70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Justin Sullivan / Getty

Czego koronawirus może nas nauczyć o nadziei?

Pośród strachu i izolacji mogliśmy się nauczyć, że głęboka, pozytywna zmiana jest możliwa.

Kataklizmy przychodzą nagle i nigdy się właściwie nie kończą. Przyszłość w niczym istotnym nie będzie przypominać przeszłości, nawet tej najbliższej, sprzed miesiąca czy dwóch. Zmienią się nasza gospodarka, nasze priorytety, nasza percepcja. Konkretne wydarzenia są niepokojące: firmy takie jak General Electric i Ford przestawiły się na produkcję respiratorów, pojawiły się rozpaczliwe starania o odzież ochronną, niegdyś gwarne ulice miast stały się ciche i puste, a gospodarka jest w stanie niekontrolowanego spadku. Rzeczy, które wydawały się nie do zatrzymania, zatrzymały się, a te, które wydawały się niemożliwe – rozszerzenie praw i przywilejów pracowniczych, uwolnienie więźniów, przesunięcia w USA na inne cele kilku bilionów dolarów – właśnie się wydarzyły.

W terminologii medycznej słowo „kryzys” oznacza moment przesilenia, do którego dociera pacjent, punkt, od którego zmierzać już będzie ku ozdrowieniu lub ku śmierci. W języku angielskim określenie emergency („nagły przypadek”) pochodzi od emergence („wyjście na jaw; wynurzenie”) lub emerge („pojawić się; wynurzyć się”), jakby ktoś został oderwany od tego, co znajome, i gwałtownie musiał się dostosować. Natomiast słowo „katastrofa” źródłowo oznacza nagły przewrót, odwrócenie sytuacji.

Dotarliśmy do momentu przesilenia, wynurzyliśmy się z czegoś, co uważaliśmy za normalność, a sprawy nagle obróciły się o 180 stopni. Teraz jednym z naszych głównych zadań – zwłaszcza tych z nas, którzy nie są chorzy, nie walczą na pierwszej linii, nie zmagają się z różnymi trudnościami gospodarczymi czy życiowymi – będzie zrozumienie, czego ten moment może od nas wymagać i co może on uczynić możliwym.

Kataklizm zmienia świat i nasze spojrzenie na rzeczywistość. Zmianom podlega nasze centrum uwagi i to, co ma znaczenie. To, co słabe, łamie się pod wpływem nowych nacisków, to, co mocne, trwa, a to, co było ukryte, ujawnia się. Zmiana nie tylko jest możliwa, ona nas zmiata z powierzchni ziemi. Sami się zmieniamy, bo zmieniają się priorytety, choćby narastająca świadomość naszej śmiertelności czyni nas uważnymi na własne życie i jego drogocenność. Nawet definicja „nas” mogła się zmienić, gdy zostaliśmy odseparowani od naszych szkolnych kolegów albo współpracowników, dzieląc tę nową rzeczywistość z nieznajomymi. Nasze poczucie „ja” ma w dużym stopniu swoje źródło w otaczającym świecie i teraz dostrzegamy inną wersję tego, kim jesteśmy.

Ponieważ pandemia wywróciła nasze życie do góry nogami, ludzie wokół mnie zaczęli się martwić, iż mają problemy z koncentracją i skutecznością. Przypuszczałam, że działo się tak, ponieważ wszyscy wykonywaliśmy inną, ważniejszą pracę. Kiedy dochodzisz do siebie po chorobie czy porodzie albo jesteś młody i przeżywasz trudy dojrzewania, cały czas pracujesz, zwłaszcza wtedy kiedy wydaje się, że nic nie robisz. Twoje ciało rozwija się, zdrowieje, działa, zmienia się i pracuje pod progiem świadomości. Gdy zmagaliśmy się z poznawaniem tej strasznej plagi, nasza psychika robiła coś podobnego. Dostosowywaliśmy się do zasadniczych zmian społecznych i ekonomicznych, odrabiając lekcje, jakie zadał nam kataklizm, przygotowując się na nieprzewidywalny świat.

Wszystko jest ze sobą powiązane
Pierwsza lekcja, jaką daje nam kataklizm, jest następująca: wszystko jest ze sobą powiązane. W rzeczywistości kataklizmy – z których jeden o średniej mocy sama przeżyłam (trzęsienie ziemi w obszarze zatoki San Francisco w 1989 r.), o kilku większych zaś pisałam (m.in. o atakach na WTC, huraganie Katrina czy o trzęsieniu ziemi w Tōhoku i awarii elektrowni jądrowej Fukushima w 2011 r.) – stanowią intensywny kurs poznawania tych połączeń. W chwilach głębokich zmian z nową jasnością widzimy systemy – polityczne, ekonomiczne, społeczne, ekologiczne – w których jesteśmy zanurzeni, kiedy zmieniają się wokół nas. Widzimy, co jest mocne, a co słabe i się psuje, co ma znaczenie, a co nie.

Często myślę o takich momentach jako o wiosennych roztopach: zwały lodu pękają, woda znowu zaczyna płynąć i łodzie mogą wyruszyć do miejsc, które w zimie były dla nich niedostępne. Lód to porozumienie sił politycznych, które nazywamy status quo – sprawia ono wrażenie stabilnego. Czerpiący z niego korzyści często twierdzą, że nie można go zmienić. A potem zmiana następuje szybko i dramatycznie, jest zachwycająca bądź przerażająca albo równocześnie taka i taka.

Ci, którzy najbardziej korzystają z zastałego status quo, często mocniej koncentrują się na jego zachowaniu lub odbudowie niż na ochronie ludzkiego życia – widzieliśmy to, kiedy w USA zgodny chór konserwatystów i korporacyjnych grubych ryb twierdził, że dla dobra rynku finansowego każdy powinien wrócić do pracy i że wynikłe z tego zgony to cena możliwa do zaakceptowania. W kryzysie ludzie władzy często próbują poszerzyć jej zakres – co pokazał niedawno Departament Sprawiedliwości Trumpa, próbując zawiesić konstytucyjne prawa. Bogaci zaś dążą do większego bogactwa: dwaj republikańscy senatorowie znaleźli się w ogniu krytyki, ponieważ nielegalnie wykorzystali wewnętrzne informacje o nadciągającej pandemii do zarobienia na giełdzie (choć zaprzeczają, że zrobili coś złego).

Badacze kataklizmów stosują określenie „panika elit”, aby opisać sposoby, w jakie elity reagują, kiedy przyjmą założenie, że zwykli ludzie będą się zachowywać źle. Kiedy elity opisują „panikę” i „grabieże” na ulicach, określenia te zwykle błędnie nazywają to, co zwyczajni obywatele muszą robić, aby przetrwać i zadbać o innych. Czasami mądrze jest jak najszybciej uniknąć niebezpieczeństwa; czasami altruizmem jest gromadzenie zapasów, aby podzielić się nimi z innymi.

Takie elity często przedkładają zyski i własność nad ludzkie życie i społeczności. W dniach po wielkim trzęsieniu ziemi, do którego doszło 18 kwietnia 1906 r., siły zbrojne Stanów Zjednoczonych zalały miasto w przekonaniu, że zwykli mieszkańcy stanowią zagrożenie i źródło katastrofy. Burmistrz wydał rozkaz „strzelania, aby zabić”, do każdego złodzieja, a żołnierze uwierzyli, że przywracają porządek. Tak naprawdę jednak nieumiejętnie wyznaczali pasy przeciwpożarowe, które przyczyniły się do rozprzestrzeniania ognia w mieście, i zabijali bądź bili obywateli niepodporządkowujących się rozkazom (czasami na skutek tych rozkazów płonęły ich własne i sąsiednie domy). Dziewięćdziesiąt dziewięć lat później, po huraganie Katrina, nowoorleańska policja i biali samozwańczy stróże porządku robili to samo: strzelali do ciemnoskórych obywateli w imię obrony własności i swojego autorytetu. Miejscowe, stanowe i krajowe władze nalegały na uznawanie porzuconej, w większości biednej, w większości ciemnoskórej społeczności raczej za niebezpiecznych wrogów, których należy powstrzymać i kontrolować, niż za potrzebujące pomocy ofiary katastrofy.

Ogólnokrajowe media zgodnie popadły w obsesję na punkcie grabieży jako następstwa Katriny. Zapasy masowo produkowanych dóbr, zgromadzonych w ogromnych sieciach magazynów, wydawały się ważniejsze od ludzi potrzebujących jedzenia i czystej wody czy pozostawionych na dachach staruszek. W wyniku kataklizmu zmarło niemal 1500 osób, co wynikało bardziej z nieudolności rządzących niż fatalnej pogody. Wały przeciwpowodziowe, zbudowane przez amerykańskie wojska inżynieryjne, nie wytrzymały; miasto nie miało planów ewakuacji biednych, administracja prezydenta George’a W. Busha nie potrafiła zaś dostarczyć właściwej i skutecznej pomocy. Z podobnym rachunkiem mamy do czynienia dzisiaj. Członek brazylijskiej opozycji powiedział o Jairze Bolsonaro, prawicowym prezydencie kraju: „Reprezentuje beneficjentów najbardziej wypaczonych interesów ekonomicznych, którzy nie mogą już mniej dbać o życie ludzi. Dążą oni tylko do utrzymania swoich dochodów” (Bolsonaro deklaruje, że stara się chronić pracowników i gospodarkę).

Kaznodzieja miliarder, właściciel Hobby Lobby, sieci sprzedającej produkty dla artystów i rzemieślników, mówił o Bożym przewodnictwie, kiedy kazał swoim pracownikom pracować pomimo obowiązującego już zakazu działalności handlowej (później jednak sieć zamknęła wszystkie sklepy). W Uline Corporation, należącej do Richarda i Liz Uihleinów, miliarderów oraz zwolenników Trumpa, okólnik rozesłany do pracowników w Wisconsin informował: „Proszę NIE mówić kolegom i znajomym o objawach oraz własnych podejrzeniach. Robiąc tak, możecie wzniecić w biurze niepotrzebną panikę”. Tom Golisano, miliarder i prezes finansowej korporacji Paychex, powiedział: „Szkody wynikające z utrzymywania zamknięcia gospodarki mogą być poważniejsze niż strata kilku ludzi więcej” (Golisano oznajmił, że jego wypowiedź została źle zrozumiana, i przeprosił za nią).

W historii zawsze byli tytani przemysłu, którzy wyżej cenili przynoszące im zyski martwe rzeczy niż ludzkie życie, którzy płacili łapówki, aby móc eksploatować dzieci w fabryce aż do ich śmierci albo stawiać robotników w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa w warsztatach i kopalniach węgla. To byli także ci, którzy zmuszali ludzi do wydobywania i spalania paliw kopalnych wbrew temu, co sami wiedzieli – albo nie chcieli wiedzieć – o zmianach klimatu. Jedną z podstawowych dróg korzystania z bogactwa zawsze było wykupywanie się ze wspólnego losu, a przynajmniej towarzyszyło mu przekonanie, że można odseparować się od społeczeństwa. I choć bogaci są często konserwatywni, konserwatyści częściej zgadzają się z bogatymi, niezależnie od własnego statusu ekonomicznego.

Idea, że wszystko jest ze sobą powiązane, to policzek dla konserwatystów, hołubiących fantazję o byciu macho i przekonanie, że każdy ma być kowalem swojego losu.

Wielką obrazą są dla nich zmiany klimatyczne – nauka, która mówi, że to, co wydobywa się z naszych samochodów i kominów, w długiej perspektywie kształtuje los świata oraz wpływa na zbiory, poziom mórz, pożary lasów i wiele innych rzeczy. Skoro wszystko jest ze sobą powiązane, zatem konsekwencje każdego wyboru, działania i słowa muszą być przebadane, co my uważamy za przejaw miłości, oni zaś za zamach na wolność absolutną, rozumianą jako brak jakichkolwiek ograniczeń w pogoni za własnymi korzyściami. Ostatecznie znaczna część konserwatystów i szefów korporacji traktuje naukę jako coś irytującego, co mogą odrzucić. Niektórzy twierdzą, że mogą dobierać zasady i fakty tak, jak chcą, jakby były one tylko towarami na wolnym rynku, z których można korzystać zgodnie z własnymi zachciankami. „To zaprzeczanie nauce i krytycznemu myśleniu przez religijnych ultrakonserwatystów nęka teraz amerykańską reakcję na koronawirusa”, napisała dziennikarka Katherine Stewart w „The New York Timesie”.

Nasi rządzący przejawiają niewielką chęć, by uznać złowieszcze skutki pandemii w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Brazylii i wielu innych krajach. Zaniedbują swoją najważniejszą pracę i nie przyjmują do wiadomości, że zapłacą za to wysoką cenę. I choć wydaje się nieuniknione, że pandemia przyniesie załamanie gospodarcze, to zamieni się ona także w sposobność do autorytarnego przejęcia władzy na Filipinach, Węgrzech, w Izraelu i USA – oto przypomnienie, że największe problemy wciąż są polityczne, podobnie jak ich rozwiązania.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter