzać miasto. Zostali zatrzymani przez policję na ulicy w Zagrzebiu. Po przewiezieniu na posterunek policji młodzi mężczyźni wyjaśnili, że ich dokumenty, łącznie z ważną wizą, są w hotelu, w którym mieszkają. Policjanci nie uwierzyli i wywieźli ich na granicę bośniacką. Wskazali im kierunek, w którym mają iść. Kiedy Chinedu odmówił, usłyszał, że policjant go zastrzeli, jeśli się nie ruszy. Tak dwóch sportowców trafiło do obozu dla uchodźców w miasteczku Velika Kladuša, gdzie przy minusowych temperaturach migranci koczują w namiotach, bez wody i ogrzewania.

Granice

Chorwaci są zdeterminowani, by udowodnić, że potrafią bronić granic UE. Od tego m.in. zależy ich wejście do strefy Schengen. Zostali więc zaopatrzeni w najlepszy sprzęt, wsparcie Frontexu. W grudniu 2018 r. UE postanowiła przeznaczyć dodatkowe 6,8 mln € na wzmocnienie obrony granic kraju.

Bośnia i Hercegowina nie podpisała jeszcze umowy z Frontexem (Europejską Agencją Straży Granicznej i Przybrzeżnej), choć w świetle najnowszych postanowień oraz zwiększenia kompetencji i liczby pracowników Frontexu wydaje się to tylko kwestią czasu.

Daniel Triwunicz ze straży granicznej z zazdrością spogląda na wyposażenie kolegów z zagranicy. „Naszym głównym problemem jest niedostatek pracowników. Udaremniliśmy tysiące prób nielegalnego przekraczania granicy. Mimo że nie mamy ani ludzi, ani sprzętu, robimy, co możemy. Chorwaci są dużo lepiej wyposażeni. Mają kamery termowizyjne, czujniki ruchu, najnowszy sprzęt. I zdecydowanie więcej ludzi”.

Zwiększanie nakładu na ochronę granic zewnętrznych UE jest kontrowersyjne przynajmniej z kilku powodów. Po pierwsze, wymaga współpracy z krajami trzecimi, takimi jak Libia czy Turcja, których ustrój jest daleki od demokratycznego, a łamanie praw człowieka pozostaje w nich na porządku dziennym. Turcja w 2016 r. podpisała z UE umowę, na mocy której zgodziła się przyjmować część uchodźców z Grecji w zamian za wsparcie finansowe i ruch bezwizowy. Erdog ˘an regularnie grozi UE zerwaniem umowy i wpuszczeniem na jej teren 2 mln uchodźców ze swojego kraju. Human Rights Watch niejednokrotnie informowało o nieludzkich warunkach, w jakich przetrzymywani są uchodźcy w Libii, którzy zostali zawróceni przy próbie dotarcia do Włoch. Europejski komisarz ds. uchodźców przyznał w 2017 r.: „Jesteśmy wszyscy świadomi, w jaki fatalnych i poniżających warunkach są przetrzymywani niektórzy migranci w Libii”. Mimo to Unia zacieśnia współpracę z tymi krajami i ogłasza to jako sukces w kontrolowaniu przepływu nielegalnych migrantów na swój teren.

Po drugie, rzadko podnoszoną przez zwolenników uszczelniania granic unijnych kwestią jest lobbing firm zainteresowanych sprzedawaniem Unii rozwiązań militarnych. Według raportu Transnational Institute[ii] trzej główni gracze: Thales (radary, systemy sensoryczne), Airbus (helikoptery), Leonardo (helikoptery, drony) przez członkostwo w European Organisation for Security mają decydujący wpływ na kształt europejskiej polityki ochrony granic. W latach 2014–2019 organizacja odbyła 226 oficjalnych spotkań lobbingowych z Komisją Europejską. Budżet na ten cel tylko w 2017 r. wyniósł 2,6 mln €.

W 2018 r. kraje członkowskie UE wybudowały w sumie ponad 1000 km murów na granicach – to sześć razy więcej niż miał mur berliński.

Oprócz budowania fizycznych murów UE stawia na poprawę ochrony swoich granic zewnętrznych. Frontex w 2016 r. dostał możliwość interweniowania w krajach przygranicznych, które doświadczają napływu migrantów. Budżet Agencji wzrósł z 143 mln € w roku 2015 do 322 mln w 2020 r. Liczb pracowników – z 402 do 1000 w 2020 r.

W przyszłym cyklu finansowym UE planuje przeznaczyć 34,9 bln € na ochronę granic zewnętrznych.

Czy mury działają?

Statystyki mówią, że tak. W ciągu ostatnich trzech lat stopniowego zaostrzania kontroli granicznych i budowy murów przez dziesięć państw członkowskich UE liczba osób przybywających nielegalnie do Europy spadła z 1,2 mln do 150 tys. rocznie. Kontrole na granicach, mury, współpraca Frontexu z krajami sąsiadującymi z Unią nie powodują jednak, że ludzie nie decydują się na emigrację. Wybierają po prostu trudniejsze, bardziej ryzykowne drogi. W 2015 r. 1 na 267 migrantów zginął podczas próby dostania się do Europy. W 2018 r. statystyka ta wzrosła do 1 na 57. 123 migrantów straciło życie wewnątrz granic europejskich w 2018 r. To prawie dwa razy więcej niż w poprzednich latach i porównywalnie do roku 2015, kiedy migrantów w Europie było 8 razy więcej[iii]. Kilka lat temu podróżowali w grupach rodziny lub znajomych, dobrze znanymi szlakami. Dziś muszą się ukrywać, przedzierać przez granice nocą, przez wysokie góry czy szerokie rzeki.

Normą jest zatrudnianie przemytników. W Bośni prawie każdy pytany przyznaje, że żeby się tam dostać, zapłacił im od 6 do 8 tys. €. Biznes mafijny kwitnie. A im trudniej będzie przejść przez granice, tym wyższe będą stawki i większa będzie konkurencja. Przemytnicy są bardzo często rekrutowani spośród migrantów, którzy w ten sposób odrabiają dług za swoją podróż. Tymczasem organizatorzy są bezpieczni w Europie. Dziś już prawie nikt nie wybiera się w dalszą podróż bez agenta. Baktasz ostatnio szedł z 140 osobami, z czego w Chorwacji policja złapała 34. Każda ze 140 osób zapłaciła za tę próbę 200 €, co daje 28 tys. € zysku dla przemytników.

W grudniu 2019 r. podczas operacji Interpolu na Bałkanach zostało zatrzymanych 72 podejrzanych o handel ludźmi i 167 przemytników-migrantów. Uratowano 90 ofiar handlu ludźmi, w tym 7 nieletnich.

Co dalej?

Zima, która przyszła do Bośni w grudniu, i zamknięcie obozu Vučjak osłabiły na chwilę migracje u wrót Europy. Wielu uchodźców zdecydowało się przeczekać niekorzystną pogodę w obozach w okolicy Sarajewa. Jednak nikt nie ma złudzeń – wraz z ociepleniem migranci wrócą do Bihacia. Ich sytuacja jest dokładnie taka sama jak rok temu.

Triwunicz nazywa swoją pracę syzyfową: „Lokalna policja próbuje nie dopuścić ludzi do Bihacia. Wygania się ich z autobusów, pociągów. To unikanie problemu. Wiadomo, że oni i tak tu dotrą, to najkrótsza droga, żeby dostać się do Słowenii i Włoch. Potem próbują przekroczyć granicę, my ich łapiemy i odsyłamy z powrotem. Oni wracają, my znowu wykonujemy swoją pracę. I tak w kółko. Współpracujemy z lokalną policją, ale mamy trochę konflikt interesów. Oni chcieliby, żeby ludzie przeszli do Chorwacji, bo to zmniejszy napięcie w mieście. My z kolei nie możemy do tego dopuścić, bo w efekcie mielibyśmy kolejne tysiące osób w mieście”.

Burmistrz: „Jestem sfrustrowany, bo jedyną strategią, jaką miał minister obrony, była próba zamknięcia wschodniej granicy – nieudana. I wypchnięcie migrantów na zachód: do Chorwacji. Ten problem może być rozwiązany tylko na regionalnym szczeblu. Wszystkie kraje teraz oszukują się nawzajem. Migranci przybywają z Grecji i Bułgarii. Te kraje chcą się ich pozbyć, więc wypychają ich do Serbii i Czarnogóry. Ci z kolei przepychają ich dalej, do Bośni. Bośnia, by pozbyć się problemu, wygania ich do Chorwacji. Nie ma współpracy, strategii, niczego”.

Peter: „Nie róbmy problemu większym, niż jest w rzeczywistości. Nielegalna migracja nie jest dobra – zarówno dla migrantów, jak dla krajów nią dotkniętych. Ale ona zawsze istniała. Pytanie: co możemy zrobić, żeby ją zmniejszyć? Z perspektywy IOM jednym z rozwiązań jest zwiększenie legalnych możliwości pracy w UE. Chociażby poprzez krótkoterminowe wizy pracownicze. Migracja to nie tylko granice i legalne drogi, ale też szersze spojrzenie ekonomiczne. Taniej jest zatrudnić nielegalnego migranta na czarno niż legalnego czy miejscowego zgodnie z prawem. Radzenie sobie z nielegalną migracją to nie tylko kwestia tego, komu damy wizę, a komu nie. To większy, złożony problem, a szara strefa jest jej ważną częścią”.

Obecnie ani Bośnia i Hercegowina, ani UE nadal nie mają żadnego długoterminowego planu zarządzania napływem migrantów na drodze bałkańskiej.

*

Baktasz najbardziej nie mógł pogodzić się z tym, że dwuletnia podróż jest stratą czasu. Marzył o tym, żeby dołączyć do swojej rodziny w Niemczech. Chciał studiować, pracować, nauczyć się języka i odbudować swoje życie w nowym kraju. Kolejna próba przejścia granicy bośniackiej zakończyła się powodzeniem. Dotarł do Włoch, a stamtąd przez Francję do Niemiec. Jest w ośrodku dla uchodźców, czeka na rozpatrzenie wniosku o azyl. Spotkał mamę i rodzeństwo po rocznej rozłące. Uczy się niemieckiego.

[i] https://www.borderviolence.eu/new-report-on-cases-of-torture-of-asylum-seekers-by-croatian -authorities-at-eu-external-borders/ (dostęp: 24 lutego 2020 r.).

[ii] https://www.tni.org/en/businessbuildingwalls (dostęp: 24 lutego 2020 r.).

[iii] https://www.unhcr.org/desperatejourneys/ (dostęp: 24 lutego 2020 r.).

Kup numer