Rebecca Solnit fot. David Levenson/Getty
Rebecca Solnit luty 2021

Ucieczka z przedmieścia sprzed pięciu milionów lat

Opowieści o Mężczyźnie-Łowcy lansujące pogląd, że mężczyzna daje, a kobieta bierze, że mężczyzna pracuje, a kobieta się leni, to zmyślone historyjki mające usprawiedliwić dzisiejsze postawy polityczne.

Artykuł z numeru

Zniszczyć patriarchat w sobie

W każdej rozmowie o tym, kim jesteśmy, kim byliśmy i kim być możemy, prędzej czy później musi pojawić się opowieść o Mężczyźnie-Łowcy. I nie tylko o Mężczyźnie, ale także o Kobiecie i Dziecku. Istnieją niezliczone warianty tej historii, wszystkie brzmiące mniej więcej podobnie: w czasach prehistorycznych mężczyźni polowali i przynosili zdobycz do domu, aby nakarmić kobiety i dzieci, które tymczasem siedziały z założonymi rękami, całkiem od nich zależne. Na ogół to wszystko działo się w rodzinach nuklearnych, gdzie mężczyźni zapewniali byt wyłącznie swoim najbliższym, a kobiety nie tworzyły żadnej wspólnoty współpracującej przy wychowaniu dzieci. Kobiety w każdej wersji traktowane są jak tłumoki służące tylko do rozmnażania.

Choć ta opowieść stawia tezy na temat społeczności ludzkich istniejących 200 tys., a nawet 5 mln lat temu, ona sama nie jest zbyt stara; skądkolwiek się wzięła, wydaje się, że szczyt jej popularności przypadł na połowę ubiegłego wieku. Oto wyimek z Nagiej małpy Desmonda Morrisa, słynnej pod koniec lat 60.: „Ponieważ okres zależności potomstwa od rodziców trwa u małpy drapieżnej niezwykle długo, a opieka nad nim jest bardzo absorbująca, przeto samice nie mogły prawie wcale opuszczać stałych siedzib. (…) Zespoły osobników udających się na łowy, w przeciwieństwie do zespołów łowieckich u »czystych« mięsożerców, miały teraz składać się wyłącznie z samców. (…) Wyruszyć na poszukiwanie pokarmu, pozotawiając swe samice na pastwę zalotów innych samców, było dla samca prymatów rzeczą niesłychaną. (…) Tak doszło do powstania par monogamicznych”.

Inaczej mówiąc, powyższa narracja próbuje wywieść społeczno-gospodarcze stosunki dominujące na przełomie lat 50. i 60. XX w. wprost z prapoczątków naszego gatunku. Lecz dla mnie jest to opowieść o amerykańskim przedmieściu sprzed 5 mln lat. Pramężczyźni gdzieś idą – rzekomo wszyscy, bo jakoś nie widać tu chorych ani starych, ani tych, którzy zwyczajnie lubią posiedzieć w kucki i pogadać o fantastycznej antylopie, którą upolowali w zeszłym tygodniu. Nie – wszyscy dzień w dzień biorą swoje włócznie i łuki i wyruszają na cały dzień do roboty, gdzie odbijają swoje prehistoryczne karty zegarowe. Kobiety z dzieciakami kręcą się przy domowym ognisku, czekając, aż faceci przyniosą do domu bekon. Mężczyzna karmić kobieta. Kobieta powielać geny mężczyzna.

Jak później zwróciły uwagę antropolożki, podłożem zbyt wielu takich historii jest skrywany niepokój o wierność kobiet i władzę mężczyzn. Niepokój ten próbuje się uśmierzyć za pomocą wyjaśnień, dlaczego kobiety są wierne, a mężczyźni mają władzę: wierność to zapłata za kawałek mięsa.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

W 1966 r. na Uniwersytecie Chicago odbyła się nawet konferencja Man the Hunter [Męski łowca], której owocem była książka o takim tytule. Kiedy przeszukiwałam jej cyfrową wersję, słowo „kobieta” znalazłam dopiero na 74 stronie. Występowało ono w zdaniu: „Nie przemieszczają się mniej sprawni członkowie grupy, osoby stare oraz kobiety i dzieci”. Równie rzadko pojawia się słowo „zbieractwo”, mimo że książka podobno dotyczy wspólnot łowiecko-zbierackich. I byłaby to jedynie historyczna ciekawostka, gdyby nie fakt, że te historie utkwiły w ludzkiej pamięci. Ludzie od mainstreamu po mizoginiczny margines naszej epoki sprzedają je jako prawdziwe informacje o tym, kim byliśmy kiedyś i, nader często, kim jesteśmy teraz.

Tę osobliwą fantazję biologii ewolucyjnej lepiej poznałam pod koniec lat 90. ubiegłego wieku, kiedy pisałam książkę o dziejach pieszych wędrówek. Natrafiłam wówczas na prace C. Owena Lovejoya, anatoma, który od ponad dekady zamieszczał w prasie naukowej artykuły na temat ewolucji chodzenia u ludzi. Jego opowieść o związkach monogamicznych, choć technicznie bardziej skomplikowana niż wersja Morrisa, jest w gruncie rzeczy podobna: „Dwunożność stanowiła istotny element nowej strategii rozrodczej, gdyż ręce pozostawały wolne, dzięki czemu samce mogły przynosić partnerkom pożywienie zdobyte gdzie indziej”. Czyli znów – chodzenie i wolne ręce były dla facetów. Kobiety, jako istoty zależne, siedziały w domu.

