To jest trochę jak sen. Otwierasz oczy. Chyba jeszcze jest noc. Albo namiot przykryła warstwa śniegu. Raczej to drugie. Bo kapie na głowę. Tak, wystarczy strzepnąć go z tropiku namiotu, by do wnętrza wpadło nieco światła. Jest bardzo zimno, natychmiast puchówka. Byle wyjść ze śpiwora i rozgrzać ciało, nastawić kuchenkę. Uchylasz wejście. Jesteś na 5 tys. m n.p.m., na wysokogórskiej pustyni Altiplano. W Boliwii, ale to nie ma tu znaczenia. Przed tobą naga czerwona przestrzeń rozciągająca się na setki kilimetrów. Nasłuchujesz, jakby dźwięk odjeżdzającego dżipa, który wczoraj zostawił cię nieopodal, nie ulotnił się we śnie. To nie był mocny sen. Jak to bywa pierwszej nocy w głuszy. Oswajanie sprawy, czujność. Spokój przyjdzie za dwa, trzy dni.
W nocy stało się coś, czego się trochę bałeś. Śniegu miało nie być o tej porze roku. Śnieg to problemy. Wilgoć, chłód, grząski grunt. Lepiej się ciągnie bagaż z zapasami żywności i wody po twardym. Może przeschnie. Żeby przejść pustynię, przez ostatnie dwa lata konstruowałeś specjalny wózek terenowy, z oponami i szprychami gotowymi znieść duże obciążenia. Jest w miarę lekki, waży 30 kg bez bagażu. Masz do tego szytą na miarę uprząż, która usprawnia wędrówkę, pracują wszystkie mięśnie. Jesteś blisko równika, a wokół jakby Alaska. Wulkany przykryła czapa świeżego opadu. Na zboczach wydaje się puszysty. Na kraterach przypomina lukier. Laguna śmierdzi. Przyszedłeś tu wczoraj, dysząc piewszego dnia na dużej wysokości.
Ziemia tu pęka, rozwiera się, tryska gejzerami. Ciszę zakłóca tylko jeden dźwięk. Jedyne ruchome stworzenie. Różowy flaming. Już go widzisz. Człapie w twoją stronę na środku laguny. Wydaje dźwięki, które w tej przestrzeni niosą się z wyrazistością, jakby miał przy dziobie uczepiony mikrofon. Gdzie wetknęli głośniki? Woda już się gotuje na kuchence benzynowej i bulgocze. Byle jej starczyło. Wody i benzyny. Jak nie, to będziemy myśleć. Ogólnie jest jeszcze tak sobie – lekka niepewność, rytuał przejścia widać przed tobą. Pewne jest jedno – na wózku jest za dużo rzeczy, głównie jedzenia. Cała reszta – 40 l wody, namiot, śpiwór – jest nie do ruszenia.
No więc już pierwszego dnia selekcja. Wyrzucamy nadmiar. Masz ze sobą oczywisty zbytek – choć łudziłeś się, że się przyda – książkę, którą zamierzałeś czytać co wieczór. Ñameryka Martína Caparrósa. Co za głupota.
Waży chyba z kilogram, ma z 500 stron. O poranku dokonujesz jej uroczystego pochówku. Rozgrzebujesz głęboko mokry piach. Zakopujesz dzieło. Świadkiem jest tylko flaming. Zasięgu brak i nie będzie go przez następnych 10 dni. Do pokonania 250 km przez górski płaskowyż, laguny i salary.
Jeśli przeczytałeś to, wykonałeś być może najważniejszą pracę przed wyruszeniem na pustkowie: wyobrazić się na planie przyszłości. Oswoić w ten sposób, co nadchodzi. Na pustyni nie ma na to już czasu. Samotność z dala od ludzi i dóbr cywilizacji zawsze budziła w człowieku atawistyczny lęk. Ten został przez tysiące lat ewolucji stłumiony, bo wędrówka, często w samotności, była nieodłączną częścią życia. Daleko szukać… Dziadek Valerio, kierowca z miasta Uyuni, który zawiózł mnie na Altiplano na początek trasy, spędził tak pół życia. Regularnie wyruszał z karawaną lam na wielotygodniową wędrówkę przez pustkowia północnej Boliwii na żyzne ziemie Tarijy, skąd można było przywieźć zapasy kukurudzy w zamian za bryły soli, bo tu, na Altiplano, rosną tylko komosa i ziemniaki. Spał codziennie na pustyni, pod gwiazdami. Chłopskie historie w naszym kraju są pełne podobnych opowieści. Całkiem niedawno, wraz z rozwojem cywilizacji, ten lęk jakby powrócił. Po zakończeniu wyprawy relacjonowałem ją wybitnemu wspinaczowi, zahartowanemu w bojach, silnemu psychicznie i fizycznie. Nie dałbym rady, odparł, nie zniósłbym samotności w takiej przestrzeni.