Szeroko cytowany esej Lovejoya z 1981 r., The Origin of Man [Pochodzenie człowieka], zawiera nawet rozdział pt. The Nuclear Family [Rodzina nuklearna]. Autor utrzymuje w nim, że Mężczyzna-Łowca – osobnik jeszcze bardziej monogamiczny niż myśliwy Morrisa z „jego samicami” – nie przynosił mięsa całej grupie, lecz tylko swojej wiernej przyjaciółce i ich wspólnemu potomstwu. Teza ta wydaje się mocno wątpliwa, gdy mowa o dużym martwym zwierzęciu w ciepłym klimacie albo o wspólnie upolowanej zdobyczy. Czyż nie chcielibyśmy raczej podzielić się łupem i ucztować z całą wspólnotą? Tak czy inaczej, Lovejoy upiera się, że mężczyźni dostarczali, kobiety zaś czekały, a przy okazji teoretyzuje na temat „mniejszej mobilności samic”. Po czym podsumowuje: „Być może rodzina nuklearna i ludzkie zachowania seksualne pierwotnie wywodzą się z epok znacznie poprzedzających plejstocen”.

Dowodów przeczących tezie o Mężczyźnie-Łowcy nie brakuje. W latach 50. ubiegłego wieku Elizabeth Marshall Thomas przebywała na pustyni Kalahari, gdzie prowadziła badania ludu, który bywa nazywany San. Uważa się, że ze wszystkich ludów zamieszkujących naszą planetę San jeszcze do niedawna najdłużej podtrzymywali niezmienny, pradawny sposób życia. Thomas ustaliła, że w ich wypadku twierdzenie Morrisa, iż ze względu na „niezwykle długi okres zależności potomstwa od rodziców (…) samice nie mogły prawie wcale opuszczać stałych siedzib”, jest ewidentną nieprawdą. Cała badana grupa systematycznie zmieniała miejsce pobytu, ponadto rodziny mogły się przemieszczać niezależnie od grupy. Kobiety poznane przez Thomas niemal codziennie oddalały się, by zbierać żywność. Dzieci, które były zbyt duże, by je nosić, ale nie nadążały jeszcze za matkami, najczęściej zostawały w obozie pod czyjąś opieką. Z badań Thomas jasno wynika, że łowiectwo i zbieractwo nie są całkowicie rozdzielne: „Zbieracze – opowiada – często znajdują zwierzęta mniej ruchliwe: żółwie, węże, ślimaki i pisklęta”. A zatem nie tylko mężczyźni dostarczali pożywienie, więcej – nie tylko mężczyźni przynosili mięso. Oczywiście nikt nie twierdzi, że mężczyźni nie przynosili mięsa lub że nie byli ważni. Po prostu o żywność starali się wszyscy, nawet dzieci. I wszyscy byli ważni. Thomas wspomina, że pewien nadzwyczajny łowca, wspaniały biegacz, który potrafił doścignąć antylopę, któregoś dnia zabił trzy duże sztuki i czekał przy zdobyczy, aż jego żona i jej matka zwerbują więcej osób, aby zanieść mięso do obozu. Był to naprawdę wielki myśliwy, jednak musiał polegać na bardziej mobilnych kobietach i całej społeczności, żeby dać sobie radę z łupem. „Mięso jednoczyło ludzi – notuje Thomas. – Życiodajny mięsny posiłek był przeznaczony dla wszystkich”. Mężczyźni San nie polowali jako indywidualiści, głowy nuklearnych rodzin; polowali jako członkowie społeczności.

Mięsem dzielili się także Inuici, o czym pisał Peter Freuchen, pisarz i odkrywca, który na początku XX w. przebywał wśród tego ludu przez kilka dziesiątek lat. Przytacza on historię o tym, jak jego żona, Inuitka, bezlitośnie wyszydziła pewną skąpą kobietę, której mąż upolował fokę, a ona nie podzieliła się z pozostałymi. Dzielenie się było więc nie tylko kwestią przetrwania, lecz także etykiety.

Nawet wśród Inuitów, chyba najbardziej mięsożernych ludzi na naszym globie, kobiety czasem towarzyszyły mężom w długich łowieckich wyprawach; w ujemnych temperaturach myśliwi mogli umrzeć z zimna, gdyby uszkodzili ubranie, a więc wyżywieniem, odzieżą i schronieniem zajmowały się kobiety.

Takie sobie bajeczki” o męskiej niezależności fałszywie ukazują również dynamikę rodzin rolniczych i rzemieślniczych, robotników przemysłowych i urzędników. Większość rolników pracowała w domu – poszerzonym o ich pola i sady – a rodziny pracowały wraz z nimi. Również żony i dzieci rzemieślników na różne sposoby uczestniczyły w ich zajęciach. W czasie rewolucji przemysłowej kobiety i dzieci z klasy robotniczej harowały w fabrykach i warsztatach, i robią to do dzisiaj, wyzyskiwane w fabrycznych norach Gwatemali, Chin i Bangladeszu.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer